Musica Diablo - Vivo Friendly Improvised

Teksty poniższe pierwotnie zamieszczono na portalu Gaz-eta Vivo.pl, w latach 2003-2007. 
Serdeczne pozdrowienia  dla Janusza Leszczyńskiego.


Lester Bowie - "Mirage" (2CD) / Muse/BMG 1999

Cztery latka już minęły od dość niespodziewanej ucieczki Lestera B. w nieznane zaświaty. Największy punk pośród profesjonalnych trębaczy jazzowych zdjął swój biały kitel i odjechał, pozostawiając na nudnym ziemskim padole kupę ogromnie interesujących dźwięków. Tak zupełnie przypadkiem, zabijając czas z rodzinką w kolejnym przeinwestowanym megasklepie, który nie płaci własnych rachunków (nazwa handlowa do wiadomości w redakcji), napatoczyłem się na podwójnego ceda Lestera za bardzo chrześcijańską cenę (poniżej pięciu dych). Wziąłem chłopaka do ręki i z radością skonstatowałem, iż ced zawiera kilka uroczych piosenek, znanych mi z ukochanej kasety "Hello Dolly" (by długo nie wymieniać - tytułowa pieśń, jak i ostro doprawiona rubasznym sznytem lesterowej trąbki "Lonely Woman" Ornette'a Colemana). Rozpakowując zaś ceda w domku z krzykliwą radością zauważyłem, iż zawarto na nim cały LP "Hello Dolly" (rok porodu - 1974), cały LP "Bugle Boy Bop" (1982) i obszerne fragmenty LP "Rope-A-Dope" (1975, nota bene zmieściłaby się tu cała jego zawartość, a nie tylko cztery piosnki - ale cóż, nieznane są wyroki boskie). Kurcze, przyznacie, że takie kompilacje kupuje się z wielką przyjemnością.
Bowie z "Hello Dolly" to koleś w czwartej dziesiątce życia, pełen fantazji entuzjasta freejazzowych żartów (och, ta jego interpretacja "Hello Dolly" po prostu zabija! Trąbka, piano i dużo powietrza w środku). To człowiek, który wie, że jazz z jednej strony to całkiem prosta, z drugiej zaś niebywale otwarta w swej formule muzyka. Można sobie pozwolić na wiele, a nawet na wszystko (pod warunkiem, że panuje się nad instrumentem w stopniu wystarczającym, a głowa skłonna jest akceptować dalece niekonwencjonalne rozwiązania, co w przypadku instrumentalistów współpracujących z Lesterem na tej sesji jest zasadą - genialny alcista Julius Hemphill, czy John Hicks na pianie; zresztą skład mamy tu dość rozbudowany, w szczytowych momentach robi nam się nawet oktet). Drugi z LP zawartych na opiewanym cedzie to duecik Lestera z perkusistą Charlesem "Bobo" Shawem. To także ostra jazda. Kłuje po uszach, nie pozwala na sekundę odpoczynku, a wyobraźni muzycznej tu zawartej wystarczyłoby na wypełnienie sterty pełnych dyskografii nazbyt wyedukowanych dżezmanów rodzimego chowu, tnących septymy po jakiś lokalnych tygmontach. "Rope-A-Dope" z kolei to kwintecik, bardziej w klimatach Art Ensamble of Chicago (nieprzypadkowo zatem pogrywa tu m.in. Malachi Favors).
Dwie godziny jazzowej uczty nie tylko dla frytowców. I tylko tego białego kitla szkoda.


Lester Bowie "All The Magic / The One And Only"
ECM 1982 (2CD)
Lester Bowie "The 5th Power"
Black Saint 1978
Art Ensemble of Chicago "Americans Swinging in Paris: The Pathe Sessions"
EMI 2002/1970

Mija właśnie sześć lat od śmierci najbardziej punkowego trębacza jazzowego wszechczasów - Lestera Bowie. Najsłynniejszy biały kitel jazzu spoczął w archiwach, a nam pozostaje eksploracja dźwięków, jakie wydobywała z siebie - w trakcie 58-letniego życia muzyka - jego trąbka.
Tej jesieni na mojej półce zagościły trzy nowe tytuły, które pozwolę sobie Wam zarekomendować. Z góry zastrzegam wszakże, że do muzyki Lestera Bowie stosunek mam całkowicie bezkrytyczny, więc jakby się któryś potem zawiódł, to niech pamięta, że ostrzegałem.

"All The Magic" to dwupłytowy boksik, na który składa się 45 minut muzyki septetu z udziałem m.in. wokalistki Fontalli Bass (czyli koleżanki małżonki), zacnego saksofonisty Ari Browna i całkiem fajnego pianisty Arta Matthewsa oraz 35 minut solowego występu Lestera "The One and Only" (z gościnnym udziałem tzw. "fieldrecordings", że się tak nienaukowo wyrażę). Nagrania pochodzą ze śmiesznych lat 80-ych, gdy w kraju nam najbliższym panował niepodzielnie stan wojenny, a my pasjonowaliśmy się kolejnym wydaniem listy przebojów programu trzeciego. Okładkę ceda zdobi zdjęcie orkiestry dętej z Chicago z początku ubiegłego wieku, a na nim aż czterech wujów Lestera (!!!). Pierwsza płyta jest freejazzowym hołdem złożonym tradycji rodzinnego muzykowania (you know what I mean?). Oscyluje między gospelowymi zaśpiewami, a kolektywnymi improwizacjami w duchu twórczych lat 60-ych. Najdłuższym utworem jest kompozycja o wszystko mówiącym tytule "Trans Traditional Suite", która po części jest standardem gospel (jeśli mogę się tak karkołomnie wyrazić), po części zaś kompozycją Lestera Bowie. Tradycyjna melodia stanowi pretekst do free'wolnego odjazdu. Bowie i jego kompani robią to uroczo i zaiste w wielki sposób. Lekkość i dosadność. Ironia, humor i dźwięk masakrowany niemal do krwi.
Cedzik drugi to Lester solo grający w fortepianie (sic! - "w", nie "na"), niekiedy wtórujący dzwonom kościelnym. Towarzyszy mu także np. wartki potok wody. Kilkanaście zgrabnych miniaturek, z których jedna zabija samym tytułem ("Miles Davis spotyka Kaczora Donalda" - to tak a propos dystansu, jaki miał wobec siebie Lester Bowie). Efekty - z sonorystycznego punktu widzenia - znakomite. Polecam wszystkim adeptom nowych brzmień. Odejdą od tej muzyki oczarowani - gwarantuję. Rzecz wydana w monachijskim ECM, który podówczas wiele takiej muzy produkował i był oficyną artystycznie daleką od dzisiejszej fabryki smooth jazzowych tapet (niech mi fani Stańki wybaczą).

"Piąta siła" to zabójczy kwintecik Bowie'go z roku 1978 - Arthur Blythe na alcie, Amina Myers na pianie (i wokalu!), Malachi Favors na basie i Philip Wilson na drumie. Cóż za skład! I tu znów główny temat płyty to standard gospel przetransponowany na 18 minutową freejazzową suitę (z wokalną introdukcją Aminy). W pozostałych kompozycjach bywają momenty wręcz mainstreamowe (zwłaszcza gdy gra cały kwintet), ale gdy tylko Artur i Amina na chwilę odstawią instrument pozostała trójka odlatuje z siłą wodospadu (patrz: kompozycja "3 in 1"). Wszystkie znane nam i przez niektórych uwielbiane atrybuty muzyki Bowie'go mają tu rację bytu (patrz: epistoła przy okazji "All The Magic"). Wielka rzecz. I wcale nie tylko dla zaprawionych we free'bojach. Dużo melodii to też ważna cecha muzyki Lestera! I jeszcze dużo powietrza w każdym fragmencie muzyki (pamiętacie "Hello Dolly" na fortepian i trąbkę, i furę powietrza? Pisałem na vivo.pl jakieś dwa lata temu).

Na koniec urocza edytorsko reedycja dwóch paryskich sesji Art Ensemble Of Chicago z końca lat 60-ych (jak powszechnie wiadomo chłopaki pomieszkiwali wówczas w tejże mieścinie chyba ze dwa lata) - tzw. "Pathe Sessions". Pierwsza z sesji ma niemal popowy wymiar (trochę oczywiście pierdolę, ale jak na możliwości AEC, ta sesja jest wyjątkowo strawna dla niewtajemniczonych, by nie rzec przebojowa, zwłaszcza gdy wokalnie udziela się Pani Bass). Skład standardowy (ale z Donem Moye i inkryminowaną). Świetna jazda na imprezki dla słuchających inaczej (to tak a propos dyskusji na forum "Glissando", o tym, co się teraz słucha na odjazdowych imprach). Druga sesja jest już poważnym krokiem w bardziej mroczny fragment historii AEC - wyraźnie uciekamy do Afryki (pozostając wszakże w Paryżu), by odganiać złe duchy i palić odpowiednie do tego rośliny. Dwie długaśne, transowe kompozycje, klasyczny kwartet AEC, rozległe, medytacyjne pasaże, czyli to, co kochamy w nich najbardziej.
"Pathe Sessions" - dwa spotkania paryskie bardzo się od siebie różniące, zatem zalecam słuchać raczej w dwóch częściach (obie mają po prawie 40 minut), z przerwą na np. nowe nagrania Anny Marii Jopek (powrót jest tym przyjemniejszy...).


Eremite Records - drobny asumpt do większej eksploracji

Jakieś 10 lat temu kilku szaleńców z północno-wschodniego wybrzeża USA postanowiło wydawać płyty freejazzowych odszczepieńców pod szyldem Eremite Records, bazując w dużej mierze na rejestrowanych w trakcie festiwalu Fire In The Valley nagraniach.
Główny katalog liczy obecnie 48 pozycji (licząc podwójne cedy za dwa numery) i w zasadzie warto go mieć w całości (trzeba jedynie uwzględnić fakt, iż sporo pozycji jest już out of print). Jest podlejbelowa inicjatywa Bro-records (wychodzą - jak łatwo odgadnąć - nagrania Petera Brotzmanna) i Botticelli Records (Marco Eneidi)

Na początek zacznijcie od eksploracji www.eremite.com. Czarna estetyka stron nie jest tu przypadkowa. Również cedy wydawane są wyłącznie w takiej kolorystyce. Nagrania opatrzone tym logo są trudno dostępne w grodach nad Wisłą, Odrą i Wartą, z tym większą zatem lubością zachęcam do przeczytania o kilku z nich. Zwłaszcza, iż tytuły wykonawcze umieszczone w katalogu pobudzą serca każdego fana freejazzowych petard!!!

hamid drake & sabir mateen           
brothers together
mte-035

Hamid Drake, jak na wybitnego drumera przystało, świetnie sprawdza się w duetach z saksofonistami (patrz: np. duet z Assifem Tsaharem, dwie edycje na Ayler Records). Tu walczy zadziornie z rurami Sabira Mateena, znanego nam ostatnio ze wspaniałej propozycji Steve'a Swella (Not Two, poprzednia gaz-eta). Klarnety, flety, alty, tenory i wokale to środki rażenia adwersarza perkusisty. Niebywale wszechstronny dmuchacz kontra kongenialny Hamid. Dialogi budzące respekt głodnego lwa z oderżniętą przednią łapą. Cztery kompozycje (sic!), nagrane, co nietypowe dla Eremite, w studiu, jesienią roku 2000. Bardzo zróżnicowana emocjonalnie płyta. Obok gęstej wymiany zdań, także rubaszne kołysanki i wyciszone monologi. Szczególnie cenny ostatni, najdłuższy fragment, z wokalnymi popisami Mateena! Bracia razem? Tak, bo ta wojna z miłości wielkiej wynika. Absolutny killer, w każdej kategorii wiekowej. Wstyd nie mieć!

allen/drake/jordan/parker/silva
the all-star game
mte-044

Jakże uzasadniony tytuł! Szalony koncert szalonej efemerydy free, zarejestrowany w roku 2000, w ICA Theater w Bostonie. Saksofonista Sun Ra Arkestra, rzadko występujący poza macierzystą formacją - Marshall Allen (alt), inny weteran tamtych ziem - Kidd Jordan (tenor), kolejny posiwiały koleżka, multiinstrumentalista, tu na basie - Allan Silva i super duet - znany Wam z wielu vivogaz-etowych opowieści - William Parker (b) i Hamid Drake (dr). Sześć mocno rozbudowanych, wyimprowizowanych interwałów muzycznych, ozdobionych kolejnymi cyframi. Niesamowity duet basistów intryguje najbardziej, choć to saksofoniści robią tu najwięcej hałasu. Biegają po scenie (słychać to!), niczym polne koniki w wyrośniętej trawie, co budzi dodatkowy szacunek, biorąc pod uwagę zaawansowany wiek obu panów. Czujny Drake sprawnie pilnuje interesu!!!

marco eneidi
william parker
donald robinson
cherry box
mte-025

W poprzedniej gaz-ecie, przy okazji zachwytów nad płytą Petera Kowalda w zacnych szeregach Not Two, popełniłem kilka entuzjastycznych wersów o klasie alcisty Marco Eneidiego. Tu mamy okazję na kolejny kontakt z jego ekspresyjną, intensywną, acz mocną szarpaną grą na saksofonie. U jego boku William Parker (b) i weteran bębnienia - Donald Robinson. Absolutnie smakowite trio, trzech współliderów, każdy mam tu swoje pięć minut. Studyjne peregrynacje dźwięków nie dają nam chwili wytchnienia, choć hałas nie jest tu bynajmniej elementem dominującym. Nie brak chwil skupienia, gdy nasze uszka aż skaczą z radości na kolejne porcje urywanych fraz Eneidiego, krwistych kontrapunktów Parkera i dosadnych dopowiedzeń Robinsona. Wielka rzecz!

die like a dog
featuring roy campbell
from valley to valley
mte-018

Post-aylerowski kwartet Petera Brotzmanna - Die Like A Dog, tym razem w edycji festiwalowej (oczywiście Fire In The Valley; nazwa ceda zatem nieprzypadkowa), z drobną korektą w składzie wyjściowym. Szalonego przetwornika trąbki - Toshinori Kondo zastępuje czystym brzmieniem swego instrumentu Roy Campbell, także niewąski trębacz. Ta dość poważna zmiana estetyczna nie zmienia jednak w większym stopniu charakteru tej freejazzowej petardy. Broztmann to w końcu Broztmann, zaś para Parker/ Drake nigdy nie zginie w tłumie. Sam Campbell też uroczo i zgodnie z linią programową wpisuje się w estetykę Zdychającego Psa. Lektura obowiązkowa!

william parker
through acceptance of the mystery peace
mte-012

Pan Kompozytor William Parker i jego kompozycje z okresu prenatalnego. Lata 70-e ubiegłego stulecia, dwudziestokilkuletni podówczas adept sztuki basowej popełnia pierwsze utwory jako główny kreator zapisanego potoku dźwięków. Szuka na wielu płaszczyznach, mamy i duże składy orkiestrowe, i kwartet smyczkowy, i trio bez perkusji, i melorecytację poezji własnej na tle podwójnych skrzypiec. Wydane razem, po latach, trochę jak pomnik pośmiertny?, choć nasz milusiński na zdrowie raczej nie narzeka. Różna jakość brzmieniowa poszczególnych nagrań dodaje pikanterii temu, w zasadzie, niepotrzebnemu wydawnictwu. Tylko dla zaślepionych fanów. Takich jak ja.


William Parker Little Huey Creative Music Orchestra "For Percy Heath", Victo

W maju 2005r. największy skład Williama Parkera - Little Huey Creative Music Orchestra - zagrał ponad 90 minutowy koncert w ramach cyklicznego festiwalu w kanadyjskim Victoriaville. Na tym krążku zaprezentowano (nie wiedzieć czemu) tylko jeden utwór z tego koncertu, ale za to 48 minutowy (podzielony dla wygody słuchaczy na cztery części). Piorunujący bas lidera (bardzo konkretne skojarzenie z Charlesem Mingusem!). Bywały płyty tej orkiestry, na których umieszczano zbyt wiele muzyki, a Parkerowi brakowało - moim zdaniem - nieco krytycznego spojrzenia na zgromadzony materiał. Tu tylko konkret. Świetne nagranie - galopadzie basu udanie wtóruje na perkusji precyzyjny Andrew Barker, a ściana kilkunastu dęciaków tańczy niczym panna na wydaniu - gorąca, drapieżna i piękna (aż strach się bać?). Album dedykowany legendzie, ale to hołd w jak najbardziej współczesnym wydaniu. Polecam wszystkim, także tym nie gustującym w większych formatach.


Lofty znalezione w sekendhendach

Muhal Richard Abrams "1- OQA + 19" Black Saint 1978

Czyż można nie wejść w posiadanie płyty, na której w lewym kanale pobrzmiewa rura Anthony'ego Braxtona, a w prawym Henry'ego Threadgilla? Składu kwintetu dopełnia Steve McCall (Air!) na perkusji, Leonard Jones na basie i lider przedsięwzięcia, pianista Muhal Richard Abrams. Dźwięki powstałe w zabawnym roku 1977, charakteryzują się dużym poziomem "loftowego" brudu, co nie zawsze jest atutem nagrania (zwłaszcza dla audiofili, nawet tych średnio zaawansowanych). Ale sama muzyka piękna, na freejazzowy, loftowy sposób. Kwintet jest bardzo demokratyczny, sam Abrams pełni tu role kompozytora i raczej inspiratora popisów kolegów. Są melorecytacje (na pewno z ważnymi treściami), typowe dla takiej muzyki (duchowość nade wszystko!). Nagrane w miejscu określanym mianem Generation Sound Studios, ale konia z rzędem temu, który powie w jakim momencie loft stawał się w tamtych czasach studiem nagraniowym.

"Jazz Loft Sessions" Douglas Music 1976/1996

Tu nie mamy juz wątpliwości. Muzyka loftowa w pełnej krasie, powstała w mieszkaniu Sama Riversa (nazywało się to Studio Rivbea), pomiędzy 14 a 23 maja 1976 roku. Podmioty wykonawcze (w liczbie dziesięciu), jak najbardziej reprezentatywne dla "gatunku" (brakuje chyba tylko Threadgilla), a zatem m.in. Hamiet Bluiett, Olu Dara, Don Moye, David Murray, Sunny Murray, Kalaparusha, Dave Burrell, Randy Weston, Oliver Lake, Juliusz Hemphill, Fred Hopkins, Philip Wilson, Anthony Braxtona i wieli innych, niemniej zacnych. Nagrania mają dużą wartość historyczną i trzeba od razu podkreślić, że choć w większości utworów nastrój jest bardzo swobodny, nie mamy tu do czynienia z karkołomnymi frytami, raczej można z lubością potupać nogą i podśpiewywać przy goleniu. Bardzo strawny i niezwykle ciekawy przejaw loftowej aktywności lat 70-ych. Najwyższa rekomendacja!

Air "Live" Black Saint 1980

I znów jesteśmy w lofcie Sama Riversa w Nowym Yorku, w paręnaście dni po sesji loftowej, o której wyżej. W "studiu" przepyszne trio Air - Henry Threadgill, Fred Hopkins i Steve McCall. Grają dwie niespecjalnie rozbudowane kompozycje Henry'ego, wśród których odnajdujemy "Portrait Of Leo Smith". Bardzo niezdecydowana muzyka (zapewne koncepcje były dalece ciekawsze, ale subtelności brzmieniowe giną skutecznie w grubym soundzie ścian), no i sprzęt (analogowy!) chyba mocno zabrudzony po tygodniowej Loftowej Sesji. Brzmi bardzo nieczysto i mało spójnie (a przecież wiemy, że Air to trzy serca w jednym ciele). Zatem uwaga dla wielkich fanów Air - nie wszystko złoto, co się świeci. Utwory z livingu Riversa uzupełnione zostały o kolejne dwie kompozycje Threadgilla, tym razem nagrane na Uniwersytecie w Michigan, rok później. Brzmienie jest już tu bardziej strawne (by nie rzec selektywne), co sankcjonuje zdecydowanie posiadanie całego krążka. Tytuł ostatniego kawałka iście manifestacyjny dla całej sceny loftowej lat 70ych - "Be Ever Out".


Henry Threadgill's Zooid - "Up Popped the Two Lips", Pi Recordings 2002

Uwaga, muzyka genialna! Traktować z należną czcią! Słuchać w należytym skupieniu!

Henry T. - człek wolnej muzyki, korzeniami tkwiący w AACM-owym idiomie free jazzu lat 60ych. Alcista i flecista o wyrazistym języku muzycznym. Outsider rzadko ukazujący światu swe genialne oblicze kompozytorskie. Niepowtarzalne metra jego utworów, matematyczna dokładność, ascetyzm improwizatorski - to cechy determinujące mój zachwyt nad Henrym i jego muzycznym pomysłem na życie.

Pamiętacie jego doskonały koncert na Warsaw Summer Jazz Days 1999? Zagrał wtedy m.in. z Brandonem Rossem na gitarze, był Stomu Takeishi na bezprogowym basie, był akordeon (nie pamiętam, kto go w dłoniach dzierżył). Stał skupiony nad instrumentem. Nie pamiętam, by powiedział do publiki choć słowo. Takaż jest i jego muzyka.

Zooid to akustyczny skład. Threadgillowi towarzyszy gitara, oud (taka gitara arabska), wiolonczela, tuba i perkusja (nazwisk muzyków nie wymieniam, bo to raczej mało znane szarpidruty, a w dobie epoki informacji nie należy niepotrzebnie zaśmiecać sobie umysłu). Ten nie dość typowy zestaw instrumentalistów gra nam ... bardzo typową dla Threadgilla muzykę. Rozpoznawalną od pierwszego dźwięku. Jedyną i niepowtarzalną. Jazz przede wszystkim, ale nie brak tu - z racji obranego instrumentarium - klimatów folkowych i kameralistycznych. Niebywała wszakże jest absolutna jednorodność, by nie rzec "threadgillowatość" tej muzyki, pozorna - hermetyczność tych dźwięków. Znacznie zyskuje przy bliższym i wielokrotnym poznaniu.


Naprawdę wielka płyta, szczególnie cenna w kontekście bardzo rzadkich ujawnień muzyki Threadgilla (w ciągu ostatniego dziesięciolecia naliczyłem trzy pozycje). Rzecz wydała stosunkowo młoda stajnia PI RECORDINGS, sprzedająca wyłącznie świeżaki, bez jakichkolwiek odgrzewanych kotletów. Polecam cały katalog (kilkanaście pozycji, w sieci wybrane utwory w całości do odsłuchu). Jest elektryczny Threadgill (lider na mojej liście "most wanted"), Wadada Leo Smith, Art Ensemble Of Chicago, Mike Ladd (z klimatów nie w 100%ach jazzowych).


Steve Coleman and Five Elements - "Resistance Is Futile. Live at Le Jam Club Montpellier, France" (2 CD), Label Bleu 2002
"On The Rising Of The 64 Paths", Label Bleu 2003

Po latach nagrywania dla majorsa, Steve Coleman, najbardziej kreatywny czarny muzyk jazzowy ostatnich kilkunastu lat, przybrał niebieskie barwy francuskiej oficynki Label Bleu i popełnił dla niej dwa wydawnictwa.
Pierwsze jest rejestracją koncertu Five Elements we Francji, w lipcu roku 2001. Ciekawa to pozycja, choćby z racji faktu, iż w trakcie tej samej trasy Coleman dął w swoją altową rurę także na Warsaw Summer Jazz Days (dwa tygodnie wcześniej, wszakże). Coleman, piewca rozimprowizowanych afro-amerykanów, wielki (duchem, nie wzrostem, bo człek on raczej niski) filozof rytmu i czarnej kultury, stwórca ruchu m-base, autor kilkudziesięciu autorskich płyt, w tym co najmniej kilku genialnych ("Drop Kick", "The TAO Of Mad Phat", by daleko nie szukać), współautor wielu Kwartetów i Kwintetów Dave'a Hollanda (lata 80-e, koncert na Jamboree w 1986r.). Koncertowy zestaw przynosi 150 minut typowego Colemanowskiego grania, gdzie każda muzyczna myśl koncentruje się wokół obsesyjnie podawanego rytmu (sekcje rytmiczne Colemana na przestrzeni lat, to materiał na pokaźną pracę doktorską), który ogrywany improwizacjami dęciaków wiedzie nas na wykwintne pola jazzowej percepcji. W repertuarze także kompozycji obce, co rzadkie w przypadku Colemana, ale i z nimi jego Five Elements radzi sobie w typowy dla siebie sposób. Jakkolwiek lojalnie zaznaczam, iż ten skład i ta trasa koncertowa to nie jest szczyt możliwości tego Pana. A Pan ów,po latach eksperymentowania (np. muza z Kubanolami, czy też dużymi składami smyczkowymi), wraca do grania jazzu sensu stricte.
Drugi z cedów przynosi świeży materiał studyjny, nagrany w roku ubiegłym. Z rzeczy nowych - brak instrumentu harmonicznego (Andy Milne na urlopie?) i pierwsze od czasów Cassandry Wilson śmiałe próby wokalne (wydawane przez istotę nieokreślonej płci, zaciągającej z nazwiska i głosu dalekim wschodem), a także równoczesne użycie basu elektrycznego i kontrabasu (w tym drugim przypadku powrót genialnego Reggie Washingtona!). 70 minut m-base'owego grania nie zaspakaja w pełni, zdecydowanie prosić należy o więcej wokalnych peregrynacji (tu w jednym, ale zdecydowanie najlepszym numerze). Ale że cedy ładnie wydane, to i w uszach miło i na półce estetycznie.


Tim Berne - The Shell Game / Thirsty Ear Recordings 2001

Trochę obok blueseryjnej zabawy, o której w poprzedniej recenzji, jawią się nam nowe produkcje doskonałego saksofonisty średniego pokolenia (50 dych na karku) - Tima Berne'a. Klient rżnie równo na wszelakich rurach (głównie alt) od dwudziestu paru lat, a płytką dla mejdżorsów chyba się jeszcze nie splamił (polecam zwłaszcza produkty jego własnej Screwgun Rec. - cudnie wydane, tak na marginesie). Chęć zmierzenia się z elektroniką nie ominęła i Jego osoby. "The Shell Game" popełnił w trio z drumerem Tomaszkiem Rainey'em i Craigiem Tabornem, odpowiedzialnym za "tę całą" elektronikę. Jazda jest ostra, całkiem frytowa, rzecz dla wtajemniczonych magiczna, choć sax Berne'a leci tu swoją drogą, elektronika zaś swoją, a momenty twórczej koegzystencji nie są niestety zbyt częste i nadmiernie natarczywe. E-muza jest tu zdecydowanie ornamentem, zaś liczy się przede wszystkim mięcho wydobywane z rury (Asia, z czego zbudowany jest saksofon?). Cztery długie, głębokie improwizacje, nie pozostawiające złudzeń, co do intencji twórców. Ten skład uzupełniony o gitarzystę Marka Ducret, pod nazwą Science Fricton Band, obecny jest na wyżej omówionym samplerze, zaś podwójny ced koncertowy jest już prawie dostępny. Dla niektórych - lektura obowiązkowa.


Tim Berne - "Science Friction", Screwgun Records 2002

Na początek mała zaległość - zapomniałem onegdaj zeznać w vivogaz-ecie, że w listopadzie roku ubiegłego me członki zaległy na gigantycznie doskonałym gigu. Rzecz działa się w warszawskiej Fabryce Trzciny (dość dziwne miejsce), a osobą centralną był jeden z moich absolutnych ulubieńców/faworytów - Tim Berne, alcista z juesej. Dramaturgii temu wydarzeniu dodawał fakt, iż był to pierwszy przyjazd Berne'a do kraju kwitnącej anarchii, mimo, iż stuknęła mu w roku ubiegłym pięćdziesiątka (mówią, że to piękny wiek). Koncert był doprawdy z najwyższej półki, szkoda tylko, że nie dla większości, bo nie dało się na nim sprowokować choćby jednego bisu (w Katowicach było bisy i dodatkowo dwa sety - cóż, mieszkałem w stolycy 10 lat i coś wiem na temat tamtej publiczności, ale szkoda mi czasu, by o tym tu i teraz smarować).

Przejdźmy do ceda, bo na koncert do Wawy przyjechał właśnie TEN zespół Berne'a - Science Friction (uzupełniony przez trębacza - Herba Robertsona). Granie Berne'a ze zwiększoną dawką elektroniki datuje się od całkiem udanej płyty "The Shell Game" (z Tabornem i Raineyem, recka w gaz-ecie jakiś rok temu). Dla powstania Science Friction wystarczyło dodać gitarzystę Marca Ducreta. Uroczy kwartecik - w stosunku do "The Shell Game" klawiszowiec Taborn gra mniej plamistycznie, bardziej dba o groove i partie niskich częstotliwości, Rainey udowadnia, że jest w piątce najwybitniejszych białych drumerów jazzu (ranking do wglądu w redakcji), zaś Ducret oscyluje między stevecolemanowskim trzymaniem rytmu, iście rockowym wypierdem, a onirycznymi odjazdami w otchłanie nostalgii za kolejnym riffem alcisty. Nad wszystkim panuje Berne, grający ostrymi, urywanymi frazami. Dyktuje tempo i nastrój. Improwizacja, kooperacja, szacunek i demokracja.

Berne'a postrzegałem dotychczas raczej jako lidera totalnego, bo w sensie mentalnym bliżej mu było do Coltrane'a niż do Davisa (czyli raczej inni słuchali co on gra, a nie odwrotnie). Tutaj zaskoczenie - Berne słucha i podkreśla akcenty, nie dominując muzycznie (na koncercie było to jeszcze bardziej widoczne, gdyż zagrał w zasadzie tylko jedno klasycznie rozbudowane solo, w trakcie którego - tak na marginesie - był zagłuszany przez perkusję, przynajmniej dla tych, co w trzecim rzędzie garowali). Czyli wszyscy mają umyte uszy i powstaje genialna muzyka (u Vandermarka w sensie psychologicznym funkcjonuje to podobnie).

Muzycznie jest nad wyraz ciekawie - warto podkreślić rolę producenta Davida Thorna, któremu przypada w dwu kompozycjach (krótkich, plamistycznych) w zasadzie rola współkompozytora. Jest niedelikatnie, frazy podawane się w ciekawych metrach (moje koślawe ucho nie nadąża). Wyjątki spokojne (poza Thornem) moją pamięć spychają do początków Return To Forever (sic!).

Berne w XXI stuleciu wybrał ciekawą drogę, rzucając w zasadzie akustyczne granie. Obiecuję śledzenie postępów - rzeczy wychodzą albo na jego Screwgun Records (pięknie edytorsko) lub na Thirsty Ear Blue Series, znacznie nobilitując koncepcje artystyczne Dyrektora M.Shippa. Obok kwartetu Science Friction mamy trio Hard Cell (kontynuacja Shell Game, czyli Berne, Taborn, Rainey) i trio Big Satan (powrót do koncepcji z lat 90ych - Berne, Ducret, Rainey).
Czterech ludzi - kopalnia wspaniałego jazzu.


Tim Berne's Science Friction Live - "The Sublime And", Thirsty Ear 2004 (2CD)
Big Satan - "Soul Saved Hear", Thirsty Ear 2004

Spełniam obietnicę daną onegdaj i kontynuuję eksplorację najnowszych dokonań zamorskiego alcisty Tima Berne'a. Przypominam mniej bystrym, iż Science Friction to kwartet z udziałem rzeczonego lidera (o wszakże bardzo demokratycznych inklinacjach), Craiga Taborna (klawisze), Marca Ducreta (gitara) i Toma Rainey'a (perkusja). Trio Big Satan to formacja jak wyżej, uszczuplona o Taborna. By dopełnić tej szarady dodam, że Science Friction uszczuplony o Ducreta nosi nazwę Hard Cell i właśnie popełnił krążek "Feing", ale o nim w kolejnym odcinku naszego serialu.

Cedzik podwójny kwarteciku SF przynosi rejestrację jednego z koncertów w Szwajcarii w zacnym roku 2003. Zawiera materiał znany nam ze studyjnej płyty, w wersjach bogato zaimprowizowanych (mniej wnikliwym badaczom współczesnych dokonań Tima B. należy się uwaga, iż wszystkie w/w formacje w dużej części bazują na tych samych kompozycjach Berne'a, co mogłoby stanowić poważny mankament tych produkcji, gdyby nie drobny fakt, iż są one doprawdy genialne!). Do koncertowych wersji moja najczęstsza uwaga, jaką kieruję do nagrań na żywo - jakość dźwięku mogłaby być lepsza, ale to zapewne wina akustyki miejsca powstania nagrań, bo tak hałaśliwy band jak SF zapewne trudno dobrze nagłośnić w niezbyt dużym klubie.

"The Sublime And" to ponad 110 minut karkołomnych, kolektywnych (!!!) improwizacji, choć składa się z zaledwie sześciu tematów. Jak telepatycznie porozumiewa się tych czterech ludzi, wiedzą Ci, którzy widzieli ich żywcem ubiegłej jesieni w Warszawie lub Katowicach. Im dłużej słucham tej muzyki, tym bardziej doceniam bardzo demokratyczny charakter tej muzyki (Berne w wielu momentach pozostaje jedynie moderatorem wymiany dźwięków) i grę Marca Ducreta na gitarze (człek ma niebywałe pomysły i jest też doskonałym ilustratorem, co szczególnie ważne w SF, gdyż najczęściej muzycy grają jednocześnie, zatem umiejętność odnalezienia się w takim tyglu jest bardzo przydatna).

Cenna jest także rola Ducreta w Big Satan, gdzie towarzyszy on perkusji i saksofonowi, zatem w wielu momentach przypada mu także rola basisty i zarazem jedynego harmonika w zespole. Wywiązuje się z tej roli znakomicie. Przez zdecydowaną część nagrania w ogóle nie słychać braku instrumentu odpowiedzialnego za dolne częstotliwości.

"Soul Saved Hear" to druga pozycja w historii BS. Pierwsza ukazała się w zamierzchłym wieku XX, pod sztandarami Winter and Winter.

Wszystkie współczesne formacje Berne'a grają bardzo spójną, gęstą, energetyczną muzykę i należy je traktować w zasadzie jako jeden zespół. W nagraniach wszakże studyjnych należy podkreślić dużą rolę Davida Thorna, jako producenta (dużo ciekawej elektroniki i postprodukcji w warstwie rytmicznej), który na tyle intensywnie ingeruje w niektóre fragmenty muzyki, iż Berne przydziela mu niekiedy rolę współkompozytora. Ciekawym polecam zwłaszcza kompozycję zamykającą najnowszego Big Satana - "Plantain Surgery". Moim nieskromnym zdaniem - tak winien brzmieć jazz współczesną elektroniką stojący. Wszystkie inne pomysły M.Shippa w ramach Blue Series - marnym pyłem jesteście!

Obie rzeczy wydała nowojorska Thirsty Ear (tak a propos Shippa), ale ja polecam wam autorską - w zasadzie - stronę Tima Berne'a (www.screwgunrecords.com), która zawiera info o wszystkich dostępnych obecnie nagraniach różnych zespołów Berne'a, nadto zawiera spore fragmenty muzyki w formacie mp3 (no i jest jeszcze urocza edytorsko, ale to już - co kto lubi). A jak ktoś się zagubił w tych koligacjach osobowych omawianych tu formacji, tam na pewno uporządkuje swoją wiedzę.


V/A - The Shape Of Jazz To Come. The Blue Series Sampler / Thirsty Ear Recordings 2003

Kiedyś obiecywałem popastwić się nad tak zwanym nu-jazzem (czyli próbą sprzedawania dyskoteki snobom), ale sobie odpuściłem, bo mnie się pewne produkcje Molvaera i Aarseta całkiem spodobały (i stwierdziłem, że nie wypada).
Nie mniej muzyka z pogranicza gatunków zawsze mnie intrygowała i inspirowała do smarowania po klawiaturze, zatem i próba poddania jazzu elektronicznym przetworzeniom - kreowana przez Thirsty Ear - nie mogła ujść mojej uwadze. Stajenka ta, znana nam z wielu ciekawych alternatywno-rockowych ujawnień, oddała w ręce cenionego nowojorskiego pianisty Matthiew Shippa (m.in. kwartet Davida S.Ware'a) serię wydawniczą o wdzięcznej nazwie "Blue Series". Ten zaś, głównie przy pomocy Williama Parkera i Hamida Drake'a (taka sekcja rozrusza każde kluchy!!!), zbiera muzyków różnych proweniencji (jazz, poszukująca elektronika, hip-hop, klienci od muzy współczesnej) i tworzy całkiem ciekawe hybrydy (z własnym, znaczącym udziałem, a jakże!). Z efektami tych robótek ręcznych najprościej zapoznać się nabywając drogą kupna sampler serii błękitnej (by nie rzec - niebieskiej). Efekt na ogół bywa więcej niż pasjonujący, jakkolwiek od razu zaznaczam, że TO JEST JAZZ z domieszką elektroniki, nie tam żadne nudżezowe pierdy. Klan jazzowy - poza szefem i w/w sekcją rytmiczną - reprezentują m.in. Tim Berne i David S.Ware, elektronicznych krojczych - DJ Spooky, DJ Wally (nie wiem, kurtka wodna, kto zacz) i drum'n'bassowcy z London Town - niejaki Coxon z jakim Walesem pod pseudo Spring Heel Jack, hiphopowców - Antipop Consortium i El-P, zaś klasyków - kilku klientów, których nejmy i tak Wam nic nie powiedzą. Zupa z tego powstaje smakowita, polecam 70-minutową całość tego ceda, bo to groźny dżez, men!!!


Spring Heel Jack - "Live", Thirsty Ear 2003

Już wieki temu wysmarowałem na TYCH łamach parę zadań o błękitnej serii wytwórni Thirsty Ear, czyli elektroniczno-jazzowych jazdach pod światłym kierunkiem nowojorskiego pianisty Matthiew Shippa. Jazz depreparowany elektroniką w tak dobrym wydaniu (np. w większości projektów William Parker i Hamid Drake jako sekcja) zdawał się nieść nadzieję na wiele udanych cedów (co podkreślał interesujący zwiastun w postaci samplera stajni, który TU także omawiałem).

W tak zwanym międzyczasie udało mi się zeksplorować większość z tytułów oznakowanych logo "Blue Series" i muszę przyznać, że im dalej w las, tym było mniej ciekawej, pomysły się powielały, większość muzyki przypominała jeden pianistyczny lot Shippa, a cedy dodatkowo trwały ledwie po 40 min, co przy tegorocznym kursie EURO było raczej wkurwiające. Na tak nakreślonym tle pozytywnie wyróżniła się w zasadzie jedynie "Optometry" Dj Spooky'ego, ale niestety miała jedną poważną wadę - była … za długa (prawie 80 minut). Mimo wielu doń podejść, muszę przyznać, że tylko niektóre fragmenty są naprawdę udane i warte zapamiętania.

A teraz otwórz szafę i mów do rzeczy - Spring Heel Jack to dwójka znanych (ponoć) brytyjskich producentów drum'n'bass, którym Dyrektor Shipp dodaje przy kolejnych ujawnieniach całkiem zadziornych kompanów (zaczyna, rzecz jasna, od siebie). Ze SHJ współpracował np. Tim Berne, co niejako z urzędu aprecjonuje brytoli. Płyta "Live" to ich trzecie ujawnienie, w którym za jazzowe wsparcie opowiadają - poza Dyrem - Evan Parker, William Parker, Han Bennink (niezła luta, nieprawdaż?) i … J Spaceman (uff, tu Dyro poszedł na całość - jak ktoś nie pamięta, ten koleś to taki psychodeliczny gitarzysta z UK, co potrafi jednym zfuzzowanym dźwiękiem zapełnić kilka vinyli). "Live" przynosi dwie ponad półgodzinne improwizacje w/w combo i jest - bez dwóch, a nawet jednego zdania - najciekawszą pozycją w błękitnej serii. Mamy całkiem śmiałe improwizacje, kolesie zza wielkiej wody (z nowojorskiej perspektywy patrząc) nie przeszkadzają specjalnie (oczywiście za wyjątkiem J Spacemena), a momentami nawet udanie wchodzą w improwizacje bardziej zdolnych kolegów (oczywiście Evan Parker pochodzi z Europy, ale to nie zmienia szyku logicznego tej sekwencji). Shipp rzeźbi na fenderku, Bennink ma doskonałe solo (Part Two), ale kto już tego Holendra w życiu swym marnym słyszał, ten się nie dziwi, zaś Evan Parker dmie w swą w rurę w sposób naprawdę przyswajalny dla ucha. Oczywiście nie jest to żadne odkrywcze granie, początek jako żywo jedzie wczesnym elektrycznym Milesem D. (czyli kłania się pre-fussion), ale w sumie jest to łyk jazzu pełną gębą. Tylko jak w kontekście tych ciekawych skąd inąd improwizacji ma się idea błękitnej serii, polegającą, jak mniemam, na przełamywaniu barier i budowaniu nowych estetyk w jazzie i elektronice?


ThirstyEar - Blue Serries - wczesnojesienne remanenty

O "Błękitnej Serii" nowojorskiej stajni Thirsty Ear Recordings pisałem już na łamach Gaz-ety wielokrotnie, nie zawsze zresztą w ciepłym tonie, zatem nie bez przyczyny pozwalam sobie teraz wrócić werbalnie do ich produkcji. Okazją niech będzie uzupełnienie prywatnej płytoteki o kolejne pozycje. Nie będę pisał o nowościach, albowiem nie zasługują one w moim przekonaniu na absorbowanie cennego czasu vivoczytelników.

Mówiąc (pisząc) o "Blues Serries" nie należy zapominać, iż w jej ramach ukazują się zarówno mniej lub bardziej udane próby łączenia muzyki improwizowanej ze współczesną elektroniką, jak i stricte jazzowe, czy wręcz free jazzowe produkcje muzyków nowojorskich związanych z Dyrektorem Projektu Matthew Shippem, m.in. Williama Parkera (patrz: gaz-eta, numer lipcowy), Roya Campbella czy Davida S.Ware'a.

Najpierw wszakże rozprawmy się z pierwszym z przywołanych nurtów, którego celem, obok niesienia kaganka jazzowej oświaty dla dorastającej młodzieży, jest zapewne także próba podbudowania budżetu wytwórni sprzedażą muzyki w targecie klubowym (nie znam nakładów płyt, zatem tezy powyższej nie zweryfikujemy).

Matthew Shipp "Harmony and Abyss" to bodaj sto siedemnasta propozycja pianistyki Shippa w ramach Błękitnej Serii. Pianistyki dekonstruowanej elektroniką, w dużej części na etapie postprodukcji. Efekt sonorystyczne jest bardzo ciekawy, jednak traktując ten rodzaj twórczości Szefa BS w kategoriach artystycznych trudno paść na kolana. Ta edycja w pełni to potwierdza. Może jedynie warto odnotować fakt, iż porcja elektronicznych zniekształceń jest tu nieco większa niż na poprzednich albumach. Skład żywych muzyków uzupełnia stała baza niskich częstotliwości w BS, a zwłaszcza u Shippa, czyli William Parker, a także Gerard Cleaver dr i Daniel Carter fl i sax. Za "dźwięki z łazienki" odpowiada FLAM. Słuchając tej serii nagrań wciąż pozostaję w bardzo ambiwalentnym uczuciu, albowiem znając inne, prawdziwie jazzowe produkcje panów wymienionych tu z imienia i nazwiska, nie potrafię w pełni akceptować takiego, choć bardzo trendy, to jednak "grania do kotleta". Proste, przystępne produkcje, w sumie podobne do siebie jak dwie krople wody. Ale jeżeli łykasz ten elektroniczny spleen, to jest to pozycja akurat na twoje wymagania.

Wyartykułowane wyżej ambiwalencje rosną w tempie geometrycznym, gdy sięgam po kolejny produkt Serii - DJ Wally "Nothing Stays The Same". Tu głównym tytułem wykonawczym nie jest muzyk jazzowy, ale didżej, co niestety skutkuje dość prymitywnym rytmicznie backgroundem dla jazzowych popisów herosów nowojorskiej sceny. Efekt jest o tyle bolesny, iż lista płac na tym cedzie jest doprawdy imponująca i pozwolę sobie ją przytoczyć w całości, by żal był tym większy. Zatem na "Niczym Które Pozostaje Tym Samym" (tłumaczenie własne ?) grają (?) - Matthew Shipp p, William Parker b, Khan Jamal vb, Daniel Carter reeds, David S. Ware ts, Guillermo E. Brown dr, Peter Gordon fl. Bez komentarza? To najmarniejsza ze znanych mi pozycji w Serii. Bez strat moralnych można sobie darować.

By finalizować wątek płyt pseudo lub niejazzowych w Serii, słów parę o DJ Spooky'im i jego "Dubtometry", płycie zawierającej remiksy nagrań z całkiem udanego wydawnictwa "Optometry" (w sumie to była bodaj najciekawsza rzecz w Serii, z jedyną w zasadzie wadą - trwała stanowczo zbyt długo, bo ponad 70 minut; warto pamiętać, że prawie wszystkie płyty Serii kończą w ramach godziny lekcyjnej, co w przypadku wątku "elektronicznego" wychodzi na ogół tej muzyce na dobre). "Dubtometry" jest zdrowo podanym, konkretnym kawałkiem współczesnej elektroniki, szczególnie cennym dla wielbicieli dubowych brzmień, których tu nie brakuje. W swojej klasie rzecz cenna i miła dla ucha wypoczywającego po serii freejazzowych petard.

Udanym łącznikiem pomiędzy elektronicznym a stricte jazowym nurtem Błękitnej niech będzie pierwszy kompakcik chyba najpoważniejszej formacji tej serii - Spring Heel Jack -zatytułowany "Masses". Angielski drum'n'bassowy duet Coxon i Wales (ciekawe i niebanalne podkłady rytmiczne, śmiałe dekonstrukcje, twórcze zakłócenia) plus improwizujący jazzowi giganci z Jorku. To pomysł na tę formację w ramach Serii. W pierwszej edycji absolutna śmietanka - Tim Berne (chyba numer jeden w tym towarzystwie), Daniel Carter, Roy Campbell, Evan Parker, Mat Maneri, oczywiście Shipp, William Parker i G.E. Brown jako sekcja rytmiczna w klasycznym rozumieniu. Jeśli szukamy naprawdę udanych fuzji współczesnej elektroniki i jazzu, to dobrze trafiliśmy! Bardzo konkretne, bardzo udane. Co ważne, jazzowe byki często na tej płycie występują osobno, jest zatem wiele smakowitych chwil ich wielce udanych solowych improwizacji.

Otóż i jesteśmy już na pjurdzeżowym polu. Na dobry początek uroczy albumik wyśmienitego trębacza Roya Campbella "It's Krunch Time", znanego nam z wielu udanych jazd, w tym także, a może przede wszystkim, z piekielną sekcją rytmiczną William Parker/ Hamid Drake (np. Pyramid Trio, Die Like A Dog Quartet). Tu kwartecik z najbardziej nieekspresyjnym instrumentem jazzu, czyli wibrafonem (smakowity Khan Jamal) i sekcją w osobach Wilbura Morrisa b i Guillermo E. Browna dr. Osiem kompozycji (w tym raz Monk, raz pieśń ludowa, reszta autorstwa lidera) składających się na propozycję dla wielu gatunków jazzfanów. Mamy zgrabne dialogi trąbki i wibrafonu, jakich nie powstydziliby się twórcy cool jazzu, są zadziorne free eskapady Campbella, który potrafi odnajdywać się w chyba każdej stylistyce, no i sekcja, choć nie epokowa, zgrabnie ciągnie do przodu to dzieło. Rzekłabym - mainstream z najwyżej półki o poważnych ambicjach sprostania bardziej wymagającym gustom. Tak, Campbell to znamienita postać, kolejny wielki, mocno niedoceniony trębacz, ale że wódki z Wyntonem M. i koleżkami z Down Beatu nie pija, to brak go na wyszukanych ankietach zacnych i poczytnych pism (ale może to i dobrze, bo inny trębacz z NewJorku też długo niezauważany, jak już na te wstrętne ankiety trafił, to się mu wena twórcza poszła je? - patrz: życie i twórczość Dave'a Douglasa po roku 2000).

No i last, but not least, kawał free jazzowego mięcha ekstremalnie pełną gębą. Relacja audio i video z kolejnej edycji festiwalu VisionFest. Edycję z roku 1997 dokumentuje podwójne wydawnictwo AUM Fidelity, zaś Seria ma na rozkładzie wydarzenia z roku 2003.
V.A. "VisionFest: VisionLife" - kto miał tę płytę w rękach, ale nie posłuchał, bo pobieżna analiza traklisty go zniechęciła, niech głęboko żałuje. Tak się bowiem zabawnie składa, iż kilka formacji występujących na CD tytułowanych jest nazwiskami mniej znanych muzyków, ale już pełne składy po prostu zabijają (sama muzyka jeszcze bardziej!). Na początek Muntu! Kto pamięta, że grupa o tej nazwie gościła na Jazz Jamboree'81 i nawet doczekała się wtedy winylowej pamiątki rodzimego wydawnictwa? Jemeel Moondoc, Roy Campbell, William Parker i Rasheed Bakr! Coś dodać? Wspaniała muzyka formacji, który ongiś dała zaczyn Other Dimensions In Music (Daniel Carter zastąpił Moondoca). Jedziemy dalej? Dave Burrell - zapomniany loftowy pianista i Tyrole Brown, Billy Bang w towarzystwie Hamietta Bluietta, mniej znany saksofonista Douglas Ewart w towarzystwie? uwaga! ?Wadady Leo Smitha, Josepha Jarmana i mega sekcji Parker/Drake (chyba najmocniejszy moment ceda), Spring Trio Matthew Shippa, Karen Borca (słabszy moment zestawu, chwila oddechu dla uszu, choć to fryty pełnogatunkowe), Ellen Christi (damski, szalony wokal, wsparty elektryczną gitarą i sekcją Parker/Drake - petarda!), Kidd Jordan i Fred Anderson plus Parker/Drake i na koniec blisko 10 minutowa improwizacja solo Petera Kowalda. Uff, można umrzeć z rozkoszy od samych nazwisk, ale i muzyka tu pomieszczona też nas wbija w glebę. Oj, szkoda, ze nie było nam dane być na całych koncertach. Uwaga! Niektóre edycje VisionFest zawierają też wizualną stronę tych nagrań na DVD. Wstyd nie mieć!
I jak tu nie traktować poważnie Błękitnej?!


Eneidi / Kowald / Smith / Spirit "Ghetto Calypso", Not Two 2006

Nieśmiertelny Peter Kowald na płycie wydanej przez krakowskie Not Two! Kolejna wielka postać muzyki improwizowanej - po Anthonym Braxtonie i Kenie Vandermarku - która znacząco rozświetnia okowy naszej rodzimej, zapyziałej fonografii. A wszystko to za sprawą Marka Winiarskiego, któremu z pewnością czas już wystawić jakiś pomnik (poczekajmy wszakże na monograficzny artykuł w Jazz Forum lub gratulacje z kancelarii prezydenta erpe).
Tak to się bowiem składa, że w kraju, w którym lokalni muzycy zdają się popełniać wyłącznie nieudane projekty muzyczne (z wyłączeniem skończonej liczby przypadków), jest oficyna ujawniająca światu kolejną genialną płytę. Peter Kowald jako całkowicie demokratyczna noga kwartetu, którego wspaniałe uzupełnienie stanowią - Marco Eneidi, zamorski saksofonista, zapewne nikomu poza garstką wariatów avant-jazzowych nieznany (odsyłam do katalogu Eremite i Botticelli Records), Damon Smith na basie i Spirit na perkusji. Świetny alcista (nie tenorzysta, vide opis CD), dwaj silnie koloryzujący i sonoryzujący basiści oraz wprawiony we freejazzowych bojach perkusista. Siedemnaście mgnień kończącej się wiosny. Przy tak rozbudowanej trakliście, nie ma miejsca na zbędne dźwięki. Odurzający konkret. Kolektywne rozmowy czworga myślących muzyków, krwiste dialogi kontrabasów, kąśliwe monologi altu. Nagrania pochodzą z roku 2000. Bardzo chcielibyśmy usłyszeć ten kwartet na trasie promocyjnej. Wnikliwi wiedzą jednak, że nagrania sygnowane nazwiskiem Kowald nie mogą być datowane powyżej roku 2002 (a straszna szkoda).


Peter Kowald - "Duos - Europe. America. Japan", Free Music Production 1991

Całkiem niedawno redakcyjny kolega DeBe-ściak opisał TU drugi zestaw duetów niemieckiego kontrabasisty – Petera Kowalda. Ja zaś słów parę o zestawie pierwszym, który powstał w drugiej połowie lat 80-ych ubiegłego stulecia (zestaw drugi także wtedy), a światło dzienne ujrzał bodaj w roku 1991, w ramach korporacji Free Music Production. Petera Kowalda znałem onegdaj – w bezmiarze swej ignorancji – jedynie jako faceta odpowiedzialnego za niskie częstotliwości w mega hard core free jazz jazdach Petera Brotzmanna. Przypadkowe nieco zetknięcie się z Nim w telewizorni ("Chicago Improvisasions. Peter Kowald at the 2000 Empty Bottle Festiwal In Chicago" - rzecz do kupienia w formie DVD), a także wnikliwa analiza wszystkich upublicznianych recenzji redakcyjnego kolegi DeBe-ściaka, spowodowała znaczący wzrost zainteresowania Kowaldem. Na wspomnianym filmie Kowald dziarsko improwizował z muzykami chicagowskimi i nie tylko (m.in. z Vandermarkiem). Było naprawdę ciekawie, zwłaszcza, że Kowald ma też werbalnie sporo interesującego do powiedzenia.

Skoro już wiecie, dlaczego na mój adres pocztowy dotarła płyta "Duos", to warto, byście wiedzieli także, iż obcowanie z nią – z razu nieśmiałe i pełne wielu pytań retorycznych – budzi mój muzyczny intelekt ze snu zimowego już od kilku ładnych tygodni. Zima trzyma, jak cholera, ale muzyka robi swoje.

"Duos" przynosi 19 bardzo różnych spotkań muzycznych Kowalda, na trzech kontynentach, zrealizowanych w latach 1986-89. "Duos" to 19 ognistych perełek, powstałych przy użyciu wielu różnych instrumentów (Japonia!), raz w formie improwizacji, raz w formie bardziej zaaranżowanej (jak pisze sam Kowald, dopiero w trakcie nagrania utwory przybierały swoją ostateczną formę). Na ponad 70-minutowym cedzie mamy wrzask Diamandy Galas, popisy wielu zacnych saksofonistów (m.in. Brotzmann, E.Parker), perkusistów (Bennink!), wiolonczelistów (Cora), jest Derek Bailey, kilku skośnookich kolegów i koleżanek, no i Peter Kowald. Na ogół troszkę z boku, przyczajony, ukryty tygrys, słucha na swój smoczy sposób, podkreśla i akcentuje śmiałe pomysły współpartnerów (dużo gra smykiem). Jest stylowo, chwilami zadziornie, czasami kapkę ludycznie. Ogromna wyobraźnia, twórczy brak samoograniczeń. W myśl cudownej, acz banalnej, zasady, że muzyka jest jedna.


Piękna płyta – by przejść do reasumpcji – rzucająca nowe, ciekawe światło na nasze postrzeganie muzyki europejskiej (improwizowanej i nie tylko). Trzeba posiadać i słuchać często, by coś rozumieć z muzycznego świata opodal.


Peter Brotzmann Chicago Tentet featuring Mike Pearson - "Be Music, Night. A Homage to Kenneth Patchen", Okka Disk 2005
Crimetime Orchestra featuring Bjornar Andresen - "Life Is A Beautiful Monster", Jazzaway 2005
Frode Gjerstad Trio with Peter Broztmann - "Sharp Knives Cut Deeper", Splasc(h) Records 2003
No Spaghetti Edition - "Listen... And Tell Me What It Was", Sofa 2001

Pytanie w naszym dzisiejszym konkursie słowno-muzycznym jest następujące: Co łączy te cztery krążki, poza faktem, iż zostały wydane po roku '00?
Odpowiedź 1: Wszystkich nie znosi moja ukochana żona - prawda, ale nie o to pytałem.
Odpowiedź 2: Zawierają jazz niepokorny po samie trzewia - prawda, ale nie o to pytałem.
Odpowiedź 3: Muzykę wykonują duże składy osobowe - prawda w 3/4, bo trio plus one to mały skład, ale nie o to pytałem.
Odpowiedź 4: Gra Peter Brotzmann - prawda, ale w połowie, bo gra tylko na dwóch, no i nie o to pytałem.
Nikt nie zgadł? Odpowiedź brzmi - Paal Nilssen-Love. Zacny, trzydziestoletni perkusista z Norwegii gra na wszystkich wymienionych krążkach. Jeśli ktoś jednak odgadł, niech napisze do mnie mejla. Dostanie elektroniczny uścisk dłoni.

Zaiste Nilssen-Love nie jest nawet postacią wiodącą na tych krążkach, ale przyznam, iż do części z tych płyt sięgnąłem właśnie dlatego, iż są udziałem Paala. Oto bowiem okazuje się, że osoba tego niepokornego norweskiego emancypatora perkusji (podaję epitet za "Glissando" - patrz nr 4, wykaz dekonstrukcji we współczesnej muzyce), staje się ciekawym drogowskazem po wielu doskonałych, współczesnych płytach jazzu silnie poszukującego. Jeśli do tu eksplorowanych pozycji dodamy kilka formacji skupionych wokół Kena Vandermarka (FME, Dual Pleasure, Territory Band, School Days) - nasz obraz będzie pełen.
Rzekłem - doskonałych, albowiem prawdą jest, iż w/w cedziki bezsprzecznie na epitet ów zasługują. Postarajmy się uzasadnić powyższą tezę.

Ad 1) Poezja ilustrowana muzycznie. Erotyki Kennetha Patchena czyta Mike Pearson, muzycy przygrywają. Brzmi zajebiście, nieprawdaż? W tentecie na samym przedzie obok lidera - Ken Vandermark i Mats Gustafsson. Rzewnie zawodzą, najpiękniej jak potrafią. Tuż za nimi Joe McPhee i Jeb Bishop. Czy puzon jest najprzydatniejszy w aspekcie sonorystycznym? Ważnym muzykiem zdaje się być Fred Lonberg-Holm, używający niekiedy wiolonczeli na sposób elektryczny. Niekiedy brzmi jak późny Hendrix. Kluczowym utworem jest 40 minutowa część druga, gdzie głos recytującego jest ustawicznie kontrapunktowany muzyką. Zadziorną, acz chwilami melancholijną. Sonorystyka (nadużywam określenia, ale jestem po lekturze "Glissando" i rozumiem znaczenie terminu...), kameralistyka, free jazz splatają się ze sobą tworząc niemal genialny oddech dla każdego słowa poezji. Ta zaś - chwilami piękna, chwilami niezrozumiała, biegnie wraz z tymi dźwiękami od jednego do drugiego ucha. Wielka muzyka, ale uwaga - wymaga dużego skupienia. Jak wejdziesz głęboko, to nie popuści. Ale to w końcu erotyki..... Bądź muzyką, Nocy, bądź wiatrem, Niebo.... Jesteś osadą, a ja nieznajomym...

Ad 2) Norwegia nie po raz pierwszy w ostatnich miesiącach i z pewnością nieostatni. Crimetime Orchestra - w składzie krajowym, z bardziej znanych obok Nilssena-Love - Haker Flaten na elektrycznym basie i Bugge Wesseltoft na klawiszach i "efektach" (tu raczej zapominamy o "nowej koncepcji jazzu"). Z udziałem Bjornara Andresena na basie i "efektach" (człek odszedł był w niebyt w trzy tygodnie po sesji, stąd chyba ten fjuczering). Dęciaki w liczbie pięciu, gitara, elektronika i sekcja rytmiczna. Noise, hałas - po naszemu mówiąc, ultrafusion ery postatomowej. Życie jest pięknym potworem. Orkiestra Czasów Zbrodni. Adekwatne tytuły. Jeśli wciąż szukasz udanych kompilacji jazzu z elektroniką współcześnie pojmowaną, to dobrze trafiłeś. Gigantyczna energia zlewa się tu do twoich uszu. Ściany dźwięków połowią zwoje twojego mózgu. Jedziemy ostro, ale dynamicznie, albowiem sekcja ma tu przede wszystkim zadania rytmiczne, nie zaś sonorystyczne eksploracje. Siedem części głównych tematu tytułowego - niczym siedem grzechów głównych - i ekstatyczne wyciszenie na sam koniec. Oczyszczenie, ale czy zasłużone?

Ad 3) Ostre noże tną głębiej. Czujesz zapach krwi? Gjerstad - norweski weteran saksofonowy i Broztmann - niemiecki weteran saksofonowy. Po prostu torpedy. W dzieciństwie bawili się przy autostradzie. I młoda sekcja, jak jurne byki. Godzina frytów, podana jednym daniem z teoretycznymi przerywnikami (rozumiem, że chodziło o tantiemy). Gigantyczna napierdalanka, w trakcie której z trudem łapiemy oddech. Podziwiamy sekcję, a zwłaszcza Nilssena-Love, który w tej ścianie dźwięków potrafi niekiedy zaakcentować swoją obecność. Tylko dla fanów free jazzu, klasycznie pojmowanego. Dla Broztmanna to elementarz, ale większość saksofonistów straciłaby życie przy takim graniu. Frode Gjerstad daje radę, bo on z tego samego podwórka, z tej samej autostrady. Wydali Włosi i dwukrotnie przekręcili personalia Nilssena-Love. Cóż, awersja do włoskiej piłki i techniki nie jest przypadkowa...

Ad 4) Dwanaścioro improwizujących muzyków (jest i Maja Ratkje, stąd dwanaścioro) w ramach drugiej edycji zespołu festiwalowego No Spaghetti Edition. Oczywiście Norwegia, choć jest i Niemiec (Alex Dorner) i Angol (Pat Thomas). Nasz bohater liryczny, także właściciele stajni Sofa - Ingar Zach i Ivar Grydeland, dużo elektroniki. Zdecydowanie najtrudniejsza w odbiorze płyta z tego zestawu. W zasadzie free improv, bez choćby kręgosłupa kompozycji. Nie przeszkadza to wszakże wzbijać tę improwizację na szczyty naszej percepcji i zadowolenia z obcowania z dźwiękami. Dużo krzywych, zniekształconych dźwięków. Okazja do słuchania dwóch emancypatorów perkusji (znów "Glissando") - Zacha (kanał lewy) i Nilssena-Love (kanał prawy), grających na tej samej sesji. Posłuchaj... i powiedz co to było. Hmm, nie podejmuję się.


Peter Brotzmann/Hamid Drake "The Dried Rat-Dog", Okka Disk 1995
Billy Bang/Denis Charles "Bangception. Willisau 1982", Hatology 1997
Matthew Shipp Duo with Roscoe Mitchell "2-Z", 2.13.61/ Thirsty Ear 1996
Max Roach/Anthony Braxton "One In Two, Two In One", Hat Hut Records 1989


U progu jak zawsze depresyjnej jesieni, pragnę zachęcić Was do rzucenia się w wir muzyki czterech szalonych duetów. Jedyne, co łączy omawiane tu nagrania, to właśnie dwuosobowe składy wykonawcze, no i może trochę fakt, iż całą ósemkę muzyków postawionych na baczność Wasz Recenzent darzy szczerą i zabójczą wprost atencją.

Zaczynamy od razu z grubej rury, a konkretnie - tenorowej rury Petera Brotzmanna, który nie tylko w moim prywatnym rankingu przeżywa od lat oczekiwane apogeum kariery (oj, chyba by umarł ze śmiechu z powodu tego epitetu, ale na pewno by mi wybaczył). Sięgamy po rzecz nagraną 12 lat temu, w duecie z Hamidem Drake'iem - "The Dried Rat-Dog". Ponadgodzinna transfreejazzowa perełka, trochę jak zapowiedź nadchodzącego genialnego dziesięciolecia Brotzmanna, naznaczonego dwoma wspaniałymi epopeami, czyli Die Like A Dog Quartet i Chicago Tentet. To nagranie powstało już po pierwszym spotkaniu Kwartetu Zdychającego Psa (wszyscy świetnie pamiętamy, iż uzupełnieniem dla duetu Brotzmann/Drake byli tam William Parker i Toshinori Kondo lub Roy Campbell), zatem stanowić może soczyste uzupełnienie formuły kwartetowej. Być może obaj zagrali tu te dźwięki, na które w kwartecie brakowało czasu. Drake - transowy, na swój sposób egzotyczny, tradycyjnie motoryczna podstawa każdej freejazzowej ucieczki. Brotzmann - w całej skali swojej ekspresji, od liryki do śmiercionośnych porcji energii, niezbędnych dla naszych uszu, gdy jesienna tendencja do horyzontalnego pojmowania rzeczywistości odbiera sens każdej czynności. Nagrywający już z Drake'iem w poprzedniej dekadzie, jakby na początku takiej drogi, w głębokim, już wtedy, poczuciu, iż ten szlak zawiedzie go bardzo daleko. Gigantyczne spotkanie saksofonu i perkusji, nie mniej ważne niż "Interstellar Space", gdyż doprawdy trudno szukać lepszych porównań.

Koncert "Bangception. Willisau 1982" skrzypka Billy Banga i perkusisty Denisa Charlesa, to spotkanie dwóch legend amerykańskiego free, gdzieś tam w Europie, 24 lata temu, ukazane światu na srebrnym krążku dopiero w ubiegłej dekadzie. Niepowtarzalny Bang, najbardziej ekspresyjny skrzypek gatunku, tu - jak prawie zawsze - w wyśmienitej formie, u boku niezwykle konkretnego Charlesa. Analogowa długość koncertu (niewiele ponad 40 minut) jedynie wzmacnia nasz apetyt na kolejny odsłuch. Jak na występ w duecie sporo monologów, ale zastrzeżeń w zakresie poziomu interakcji pomiędzy muzykami absolutnie nie zgłaszam. Szwajcarska precyzja brzmienia, konkrety estetyczne. W repertuarze, obok własnych kompozycji/improwizacji, także niezniszczalnie piękna "Lonely Women" Ornette'a Colemana. Już nie wiem która wersja tego utworu w mojej płytotece, acz nie wiem, czy nie najpiękniejsza. Oczywiście szukającym wyłącznie piękna "Bangception" nie polecamy. Skutecznie leczy jesienne deprechy ładunkiem soczystej ekspresji, nie skażonej bólem banalnej egzystencji.

No i lek antydepresyjny numer trzy, tym razem w formie duetu piano-sax. Matthew Shipp, o którym nigdy nie zapominamy, pomimo nu-dziarstwa uprawionego na Błękitnym Serii (jak wspaniały to pianista słychać chociażby na płytach Kwartetu Davida S.Ware'a) i wielki Roscoe Mitchell (niech retorycznym pozostanie pytanie, kto jest najbardziej kreatywnym muzykiem spośród rodziny Art Ensemble Of Chicago). Duet nagrany ponad dekadę temu, a wydany w labelu Henry'ego Rollinsa (hardcorowe szarpidruty wielbią tę postać!). "2-Z" to jedenaście miniatur free (całość zamyka się w godzinie lekcyjnej), w pełni uzasadniających epitety, jakimi obdarzyłem obu muzyków dwa zdania wyżej. Szczególnie podoba mi się Mitchell, który na płytach AEOC bywa, jak wszyscy, rubasznie ludyczny, a na solowych płytach stara się spełniać gusta wszystkich melomanów (są tacy, którzy i tak Go kochają, np. niżej podpisany), tu zaś jest ewidentnie muzykiem free i ani na moment nie pozwala nam o tym zapomnieć. Znakomita płyta! Jeśli wciąż mało, sięgnijmy koniecznie po dość zaskakujący duet z końca lat 70ych ubiegłego stulecia. Otóż na scenie, obok siebie bebopowy weteran perkusji Max Roach i tytan free jazzu Anthony Braxton, wtedy jeszcze "stuprocentowy" jazzman. "One In Two, Two In One" - koncert nagrany na festiwalu Willisau (jak wiele wydanych w zacnej kapeluszowej wytwórni szwajcarskiej) w roku 1979, wydany zaś dokładnie dekadę później. Spotkanie muzyków, którzy pozornie nie mają ze sobą wiele wspólnego. A jednak udaje się wyśmienicie. Braxton w genialnej wprost formie, absolutnie nienaginający się do estetyki Rocha, do tego, wyjątkowo jak na niego komunikatywny. Dwa długie sety, w trakcie których czujemy jak interakcje pomiędzy muzykami się zacieśniają, wchodząc z każdą minutą na wyższy poziom. To, co gra Roach powyżej 70 minuty to prawdziwa eksplozja, jakiej z pewnością nie usłyszycie na jego innych płytach. Braxton? Jakże dobitnie możemy się tu przekonać, jak wytrawnym, kreatywnym jest saksofonistą i klarnecistą. 75 minut muzyki tego duetu słucham wciąż w pozycji rozdziawionej gęby.


The Thing "Live At Bla", Smalltown Superjazz 2005
The Thing w/Joe McPhee "She Knows...", Crazy Wisdom 2001

Jak zgrabnie rozpocząć omawianie dokonań najbardziej groźnej kapeli współczesnego free (idąc tropem nomenklatury Milesa D.)? Że nazwa grupy kojarzy się z filmem Johna Carpentera (dla mniej bystrych przypomnę, że to był horror)? Że głośniej po tej stronie Atlantyku gra tylko parę kapel deathmetalowych z północnej części ziemi olsztyńskiej? Że Gustafsson to najważniejszy baryton jazzu (pozdrowienia dla Tadka)? Że sekcja Flaten-Love na scenie free jest tym, czym bomba atomowa pośród współczesnych broni masowego rażenia? Dość tej retoryki, słów parę o cedach wymienionych w główce recenzji. Trio Matsa Gustafssona (rury), Ingebrighta Haker-Flatena (grube struny) i Paala Nilssen-Love (gary) jako The Thing popełniło już kilka płyt (Tadek - pięć?), zaś jedną z pierwszych była kolaboracja ze świetnym amerykańskim trębaczo-saksofonistą Joe McPhee, pod znaczącym tytułem "She Knows...". Niewiasta w tytule absolutnie uzasadniona, zwłaszcza, że ceda otwiera krwista wersja "To Bring You My Love" P.J. Harvey (ogień!). Najpierw kilka głębokich oddechów trąbki kolegi McPhee, potem zabójczy bass Flatena, a w następnej kolejności gwóźdź programu, czyli wyjący do księżyca sax Gustafssona. Kolejne minuty to erupcja wulkanu, trzęsienie ziemi (taki Hitchcock jednym słowem). Całość uzupełnia jeszcze 6 numerów (o podobnym ładunku ekspresji), na ogół cudzego autorstwa (w tym genialna "Kathline Gray", pamiętana z równie genialnej produkcji Ornette Colemanna i Pat Metheny "Song X"), jest też jeden numerek McPhee. Mocno i na temat. Free jazz to nie zabawa dla cherlawych chłopaków!
I jeszcze spostrzeżenie ważne dla adeptów szkół marketingowych - "Ona wie"... ujrzała światło dzienne w wytwórni Crazy Wisdom. Produkty tego lejbla są trudno dostępne (osobiście nabyłem na aukcji), głównie z uwagi na fakt, iż ich dystrybutorem jest... Universal. Tak, tak, nie ma nic gorszego niż dystrybucja nagrań niszowej stajni przez majorsa... Efekt jest murowany (Janusz, zapamiętaj!).
"Live At Bla" to najnowsze dziecię tria, nagrane na koncercie w klubie "Bla" (błyskotliwa konstatacja, Holmesie!), jakieś trzy lata temu. Dwa rozbudowane kawałki (po ok. 30 min), będące wiązanką różnych przebojów, na ogół free-jazzowych (m.in. Don Cherry). Ciekawa jest konstrukcja tych utworów. Trio zaczyna na ogół od swobodnej improwizacji, napięcie rośnie, konstruktywne emocje także i nagle z kipiącej energią kulminacji wyłania się znany motyw (czyli odwrotny schemat: improwizacja-temat). Efekt jest piorunujący! Polecam zwłaszcza początek drugiego minisetu. Ostre solo Flatena na basie nagle przeradza się w spoconego bluesa, wprost z delty Missisipi, a publika osiąga zbiorową ekstazę. O sekcji F-L pisałem już wielokrotnie, więc nie będę po raz kolejny padał na kolana. Pisząc o Gustafssonie, jak dotąd, jeszcze nie bywałem w takiej pozycji. Muszę wszakże powoli zaczynać się przyzwyczajać. Mats jest rzeczywiście niepowtarzalny. Skowyt i pisk, ryk i wrzask, to środki artystycznego wyrazu, do których trzeba przywyknąć. Ja jestem już po właściwej stronie!
Jeśli zaś ktoś oczekiwał bardziej subtelnych brzmień, to niestety pomylił adres.


Scorch Trio - "Luggumt", Rune Grammofon 2004

W Norwegii klimat raczej taki sobie, nie dla ciepłolubnych, choć przy krajowym sierpniu 2005 czujemy się raczej bliżej bieguna niż równika... A muzyka w tej całej Norwegii powstaje coraz wspanialsza, zainteresowanych odsyłam na www.musiconline.no - celem dźwiękowej eksploracji (baza ok. 63,5 tys. utworów z Norwegii, do kupienia - uwaga drogo! - lub fragmentarycznego odsłuchu).

Tu zaś garść zachwytów na kapelką o udanej nazwie Scorch Trio, która norweska jest w 66,6%ach, albowiem tworzy ją także człek z dalekiej Finlandii.

Scorch Trio - Raoul Björkenheim na gitarze i nieskomplikowanej elektronice, Ingebrigt Haker Flaten na basie elektrycznym i akustycznym oraz Paal Nilssen-Love na perkusji.

"Luggumt" to druga pozycja w katalogu tria, jest ona zatem naturalną następczynią debiutanckiej "Scorch Trio", sygnowanej zresztą trojgiem nazwisk. Fińsko- norweska demokratyczna maszyna do generowania ultra energetycznych dźwięków.

Raoula znać powinniście choćby z występów na Warsaw Summer Jazz Days w zespole Nicky'ego Scopelitisa i Billa Laswella, pod koniec lat 90ych ubiegłego stulecia. Gęsto dziergający, post-hendrixowski szarpidrut. Nie będę jednak ukrywał, że Scorch Trio interesuje mnie z uwagi na dwóch uroczych Norwegów, nie zaś z powodu długowłosego mańkuta z Finlandii. Ale gra drapieżnie i zaprawionemu we free'tach recenzentowi pasuje bez dwóch zdań.

Para Flaten-Love nie wymaga chyba rekomendacji i przypomnienia. Określana w świecie jazzu i około jazzu jako najlepsza obecnie sekcja rytmiczna w tej części galaktyki. Czytelnicy vivogaz-ety znają ich zapewne z moich recek Kena Vandermarka (School Days, Free Fall, FME, Territory Band, Dual Pleasure).

Scorch Trio - dużo dźwięków na metr kwadratowy, choć nie brakuje tu spokojniejszych fragmentów, gdzie budzi się kolorystyczne zacięcie Fina (a także jego elektroniczne zabawki), napotykając na ciepłe, akustyczne dźwięki kontrabasu Flatena. A Nilssen-Love? Doprawdy sprawdza się w każdych warunkach. Pełno go wokół, nie umyka mu jakikolwiek ważny moment tego grania. Czujny saper, z turbodoładowaniem.

"Luggumt" (co to słowo oznacza?, kojarzy mi się kulinarnie...) - 48 minut wybornej jazzowej jazdy w północnym wydaniu. Dalekie od podbiegunowych chłodów, gorące, wykwintnie przyprawione danie.

A jeszcze w tymże sierpniu na festiwalu jazzowym w Oslo, nasi norwescy milusińscy w towarzystwie m.in. Vandermarka i Nate'a McBride'a grają jako Powerhouse Sound - na dwa elektryczne basy, elektronikę, perkusję i rury. To dopiero będzie energia! Oby ta muzyka kiedykolwiek dotarła do nas (w dowolnej zresztą formie)!


Paal Nilssen-Love "Townorchestrahouse", Clean Feed 2005
Trinity "Sparkling", Jazzaway 2004
LSB "Walk, Stop, Look and Walk", Crazy Wisdom 2001

Dziś, Drogie Dzieci, kolejna bajka z północnej krainy Lodu i Wiatru - o Remizie, Trójniaku i Lesbie.
Najpierw przedstawmy bohaterów naszej opowieści. Wszyscy oni z tej zacnej krainy pochodzą. Jednym Matka Szwecja jest opoką, innym - a tych większość - Matka Norwegia. Jest też jeden wyrzutek z imperialnej Brytanii.
Remiza (Townorchestrahouse) to Evan Parker - saxophones (np. cała historia europejskiego free-improv począwszy od końca frywolnych lat 60-ych), Sten Sandell - piano (np. Gush z Gustafssonem), Ingebright Haker Flaten - bass (np. School Days, Free Fall, The Thing, Scorch Trio..., uff, wiele przykładów, uważni vivo-czytelnicy znają temat), Paal Nilssen- Love - drums (np. ocean przykładów, najważniejsze to FME i Territory Band; samozwańczy lider przedsięwzięcia).
Trójniak (Trinity) to Kjetil Moster - tenor sax (np. Crimetime Orchestra), Ingebrigt Haker Flaten - bass (np. jw.), Thomas Stronen - drums (np. nic nie przechodzi mi do głowy). Lesba (LSB) to Fredrik Ljungkvist - reeds (np. Atomic, Territory Band), Raymond Strid - drums (np. Gush), Johan Berthling - bass (np. nie pamiętam).
Remiza to 70 minut bardzo kooperatywnej improwizacji nagranej w wersji live. Paal Nilssen- Love jest tu tytułem wykonawczych, acz zupełnie spokojnie nagranie mogłoby być firmowane czworgiem nazwisk. Sekcja - wiadomo, choć w wielu momentach bardzo czujna - jak trzeba zabije bez słowa wytłumaczenia. Świetny pianista, dobra europejska szkoła grania w poprzek rytmu. Parker - wciąż na krzywej wnoszącej, nawet na sopranie zaczyna mi się podobać (ach, ten bezdech...). Remiza na światowym poziomie, wydana przez Portugalczyków z Clean Feed.
Trójniak nabyty został przeze mnie głównie z racji obecności na niej Hakera Flatena. Jego bas rozerwie każdą wątpliwość. Całość zaś okazuje się sporym, pozytywnym zaskoczeniem. W porównaniu do Remizy to raczej mainstream, ale w rozumieniu Vandermark 5, nie zaś Ptaszyna W. Doskonałe granie. Moster, znany mi z większego składu, radzi sobie pierwszorzędnie, choć nie jest tytanem hałasu, potrafi bardzo zgrabnie inspirować popisy kolegów, czujny czekista, dobrze naoliwiona lufa. Pierwsza liga - no i który to już przypadek z tamtej krainy? Perkusja też z odpowiednim ładunkiem energii i zdolności do kooperacji. Świetne trio, pewnie mało Wam znane, dlatego tym bardziej zachęcam. Wydane przez norweskie Jazzaway (ciekawy katalog rzeczy mniej znanych, acz absolutnie wartych grzechu, bo z Norwegii).
Na koniec Lesba, która jak zauważyłyście wcześniej, nie jest bynajmniej kobietą, ale trzema facetami. Ljungkvist znany nam z mainstreamowego Atomic i innowacyjnego Territory Band, raczy nas tutaj całkiem interesującym free, ale takim chwilami bardziej do kontemplacji niż robótek ręcznych lub rąbania drew. Czujna sekcja, w wielu momentach wiodąca prym w nagraniu. Kurde, naprawdę niezłe. Rzecz nagrana na dwóch koncertach - jednym tu, w Skandynawii, drugim w Chicago. Wydawnictwo Crazy Wisdom (stajnia w stanie spoczynku, 6 pozycji w katalogu, ostatnia sprzed 5 lat).

No, Drodzy Moi, to już do łóżeczek, rączki na kołderkę, a dzień jutrzejszy rozpoczynamy od lektury przygód Remizy, Trójniaka i Lesby. Pa, pa.


Spaceways Inc. - "Version Soul" / Atavistic 2003

Jak wieść gminna niesie (koła zbliżone do znawców gatunku), Ken Vandermark to znamienita postać współczesnego dżezowego świecznika. Wieść ta, wobec twórczej demencji Dave'a Douglasa, dość zachowawczej postawy Steve'a Colemana i ogólnej nudy w światowo pojmowanym gatunku, daje się zresztą dość łatwo obronić, zwłaszcza, iż przedmiot liryczny tej recenzji zdecydowanie potrafi dmuchać w swą drewnianą rurę. Zespołów i projektów ma on sporo (łaknących wiedzy odsyłam do internetu, żeby nie było za wygodnie), zaś przywołany tu Spaceways Inc. to inicjatywa dość nietypowa, albowiem wedle mojej percepcji koncepcji drążących mózg Vandermarka, rzecz to raczej rozrywkowo-kabaretowa, nie zaś full-wypas. Rura, bas i perkusja (doskonały Hamid Drake, kto Go choć raz widział na żywca, ten wie) w repertuarze soulowo-funkowym, tak zgrabnie skonstruowanym, że da się potupać, a nawet pokolebać. Generalnie mocno, ale raczej koleją, nie szybowcem w niebieskich obłokach. Poprzednia płytka tego tria eksplorowała twórczość Sun Ra i George'a Clintona, tu przedmiotem improwizatorskich wycieczek są autorskie kompozycje Kena V. Jest ich dziewięć, większość dedykowana inspiratorom (jak sądzę..., ale nie będę ściemniał, że znam tych gości). Cała ta muza ma jakiś rockowy sznyt - dokładnie nie potrafię tego zdefiniować, ale jako były pochłaniacz rocka w ilościach ponadnormatywnych, pamiętam jakie to uczucie, gdy ulubiony szarpidrut rżnie wiosłem w dość mało wyszukanym metrum 4/4, a w głowie gotuje się od emocji. Ale dla dżezfanów wiadomość istotna - to jest jazz! (to dla nich wiadomość wręcz fundamentalna! albowiem bez niej ani rusz w procesie poznawania świata i jego muzyki). Zatem, życząc zdrowia wszelkim dżezfanom, którzy u progu XXI wieku zatracają poczucie czystości gatunku, odsyłam do cd-odtwarzaczy i zalecam lekturę w towarzystwie roznegliżowanych latynosek.


Vandermark 5 - Free Jazz Classics Vols 1 & 2 / Atavistic 2001
Joe Morris/Ken Vandermark/Hans Poppel - Like Rays / Knitting Factory 1998
Territory Band 1 - Transatlantic Bridge / Okka Disk 2001

Fakt nie wybrania się przeze mnie do Krakowa na jeden z pięciu koncertów naszej ulubionej formacji Kena Vandermarka - Vandermark 5 (rejestracja płyty live dla Not Two! Brawo!!!) - spowodował powstanie moralnego zobowiązania wobec najciekawszego tenorzysty współczesnego jazzu i radosną konieczność wydania pewnej ilości biletów NBP na wytwory muzyczne tegoż Pana. "Ślepy" los padł na podwójny koncertowy zestawik klasyków free jazzu (eufemizm, jak sądzę), nagrany na przełomie wieków w chicagowskiej Empty Bootle (nagrania te uprzednio stanowiły cd-bonusy do pierwszego tysiąca egzemplarzy "Burn The Incline" i "Acoustic", zatem jeśli takie bonusy posiadacie, w co wątpię, to nie kupujcie tego zestawu) oraz starawe nieco wydawnictwo obumarłej ostatnio Knitting Factory - eksperymentalne trio z gitarzystą Joe Morrisem i pianistą Hansem Poppelem. Ten blok recenzji uzupełniłem także pierwszą odsłoną najlepszego większego składu firmowanego przez KV - Territory Band (tego ceda posiadłem drogą kupna z racji radości, jaka we mnie powstała skutkiem nadejścia roku przestępczego).

Koncertowe kawałki z "Free Jazz Classics" przynoszą znaczącą porcję prawdziwego dżezowego mięcha i doprawdy trudno współcześnie wskazać bardziej dobitny przykład na to, że jazz jeszcze żyje i w tej wersji ma się wyśmienicie. Do zestawu klasyków trudno się przyczepić. Są tu kompozycje m.in. Ornette'a Colemana, Archie Sheepa, Juliusa Hemphilla, Lestera Bowie, Erica Dolphy'ego (ech, jest cudnie, choć mogłoby się znaleźć miejsce dla jakiegoś Coltrane'a, czy Aylera). Kwintecik Kena V. - jak zwykle - w miodaśnej formie, może jedynie szkoda, że te nagrania należą już do bezgitarowego okresu Vandermark 5 (rzeźbiarstwo Jeda Bishopa jest dla mnie niebywałym smaczkiem tej formacji, ale tylko cedziki z lat 90-ych wyposażone są w ostro sfuzzowane pasaże gitarowe). Zatem najwyższa półka i, choć rodzina cierpi katusze, jedziemy z tymi dźwiękami od rana do nocy.

Trio z uroczo pokręconym gitarzystą Joe Morrisem (i nie mniej nieprostolinijnym Poppelem na pianie) przynosi godzinę free impro najwyższego lotu. Rzecz staromodnie zarejestrowana (każdy instrument w osobnym paśmie, Ken w prawym, co najistotniejsze), powstała dość dawno, bo w roku 1996, gdy nasz milusiński dopiero rozkręcał się jako wytrawny improwizator. Tu w dłoniach miał wyłącznie klarnet zwykły i basowy, i powiem Wam, że wszystkim życzę, by tak się życiowo "rozkręcali". Znów trzeba paść na kolana i wołać o niski wymiar kary (np. tylko 8 godzin przerwy w dostawie dźwięków z rury KV). Kontemplacyjne fryty, raczej wieczorową porą. Zalecam odbiór nie zakłócany kolejną lekturą "Gry w klasy" Cortazara. Koncentracja, raz jeszcze koncentracja.

Wreszcie Territory Band. To transatlantyckie (jakże adekwatny tytuł ceda) połączenie muzyków Vandermark 5 z europejską szkołą improwizacji (edycja skandynawsko-brytyjska). Duży skład, cztery atrakcyjnie skomplikowane kompozycje KV (okraszane niespodziewanymi pasmami ciszy; z tych ostatnich autor tłumaczy się w kolejnej edycji Territory Band, albowiem ponoć dystrybutorzy zwracali płyty wydawcy, myśląc, że są uszkodzone - sic!). To z całą pewnością najbardziej wysublimowana (i trudna - dodajmy tym, którzy znają KV np. ze Spaceways Inc.) forma muzycznej autokreacji Kena. Bogate instrumentarium (m.in. piano, rzadkie u tego pana, wiolonczela) kreuje wycieczkę po meandrach free'wolnej improwizacji. Na tym tle KV jawi się jako człek absolutnie wiedzący, czego chce od swych rur. Adeptom e-muzy polecam trzeci numer, w którym KV snuje nam urocze pasaże w stylu dark-ambient, używając do tego wyłącznie swej akustycznej rury (!). Kochani, zabierzcie swe kompy, zdetonujcie twarde złoża pamięci i idźcie do domu! Z iście niemowlęcą cierpliwością czekam na wejście w posiadanie drugiej edycji Territory Band ("Atlas"), która uzupełniona została np. drobnymi smaczkami elektronicznymi (zanosi się na megakillera). Jak posłucham, to wysmaruje parę zdań.

Czekamy nie tylko na "Atlasa", ale także na pierwszą polską płytę Vandermarka (ma być jesienią) i spotykamy się na trasie go promującej. Barbapapa.


Ken Vandermark's Sound In Action Trio - "Design In Time", Delmark 1999
Paal Nilssen-Love and Ken Vandermark - "Dual Pleasure", Smalltown Supersound 2002

Kompletowanie dzieł wszystkich Kena Vandermarka zajmie mi z pewnością jeszcze ładnych sto lat, ale nie ustaję w tem dziele, zaś jedyną przeszkodą jawi się wielokrotnie zdebetowane konto osobiste. O stanie prac w tym zakresie staram się informować vivoczytelników na bieżąco.

W oczekiwaniu na nowe ujawnienia Vandermark 5 (świeżak, wyszedł w lipcu), Spaceways Inc. (z włoskim ZU, chodzi po świecie od kwietnia bodaj), ciągle poszukiwaną Territory Band 2 (wydawca "Okka Disk" przestał ponoć wysyłać płyty do Europy) lub solowy występ p.t. "Furniture", mam zacny zamiar zarekomendować kolejne dwie perełki z przepastnych zasobów Vandermarkowych płyt. Oba wydawnictwa łączy ich bezbassowość (pojmowana instrumentalnie), albowiem pierwszy cedzik powstał z kooperacji KV z dwoma drummerami, drugi zaś z jednym.

"Design In Time" to uroczy trójkącik, którego zgrzebnymi ramionami są Robert Barry (perkusista znany głównie ze współpracy z Sun Ra Orkestra) i Tim Mulvenna (do niedawna urzędujący drummer Vandemark 5). W tym zestawie otrzymujemy jedenaście krwistych kawałków jazzu dalece niemainstreamowego. Szczególnie piękna jest interpretacja "Bells" Alberta Aylera (chyba mnie bardziej wbija w fotel niż oryginalne wykonanie). Ramiona trójkąta jadą kooperatywnie (nie ma zawodów, kto lepszy), zaś kąt prosty (KV) daje nam długi i trwale ryjący bębenki uszne ślizg delikatnie kontrolowany. Oczywiście pierdolę trzy po trzy, bo jak oddać werbalnie TAKĄ muzykę. Pozwólcie, że pozostanę w pozycji klęczącej.

Zamiast zatem wplątać się w kolejną grubą sieć panegiryczną, słów parę o drugim z opiewanych cedów. Tu nasz ulubiony bohater dżezowy spotyka na swej drodze norweskiego weterana łojenia po garach - Paala Nilssena-Love (cóż za hippisiarskie nazwisko?!). Jazda w tym wypadku jest karkołomna. Gęsta, wielofakturowa gra Paala daje znakomity podkład pod Vandermarkowe sznyty. Tego zaś wprost rozsadza energia. Dostajemy naprawdę głośną porcję free-tek, na całkiem świeżym tłuszczu. Polecam bez względu na kulinarne preferencje (rzecz dystrybuuje VIVO POLAND). Trochę mi jeszcze brakuje dystansu do tych dźwięków, ale mam wrażenie, że "Dual Pleasure" będzie jednym z moich bardziej ulubionych Vandermarków. No i tytuł okrutnie adekwatny do zawartości.


Zu and Spaceways Inc. - "Radiale", Atavistic 2004
Vandermark 5 - "Elements of Style... Exercises in Surprise" + "Free Jazz Classic Vol. 4. Free Kings. The Music Of Roland Kirk", Atavistic 2004
FME - "Underground", Okka Disk 2004
Territory Band-2 - "Atlas", Okka Disk 2002

Zadośćczyniąc obietnicy złożonej w sierpniowej gaz-ecie zasyłam pokaźną porcję nowych Vandermarkowych wiktuałów. Postaram się zacząć w pozycji zacniejszej niż dotychczasowa "na kolanach".

"Radiale" to kooperacja znanej i lubianej Spaceways Inc. (tzw. rozrywkowa wersja KV, dżez dla słabiej uposażonych intelektualnie, do tupania i tańcowania) z włoskim trio Zu. Cedzik dość dziwny, bo krótki (czas staroanalogowy), choć składa się w zasadzie z dwóch "podpłyt".
Najpierw dostajemy cztery numery Zu z Vandermarkiem - rzekłbym klasyczny punk jazz, trochę przypominający pierwsze numery Lounge Lizards. Sekcja włoska gra niebywale ciężko (dziwaczne skojarzenie z braćmi Wright z Nomeansno- sic!), czemu wtórują niezależne od siebie solowe jazdy dwóch rur (w wersji dwóch klarnetów wypierd jest iście deathmetalowy). Nie trwa to dłużej niż duży kwadrans, ale rzecz pomimo swej pozornej toporności godna jest kontynuacji (zasadne wszakże jest pytanie, dlaczego tylko cztery utwory???). Całość uzupełniona jest zaś czterema hiciorkami, już w wersji podwójnego trio, w repertuarze znanym nam z doskonałego "13 Cosmic Standards..." Spaceways Inc. Włosi tną dość blado, a chłopaki od KV (McBride i Drake) wyraźnie się męczą, starając się nie stawiać makaroniarzom zbyt wysoko poprzeczki. W sumie wychodzi dziwadło, raczej dla mniej wymagających. Zatem traktujmy "Radiale" jako udaną epkę ze zbytecznymi bonusami.

A teraz - po małym prztyczku do boskiego wizerunku Kena V. - już samo mięcho. Najnowszy Vandermark 5, choć w zasadzie nic nowego do wizerunku sztandarowego kwintetu naszego ulubieńca znanego z poprzednich siedmiu cedów nie wnosi, pokazuje, czym współcześnie winien być tzw. jazz środka (wielbicieli tandety spod znaku Marsalisów lub Garrettów odsyłam do mediów odpowiednich dla poziomu ich muzycznego wyedukowania). Komunikatywne kompozycje lidera, ostra sekcja, świetna "ściana" dęciaków (dwa saksy, czasami klarnet plus puzon), improwizacje godne pochówku przynajmniej na Skałce w Krakowie, po prostu miód. No i słuchać dobitnie, że muzycy się słuchają (jazz wszak opiera się na kooperacji!!!). Czego chcieć więcej? Już mi nawet nie brakuje gitarowych lotów, znanych z cedów V5 z lat 90-ych. Jakże żałosny jawi się w kontekście tej muzyki świat dżezu pojmowanego potocznie jako mainstream. Kto szybko nabył najnowszy V5 (pierwsze półtora tysiąca egzemplarzy), mógł także wejść w posiadanie bonusowego ceda z koncertowymi nagraniami kwintetu, który tym razem wziął na warsztat kompozycje Rolanda Kirka (tego od grania kilkoma rurami na raz). Uwagi jak wyżej. Powinno się to puszczać w telewizorni z rana, pod tytułem edukacyjnym "to jest jazz".

Kontynuując temat nowych Vandermarków czas na Free Music Ensemble i jego pierwsze studyjne ujawnienie "Underground" (trio z Natem McBridem i Paalem Nilssen-Love; przy okazji tego drugiego drobna korekta - człek ten nie jest żadnym specjalnym weteranem, jak to nasmarowałem w poprzedniej gaz-ecie, bo jest raczej dość młody, przynajmniej na zdjęciu - zastanawiające, że nikt nie przysłał korekty, prawda Janusz?). Ciekawostką jest fakt, iż wedle autorskiej strony kenvandermark.com tylko trzy formacje określone są jako zespoły Kena Vandermarka - rzecz jasna wyżej opisywany V5, Territory Band (o nim poniżej) i właśnie FME. Pozostałe bendy, np. DKV Trio czy Spaceways, określane są mianem tzw. kolaboracji (po polsku raczej należałoby rzec - kooperacji). FME to zgodnie z nazwą dość swobodne trio, kompozycje mają bardzo luźny charakter (są odpowiednio długie i dużo w nich czasu na solowe popisy każdego z muzyków - przy okazji można się przekonać, że McBride jest świetnym kontrabasistą, co nie wynika wprost z lektury Spaceways, a nasz norweski hipisiarz gra na garach nieprawdopodobnie energetycznie i wydaje się wprost stworzony dla takiego muzyka jak Vandermark - patrz: moja recka "Dual Pleasure" w sierpniowym ujawnieniu gaz-ety). Trio zatem jak najbardziej zasługujące na miano free, choć płyta nie jest nadmiernie przesycona ostrymi jazdami, dużo w niej ciszy i skupienia.

No i na koniec tej nieco przydługiej recenzji, słów parę o długo wyczekiwanej drugiej edycji największego zespołu KV (przynajmniej pod względem użytego materiału ludzkiego, albowiem tworzy go obecnie dwanaście osób) - Territory Band. W stosunku do pierwszej edycji bend rozbudowany został o drobną elektronikę (ta akurat wiele nowego do tej muzyki nie wnosi, ale cieszy samą swą obecnością), tubę i trzeci saksofon, a płyta znów przynosi nam cztery długie i rozbudowane kompozycje KV. Muzyka jest nie łatwa (ale o tym ostrzegałem już onegdaj), ciekawe są częste wycieczki w kierunku współczesnej kameralistyki. Cedzik zaczyna są dość ostro i hałaśliwie, z upływem czasu wędrujemy wszakże w rejony bardziej wyciszone, choć próżno tu szukać prostych rozwiązań. Kolejna wielka płyta KV, choć wymagająca do słuchacza jeszcze więcej skupienia niż pierwsza edycja TB "Transatlantic Bridge". Jak niesie wieść gminna trzecia edycja TB czeka już na wydanie, zaś w wersji live pojawia się już edycja czwarta (czyli nie ma "zmiłuj się", trzeba chyba będzie jakąś fundację założyć, co by kasy na kolejne zakupy starczyło).

Niezła porcja muzyki, nieprawdaż? A jak się tego słucha...? Brak słów. Dalej niż siódme niebo. Słuchanie muzyki jako czynność fizjologiczna nabiera nowego wymiaru. Warto rano wstawać.


DKV Trio - "Trigonometry", Okka Disk 2002 (2 CD)
Atomic/ School Days - "Nuclear Assembly Hall", Okka Disk 2004 (2 CD)
Territory Band 3 - "Map Theory", Okka Disk 2004 (2 CD)

Ken Vandermark w dobie swych 40-ych urodzin nie popuszcza i serwuje nam, z godną uwagi regularnością, kolejne zestawy uroczych dźwięków. Ostatnio - wbrew kanonom statystyki - jakość przechodzi w ilość, nie tracąc jakichkolwiek walorów. Wszystkie prezentowane dziś cedy są bowiem podwójnymi zestawami.

Krótkie omówienie najnowszych - na mojej półce - wydawnictw pozwolę sobie rozpocząć od najstarszego, bo nagranego w roku 2001, zestawu nagrań koncertowych tria DKV pod szkolnym tytułem "Trigonometry", zdobionego okładką wydzierganą z tych mniej udanych zeszytów do geometrii. Dla niewtajemniczonych - DKV to Vandermark w towarzystwie Kena Kesslera - b i Hamida Drake'a - dr. Nagrania pochodzą z dwóch koncertów na amerykańskiej prowincji (nazwy miejscowości znane redakcji) i zawierają - obok w pełni improwizowanych utworów - kompozycje weteranów free'towych peregrynacji, w tym szczególnie przez DKV hołubionego Donna Cherry'ego. Mamy tu typową (bez negatywnych wszakże konotacji) jazdę dla tej formacji. Jak zeznaje sam Vandermark, formacja DKV rozpoczynając koncert sama jeszcze nie zna repertuaru, jaki zaprezentuje danego wieczoru. Chłopaki ustalają co najwyżej jeden, dwa numery, reszta "wychodzi" w trakcie grania. Takaż jest i sama muzyka. Słowo "free" jest tu najbardziej zasadne, choć słowa tego formacja nie ma w nazwie, w przeciwieństwie do innych zespołów z udziałem Kena. To zaiste piękne granie (to chyba w tej formacji najpełniej realizuje się talent Hamida Drake'a, definitywnie motoru napędowego DKV), a jedynym moim spostrzeżeniem w pozycji nie "na kolanach" jest krytyka jakości zapisu dźwięku, szczególnie na cedzie nr 1 (jest to zresztą efekt pewnej konsekwencji Kena, który zawsze stawia na muzykę i nie jest bynajmniej purystą w zakresie akustyki - wiele jego nagrań jest rejestrowanych z jednego mikrofonu, co ma podkreślać naturalność brzmienia, niestety czasami skutkiem owej "naturalności" jest nienajlepszy dźwięk na płycie, co szczególnie dotyka nagrań w wersji live).

School Days to formacja Vandermarka poruszająca się, zgodnie z nazwą, po "szkolnych" dla jej twórcy czasach, czyli muzyce lat 60-ych. Punktem wyjścia są tu kompozycje żywo nawiązujące do klasyki jazzu tamtych lat, a klasyką tamtych lat - jak powszechnie wiadomo - był free jazz Coltrane'a z jednej strony i mainstreamowe granie Kwintetu Milesa Davisa z drugiej. School Days powstał jako kwartet amerykańsko-norweski, albowiem Kena i Jeba Bishopa (najlepszy puzon świata!) wspomagała skandynawska sekcja - Ingebrigt Hacker Flaten - b i Paal Nilssen-Love - dr. W takimż składzie grupa popełniła CD "Crosing Division". Uzupełniona o kolejne norweskie ciało - Kjella Nordesona, odpowiedzialnego za wibrafon (uwaga - instrument harmoniczny, rzadkość u Vandermarka!), popełniła drugi CD "In Our Times". Do trzeciego wydawnictwa formacji zaproszeni zostali kolejni muzycy skandynawscy, formalnie związani z formacją Atomic, a nam świetnie znani z innych projektów Vandermarka - pianista Havard Wiik to wszak Free Fall, saksofonista Fred Ljungkvist to wszystkie edycje Territory Band (tylko trębacz Magnus Broo jest dla mnie obcym ciałem, ale może czegoś nie wiem). Zatem "Nuclear Assembly Hall" powstał w składzie ośmioosobowym (zaznaczam, jakby któreś miał problemy z liczeniem w obrębie pierwszej dziesiątki). Trzecia edycja School Days ma wyraźnie demokratyczny charakter, wykonuje kompozycje każdego z muzyków, zawiera dziewięć utworów trwających łącznie ponad 90 minut. Nie każcie mi pisać, jak jest ta muzyka, bo nie potrafię. Jeśli od wielu miesięcy pieję na vivostronie, że KV wielkim muzykiem jest, to teraz powiem Wam, że School Days jest dla mnie najpełniejszym przejawem tej tezy. Genialna muzyka, przy tym niebywale komunikatywna i bezpretensjonalna (np. fantastyczne dialogi piana i wibrafonu), a zaciąg norweski mnie wprost zachwyca. O Nilssenie-Love już nie raz wspominałem. Perkusista jak dąb! Teraz jestem także fanem brzmienia kontrabasu kolegi Hackera Flatena (cóż za muzyczne nazwisko!!!). Soczyście, wprost po zwojach mózgowych, niczym Michael Formanek. To jest jazz wielką, pełną gębą!!! A w Kongresowej przygrubawa Diana Krall - sprzedawana jako "jazz" - zrobiła niedawno komplet. Kurwa, dokąd zmierza ten świat!?!

I wreszcie czas na trzecią edycję największej i najpoważniejszej formacji Vandermarka - Territory Band. O poprzednich jej ujawnieniach ("Transatlantic Brigde" w 2001r. i "Atlas" w 2002r.) smarowałem onegdaj na vivostronie, zatem chętnych odsyłam do archiwum gaz-ety. W nagraniu "Map Theory" wziął udział ten sam, co uprzednio, 12-osobowy skład, jedynie Tima Mulvenę zastąpił za garami niejaki Paal Nilssen-Love (…skądś znam to nazwisko!?). Sześć kompozycji zebranych na dwóch cedach, łącznie niewiele ponad 80 minut muzyki. Gdybym był złośliwy, powiedziałbym, że dałoby się to upchnąć na jednym krążku, ale co mi tam - trzeba wspierać finansowo niezależny rynek dżezowy!!! Podwójny ten cedzik biega za 89,90 peelenów (nie dotyczy em-pty-pików), czyli jak nie przyznacie się żonie, to jakoś to będzie, wszak muzyka go wypełniająca warta jest grzechu.

W porównaniu do poprzednich edycji wzrosła w muzyce Territory Band rola elektroniki, za którą odpowiada Kevin Drumm. O ile na "Atlasie" były to jedynie ornamenty, o tyle na "Map Theory" szumy i zgrzyty stanowią pełnoprawny instrument solowy, czego dobitnym przejawem jest kompozycja otwierająca drugi cedzik, gdzie elektroniczny hałas improwizuje pospołu z saksofonem Kena Vandermarka. Ciekawy to kierunek rozwoju Territory Band. Myślę, że warto w przyszłości rozszerzyć skład o kolejny "instrument" z obszaru współczesnej elektroniki (wyślę w tej kwestii pocztówkę bożonarodzeniową do Kena). O szerszą egzegezę "Map Theory" się nie pokuszę, bom zbyt niedoedukowany. Mogę jedynie zaprosić do lektury pisma "Glissando" (reklama bezpłatna), które w zapowiedziach ma większy materiał na temat Territory Band 1-3 (a pisują tam muzykolodzy, zatem jest szansa, że się czegoś mądrzejszego dowiecie). Mnie ta muzyka - jak zwykle, ale nudy! - strasznie się podoba i trafia całkowicie zasłużenie na Best Off 2004.


AALY Trio + Ken Vandermark - "Hidden in the Stomach", Silkheart 1998
School Days - "In Our Times", Okka Disk 2002

W temacie "Ken Vandermark- życie i twórczość" tym razem odrabiamy zaległości (rzec należałoby raczej- uzupełniamy dziury na półce), kontynuując wątek skandynawski.

"Hidden in the Stomach" to pierwsza kolaboracja KV ze szwedzkim AALY Trio (z Matsem Gustafssonem - sax, Peterem Jansonem - b i Kjellem Nordesonem- dr, tym samym który odpowiedzialny jest w School Days za wibrafon). Nagrania pochodzą z roku 1996 i pokazują surowe jazzowe mięcho w postaci postbrotzmanowskiej, czyli żywioł i ekspresja nade wszystko (szczególnie słychać to w grze Gustafssona). Chłopaki nie robią zapasów, a w ich grze stopień kooperacji nie jest najważniejszym parametrem. Gustafsson dmie, niczym młody Brotzman, KV nie pozostaje mu dłużny, choć nikt mi nie powie, że 1996r. był już muzykiem wybitnym. W repertuarze obok własnych numerów (urocza ...ballada autorstwa KV "Why I Don't Go Back?"), songi Hadena (doskonała... ballada "Song for Che") i Aylera ("Bells/Ghosts"). Zachwycają szczególnie wspomniane balladki, gdzie obie rury tak cudownie zawodzą i łkają, aż czuję mrowienie w kręgosłupie (skowyt to chyba najtrafniejsze określenie na kawalkadę dźwięków rurowych w tych utworach). Czyli reasumując - jak w przypadku wielu wczesnych dokonań KV - jest ostro i krwiście, ale muzycznie to dopiero przymiarki do wielkiego grania.

O School Days pisałem przed miesiącem. Teraz jedynie suplement w postaci drugiej edycji - "In Our Times". SD na tym cedzie to kwintet (dwie rury, wibrafon, bas i gary, czyli kolaboracja amerykańsko-szwedzko-norweska), a nagrania zostały zarejestrowane na żywo w Oslo. W repertuarze dominują kompozycje KV (w tym iście cooljazzowa jazda dedykowana Milesowi Davisowi), jest też czas na Billa Evansa (pianistę) i niezniszczalnego Dona Cherry'ego. Oklaski na koncercie są skromne i na ogół wyciszane, ale co lajf, to lajf - subtelności brzmieniowo-aranżacyjne zastępuje żywioł kolektywnej improwizacji. Tak zupełnie na marginesie powyższej konstatacji, wydaje mi się, że to właśnie umiejętność współimprowizowania jest kluczową cechą, która stanowi o genialności muzyki zespołów Vandermarka, zwłaszcza tych wieloosobowych. Słuchając Vandermark 5, Territory Band czy właśnie School Days słyszę wyraźnie, że grają wszyscy muzycy, nawet wtedy gdy mamy solo na kontrabasie. Umiejętność słuchania i antycypowania tego co zrobi współpartner- to fundament tego grania. To zresztą fundament każdego dobrego, prawdziwego jazzu.


AALY Trio/DKV Trio - "Double Or Nothing", Okka Disk 2002
Witches and Devils - "At The Empty Bottle", Knitting Factory 2000

Koledzy Wydawcy Dzieł Deficytowych!
Ile czasu upływa średnio od momentu powstania nagrania do momentu ukazania się owego w formie dostępnej na rynku? Na ogół rok? Bywa, że dłużej???
W wypadku dzieł kolegi K.Vandermarka z Chicago, Illinois, rok jest najczęstszym okresem, choć bywają krótsze interwały czasowe.

Inna ciekawostka - analizując twórczość kolegi K.Vandermarka zauważam (bom bystry), iż płyty najwybitniejsze (znaczy te, które lubię najbardziej) są najdłuższe (np. Atomic/ School Days - 90 min., Territory Band-3 - 80 min., czy FME 70 min). Dla przeciwwagi - zdyskredytowany przeze mnie na łamach gaz-ety krążek "Radiale" (Zu and Spaceways) trwa ledwie 40 minut.

A teraz hipoteza. Po nagraniu kilku dźwięków w dobrym studiu, przy szklaneczce dobrego wina, muzyk, który nie ma problemu ze słuchem, a dodatkowo pozbawiony jest wrodzonej megalomani, wie NAJLEPIEJ, czy zrobił coś wartego naszych uszu. Gdy ma wątpliwości, zastanawia się co począć z nagraniem - mija czas. Gdy w końcu się decyduje, wybiera z sesji te fragmenty, które jakoś ujdą w tłoku. Płyta jest skracana.

Koledzy Muzycy! Czy nie działa taki mechanizm.?

W ręku trzymam dwa cedy, w przypadku których okres od nagrania do wydania wyniósł aż trzy lata. Pierwsza płyta ma niewiele ponad 50 minut (a i tak połowę czasu zajmują tu sola perkusji i kontrabasu), druga niewiele ponad czterdzieści. I to by było w zasadzie na tyle, jeśli chodzi o cenzurkę.

Oczywiście wspólne nagranie AALY Trio i DKV Trio (kłania się "Free Jazz" i Double Quartet Ornette'a Colemana) warte jest tych paru złotych, jakie na nie wydaliśmy (wiadomo, że cedy są teraz piekielnie tanie, np. taki 12cd box The Vandermark 5 z koncertów w Alchemii będzie kosztował śmieszne 350 zł; wychodzi poniżej 30pln za krążek, toż to prawie dumping; chyba sobie kupię od razu dwa boxy), ale na tle życia i twórczości kolegi K.Vandermarka, to raczej nudniejsza pozycja. A dodatkowo zapamiętajcie - gdy Gustafsson i Vandermark grają razem, na pewno się nie słuchają.

Koncert formacji Witches and Devils (własność Marsa Williamsa - uczestnika The Vandermark 5 w fazie prenatalnej), z udziałem KV i paru świetnie nam znanych kolesi z Chicago, to trochę inna kwestia. Rzecz ukazała się chyba w momencie, gdy Michael Dorf sprzedawał Knitting Factory i cena transakcji była uzależniona od ilości pozycji w katalogu. Jakość dźwięku jest tu bowiem KATASTROFALNA i w sumie to skandal, że ktoś to sprzedaje ZA PIENIĄDZE!!! Ciekawe, że wydano tylko drugi set koncertu!? Strach pomyśleć, co się działo w pierwszym. Polecam zwłaszcza solo Jima Bakera na pianie. ABSOLUTNIE nic nie słychać!!! I to jest dopiero obciach. A ja się czepiałem słabego dźwięku na ostatniej płycie Tymańskiego!?! Przegiąłem, słowo daję! (tak na zupełnym marginesie - czytałem wiele recenzji tego tymańskiego dzieła i - kurwa - nikt nie zauważył, że dźwięk jest taki sobie... Żyjemy w świecie głuchych???).

Jest jeszcze jedna rzecz, która łączy oba cedy - kompozycje Alberta Aylera. Wiem - są zajebiste, ale ile można słuchać interpretacji "Bells" czy "Ghosts". Daliby by już spokój zmarłemu...

I to już naprawdę koniec. Pa, pa. Do zobaczenia na koncercie kolegi K. Vandermarka w Polszcze (Kraków, Poznań).

Ps. "Double Or Nothing" jest oczywiście doskonałe (prezent walentynkowy....).


Paal Nilssen-Love/ Ken Vandermark - "Dual Pleasure 2", Smalltown Supersound 2005 (2CD)
Bridge 61 - Na żywo - Scena Na Piętrze, Poznań, 19.03.2005

Człowiek: Ken Vandermark, lat czterdzieści i pół, z miasta Chicago.
Maszyny: saksofon tenorowy, klarnet basowy (bywa także jakaś jego mutacja), ostatnio także saksofon barytonowy.
Dzieła: nowe wydawnictwo z norweskim perkusistą Paalem Nilssenem-Love, a także koncert kwartetu Bridge 61 w mieście Poznań.
Skutki: dużo emocji, poziom adrenaliny ewidentnie podwyższony, spocone dłonie.

"Dual Pleasure 2" to duet amerykańsko-norweski w swej drugiej edycji. Pierwsza nazywała się "Dual Pleasure" (bez jedynki). Przynosi zestaw piosenek w wersji studyjnej (sztuk dziewięć, cedzik pierwszy) i koncert z Oslo (trzy piosenki, cedzik drugi). Piszę PIOSENKI, bo Paal tak śpiewnie na perkusji gra... Piszę dużymi literami, bo wiem, że wolno czytacie... Formuła tego egzotycznego duo została zgrabnie określona na pierwszej odsłonie Podwójnej Przyjemności. Grają dużo i w przeważającej części razem. Wodotryski emocji, kąśliwe dialogi, uliczne petardy, ogniowe strzelby. Edycja druga w części studyjnej przynosi wszakże nieco delikatnego wyciszenia i mamy na niej nawet fragmenty do gwizdania nieznośnym bachorom przed snem. Wersja live to już żywioł mysyssypi, w zasadzie godzinna improwizacja bez ustanku plus bisik na cichy klarnecik (zapewne szarawy). Choć i tu dusza wprawnego kameralisty znajdzie poletko dla swych lubieżnych peregrynacji (początek drugiej części - dodam dla chcących pójść na łatwiznę).

Koncert. Kwartet Bridge 61. Zapewne na stronie kenvandermark.com znajdzie się on w rubryce Collaborations, nie zaś Ensembles. To jest kwartet demokratyczny, bez lidera, przynajmniej w teorii. KV na barytonie (nowość!), klarnecie i tenorze, Tom Daisy na perkusji (The Vandermark 5), Nate McBride na kontrabasie i basie elektrycznym (Spaceways Inc., Tripleplay, FME), Jason Stein na klarnecie basowym (przynależność do rodziny vandermarkowej nie znana). Zaczęli rzępolić wspólnie przed ostatnią wigilią, a trasa w Polsce to w zasadzie ich pierwsza wycieczka. Docieranie temperamentów i repertuaru. Póki co - rozrzut stylistyczny jest dość duży. Ostre, niemal funkowe granie (bas McBride, niczym w Spaceways, a nawet mocniejszy), są też wycieczki kameralistyczne, wyciszone, skupione (Stein jest bardziej kolorystą niż napierdalaczem). Vandermark, Daisy i McBride, niczym bracia sjamscy, rozumieją się bez słów, absolutna harmonia, porozumienie, zrozumienie. Stein kapkę z boczku. Były momenty, gdy grał w innej drużynie. Biorąc wszak pod uwagę, że kapelka jest w zasadzie w stanie prenatalnym, aż boje się pomyśleć, co nam wysmaży, gdy zacznie raczkować. Oj, rodzi się wybitna grupa. Nadstawiajcie uszu.

Na koniec uwaga techniczna: Ludziska, miejcie litość dla mych uszu, nie organizujcie TAKICH koncertów w takich miejscach jest scena teatralna Na Piętrze. Tam to mogą pijane bardy na swych niestrojących gitarach pitolić aż do rana. Ale nie kwartet, chwilami bardzo głośny i bardzo elektryczny. Szkoda, naprawdę szkoda. I jeszcze brak miejsca na nogi (o braku wodopoju nie wspominając).


The Vandermark 5 "Alchemia" (12 CD), Not Two 2005
The Vandermark 5, Koncert w Scenie Na Piętrze, Poznań, 20.11.2005
Ken Vandermark feat. Marcin Oleś i Bartłomiej Brat Oleś "Ideas" Not Two 2005
FME (Free Music Ensemble) "Cuts", Okka Disk 2005

Otóż i kolejny tom wesołych opowieści o życiu i twórczości Kena Vandermarka, zacnego 41- letniego saksofonisty i klarnecisty z Chicago. Tom opasły i nasycony głębokimi emocjami recenzenta, który jest jedynie ślepym i głuchym entuzjastą kilku frapujących dźwięków i gdzie mu tam do fachowych eksploracji kolegów redaktorów poczytnych pism dżezowych. A jeśli za poczytne przyjmiemy pisma ukazujące się w temże kraju w nakładach większych niż 10 egzemplarzy, to próżno pośród nich szukać recenzji wydawnictwa, które - bez względu na prywatne preferencje kogokolwiek - jest bodaj najważniejszym wydarzeniem jazzowym roku, przynajmniej po tej części Atlantyku (po drugiej raczej nie, gdyż jest zbyt niekomercyjne).
Wasz recenzent myśli, rzecz jasna, o "Alchemii" - dwunastopłytowej (!!!) rejestracji pięciu koncertów formacji The Vandermark 5, jakie miały miejsce w mieście Kraków, w Klubie Alchemia, w marcu ubiegłego roku.
Otwierając inny koncert tejże grupy, konferansjer poznańskiej Sceny na Piętrze rzekł znienacka, iż oto "przed Państwem najlepszy kwintet jazzowy od czasu Kwintetu Milesa Davisa, tego z Waynem Shorterem". I jakkolwiek dyskusyjną i kontrowersyjną jest ta teza (zwłaszcza w kontekście nieporównywalnych zasobów komercyjnych obu formacji), nie sposób przejść nad powyższą konstatacją bez słowa komentarza. Bo dla tych, którzy jazzu słuchają "naprawdę" i którzy jednocześnie mają spory bagaż doświadczeń w słuchaniu muzyki improwizowanej (czyli mają na półkach kilka stosów cedów z tego obszaru), teza wyżej postawiona jest prawdziwa lub całkiem prawdopodobna. I by tego wątku nie rozwijać, dodam, że w mojej ocenie rzeczywiście Ken Vandermark ma w sobie coś z Milesa Davisa z tamtych lat. Tym czymś jest stałe i skuteczne poszukiwanie coraz doskonalszej koncepcji grania zespołowego (słuchanie innych jako naczelna zasada konstruująca pracę w grupie), zdolność do kreowania kolektywnych improwizacji (i pozostawania jednocześnie jakby nieco "w cieniu wydarzeń") i rzadka w świecie umiejętność dobierania genialnych muzyków do realizacji swych światłych pomysłów (nie zapominajmy, że wielu muzyków Milesa z okresu drugiej połowy lat 60ych nigdy potem nie grało już tak genialnej muzyki, co teraz dotyka muzyków Vandermarka, albowiem ja osobiście nie słyszałem jeszcze nagrań, np. Rempisa czy Bishopa, które byłyby choć w połowie tak dobre, jak ich muzyczne wycieczki w The Vandermark 5).

Ale dość tych teoretycznych wynurzeń, przejdźmy do omówienia tego, co w preambule zapisane. O "Alchemii" na internetowych łamach udanych portali jazzowych (jest taki jeden) i niegłupich pism młodych muzykologów (jest takie jedno), powiedziano już sporo. Ja tylko dodam kilka osobistych konstatacji. Po pierwsze, pochłonięcie takiej dawki muzyki w niedługim czasie jest naprawdę sporym osiągnięciem (5 pełnowymiarowych koncertów, plus 2 jam sessions, 12 płyt, 55 utworów, kilkanaście godzin muzyki), ale ja od razu dodam, iż mimo, że wiele kompozycji granych jest na tych koncertach wielokrotnie, ani na moment nie poczułem znużenia (słuchałem "Alchemii" zgodnie z chronologią, przez pięć kolejnych dni, czyli dwa cedy dziennie). Zawsze za to odczuwałem podwyższony poziom adrenaliny. Muzycy też chyba odczuwali podobnie, bo z dnia na dzień grali chyba coraz lepiej, choć wydaje się to niemożliwe (zwłaszcza przy odsłuchu pierwszych dwóch, trzech płyt). Dowodzi tego wprost genialna gra kwintetu na sam koniec tej epopei jazzowej (patrz: "Six Of One", ostatni temat drugiego seta piątego koncertu i solo Jeba Bishopa - ten fragment mianuję dźwiękami wszechczasów, no może tuż za "Footprints" rzeczonego kwintetu Davisa). "Alchemia" musi zatem zostać płytą roku z tysiąca powodów, np. z uwagi na rozmach edytorski, spektakularność rozmiaru wydawnictwa, na pewno na miarę światową, o polskiej nawet nie wspominając. Ale co najważniejsze - głównie z powodu jakości zawartej na niej muzyki. Dla zainteresowanych, ze statystycznego punktu widzenia (wszak nie sposób posiadać wszystkie płyty KV) dodam, że repertuar "Alchemii", obok cudzych utworów znanych z poprzednich płyt formacji (m.in. Kirk, Rollins, Cherry, Taylor), zawiera kompozycje Kena Vandermarka pochodzące z następujących płyt - sześć z siedmiu utworów z "Elements Of Style…", wszystkie dziewięć kompozycji z "Airport For Light", dwa numery z "Burn The Incline", jeden z "Acoustic Machine" i trzy nowe kawalki (powstałe w Polsce), które znalazły się na najnowszej płycie zespołu "The Colour Of Memory" (recenzja niebawem). Box z Alchemii zawiera także dwa jam sessions z braćmi Olesiami (płyty nr 11 i 12). Są bardzo frapujące, ale to tylko dżemy i na tle fenomenalnych wycieczek V5 z pięciu krakowskich wieczorów, raczej nie wytrzymują konkurencji.

A ów koncert poznański, rozpoczęty śmiałą tezą, wyżej skomentowaną, pragnę podsumować poniższymi spostrzeżeniami. Po pierwsze - co już powoli staje się banalne - był najlepszym koncertem, w jaki w tym roku uczestniczyłem. Po drugie, The Vandermark 5 bez Bishopa (z Fredem Lonberg-Holmem na wiolonczeli) pozostaje świetnym zespołem, a elektryczne jazdy na wioli przypominają gitarowe pasaże tegoż Bishopa, znane z wczesnych płyt V5 i robi się całkiem milutko. Po trzecie - nowe kompozycje Kena są coraz bardziej skomplikowane i przeto - przynajmniej dla mnie - jeszcze ciekawsze. Po czwarte - Ken gra coraz więcej na barytonie i to też jest powód do rosnącej satysfakcji (z uwagi na preferencje osobiste). Po piąte i ostatnie - poziom wzajemnego zrozumienia muzyków osiąga w V5 absolut, co czyni tezę postawioną na początku koncertu jeszcze bardziej zasadną (a zmiana składu nic tu nie poczyniła złego, bo z Fredem wszyscy świetnie się znają, np. z Territory Band).

Wiem, ze trochę przynudzam, więc szybko kilka celnych ocen kolejnych dwóch nowych płyt Kena Vandermarka. Najpierw trio z braćmi Olesiami (nagrane i wydane w Polsce! - hymny pochwalne dla Marka Winiarskiego i jego Not Two pozostawiam na kolejne recenzje z płyt tego wydawnictwa - zapewne już niebawem). "Ideas", blisko 70 minut kolektywnych improwizacji tria (wbrew wczesnym sugestiom braci Ken nie chciał grać gotowych kompozycji przez nich przygotowanych) i zapewne całkiem ciekawa konstatacja, iż od pierwszej do ostatniej minuty tego nagrania słychać, że jest to płyta braci Oleś (!). No właśnie - to Vandermark poskromił swój gorący temperament i poszedł wedle linii olesiowych, raczej wyciszonych, często kameralnych improwizacji. Zatem "Ideas", jak każda płyta Marcina i Bartłomieja, wymaga skupienia, wsłuchiwania się w każdy dźwięk. Dla wytrwałych nagroda jest duża. I taka myśl na koniec - to z pewnością najlepsza pozycja w dorobku braci, choć z pewnością nie najważniejsza w dyskografii Kena. Cóż z tego wynika - posłuchajcie i skonstatujcie sami.

"Cuts" to trzecia płyta (choć w zasadzie druga - debiut to był koncert w limitowanej edycji) w dyskografii tria Free Music Ensemble (używającego także skrótu FME), w skład którego, obok lidera KV (autor całego repertuaru), wchodzą także Nate McBride na basie i Paal Nilssen-Love na perkusji. Pięć długich utworów. Pięć prostych kompozycji (jedna, dedykowana rockowemu Shellacowi brzmi jak … Shellac, zwłaszcza w warstwie rytmicznej) i tyleż rozbudowanych improwizacji. Nie wiem jeszcze do końca, ale FME jest chyba w tej chwili najlepszą grupą Kena Vandermarka. Wciąż rozwijający się młodzi muzycy (Paal ledwie przekroczył trzydziestkę, Nate też nie jest jeszcze w wieku oldboya), którzy z płyty na płytę zostawiają moje usta w coraz bardziej rozdziawionej pozycji i Ken - tu, nie bez przyczyny, w formule najbardziej otwartej, swobodnej, rozimprowizowanej (nie mniej niż w duetach z Nilssenem-Love - znanych jako Dual Pleasure). Wielka muzyka. I głośno, i cicho, i subtelnie, i z wielkim rozmachem. Zawsze razem, zawsze w trio, choć zapewne odsłuchane osobno ścieżki każdego z muzyków z tej sesji też przyprawiłyby nas o gęsią skórkę. Trzech indywidualistów i idealnie zgrany kolektyw. Jestem za, a nawet przeciw.


Territory Band-4 "Company Switch", Okka Disk 2005 (2 CD)

I znów ten Vandermark... On jest doprawdy wszędzie, aż strach otworzyć lodówkę... I powiem Wam coś ważnego - im jest go więcej, tym bardziej padam na kolana. I nie potrafię sobie chyba wyobrazić stanu przesytu. W trakcie jesiennych spotkań z kolejnymi dyskami wielkiej "Alchemii" pochłonąłem nowy FME i płytę z braćmi Olesiami (gaz-eta poprzednia), wciąż czeka na zakup nowy The Vandermark 5, a tak pomiędzy wierszami w moim odtwarzaczu wylądował kolejny krążek (a nawet dwa) Territory Band.

To czwarta edycja najpoważniejszego przedsięwzięcia muzycznego Kena Vandermarka. Tym razem w składzie 11 osobowym. W stosunku do poprzedniej edycji ubyło dwóch muzyków - brak tubisty Per-Ake Holmlandera i odpowiedzialnego za elektronikę Kevina Drumma. Tego ostatniego zastąpił Norweg Lasse Marhaug. W aspekcie muzycznym - że powtórzę za recenzją edycji trzeciej, zamieszczoną w gaz-ecie dokładnie rok temu - rośnie rola elektroniki w TB, co więcej zmiana muzyka wpłynęła nie tylko na rozmiar elektronicznych peregrynacji, ale także na intensywność (czytaj: głośność) przekazu. Z elektronicznych płaszczyzn szumu i hałasu raz to wyłania się akustyka instrumentów żywych, raz w nich niknie, niczym w ogniu piekielnym. Więcej na "Company Switch" stricte jazzowych konfrontacji w ramach grupowych, kolektywnych improwizacji, chyba nieco mniej wycieczek w rejony współczesnej kameralistyki (nie rzadkich zwłaszcza na dwóch pierwszych edycjach Territory Band). Odnajdujemy bez problemu tradycję intensywnego, amerykańskiego free jazzu zespoloną z doświadczeniami europejskiego, nieskalkulowanego free improvisation (w sumie warto by wkleić w ten konglomerat muzyków z Europy i Ameryki Petera Broztmanna - ciekaw jestem jakby się odnalazł w tym dość mocno uporządkowanym żywiole wolnych improwizacji). W ramach silnego eksplorowania tradycji natrafiamy także na wybitnie... mainstreamowy fragment ("Franja", kończący pierwszy krążek zestawu). Podziwiając tę w sumie trudną muzykę, nie potrafię jeszcze nabrać do niej odpowiedniego dystansu (oczywiście jej miejsce na prywatnej liście Best Of 2005 nie podlega dyskusji), zwłaszcza w konfrontacji z poprzednimi edycjami. Oczywiście intryguje i zachwyca ona moje zmysły w sposób gigantyczny, ale dystans w takim wypadku jest niezbędny. Na okres noworoczny planuję pogłębiony odsłuch wszystkich edycji i jeśli dojdę do interesujących konkluzji, to z pewnością podzielę się nimi z Vivoczytelnikami (póki co, przypominam, iż w trzecim numerze zacnego "Glissando" pojawiła się taka całkiem poważna eksploracja Janka Topolskiego, a jest dostępna na glissando.pl.


Sound In Action Trio "Gate", Atavistic 2006
Bridge 61 "Journal", Atavistic 2006
Ken Vandermark/ Paal Nilssen-Love "Seven", Smalltown Superjazz 2006
Lytton/ Vandermark/ Wachsmann "CINC", Okka Disk 2006

Ta pokaźna ilość wydawnictw, jakie tkwią przed Waszymi oczyma w preambule niniejszej recenzji, to zaledwie część tegorocznych żniw dla fanów Kena Vandermarka. W tymże roku 2006 światło dzienne ujrzały także nowe albumy trzech najważniejszych formacji tego wspaniałego saksofonisty i klarnecisty - Territory Band (potrójna), FME (podwójna) i The Vandermark 5 (pojedyncza). W sumie 10 krążków (na minuty pozwolę sobie nie przeliczać).
W kategorii żniw należy chyba także wspomnieć, iż w tym roku Ken Vandermark gościł w naszym pięknym kraju czterokrotnie - z Free Fall, Sonore, FME i The Vandermark 5 (co przy zaledwie dwóch trasach w roku ubiegłym także robi wrażenie).
Otóż i po tym trochę zaskakującym, matematycznym wstępie, drobna konstatacja osobista. Jako wierny, głęboki i pozornie niezniszczalny fan i piewca wspaniałości tej muzyki, muszę przyznać, iż doznałem przesytu. Nawet bowiem najwspanialsza potrawa w zbyt dużej ilości prowadzić może do sporych kłopotów.
Oczywiście każda z omawianych tu płyt jest doprawdy co najmniej wyśmienita, w przypadku "Seven" i "CINC" chodzi nawet coś więcej (z pewnością trafią na moją prywatną Best Off mijającego roku). Ale wielkie opadły emocje, a w głowie kołacze wołanie o odrobinę umiaru, Panie Krzysztofie. Oczywiście jest jeszcze pytanie merkantylne. Czyj portfel wytrzyma taki natłok wydatków ? Osobiście znam tylko jeden taki portfel.

Ale po kolei, kilka spostrzeżeń o każdej z płyt. "Gate" to hołd dla bopowej perkusji. Nagranie powstałe w 2003r., z dwoma perkusistami (Barry, człek od Sun Ra i Daisy), przynosi obok własnych kompozycji KV także klasyki, wśród których znajdujemy wspaniałe "Love Cry" Aylera (stosunkowo mało eksploatowany evergreen free jazzu), "The Prophet" Dolphy'ego, a nawet "One Down, One Up" (rzadko przez KV wykorzystywany Coltrane). Podobna konwencja jak na pierwszej edycji tego tria (jeszcze z lat 90ych). Czujne granie, świetne improwizacje w gęstej sieci perkusyjnych eksploracji, ale całość dość przewidywalna. Trochę jak akademickie ćwiczenie, bez większej dozy szaleństwa. Oczywiście to szkoła najwyższych lotów, ale jednak szkoła.

"Journal" to debiutancka (i pewnie jedyna) płyta kwartetu Bridge 61 - KV, Jose Stein (klarneciarz), McBride i Daisy. Już przy okazji ich koncertu w Polsce (wiosna 2005) pisałem, iż o ile trzech muzyków tej formacji zna się jak łyse konie i świetnie im iskrzy w trakcie grania, o tyle Stein jest w tej konwencji wybitnie uśpiony i pasuje jak pięść do nosa. Koncert bronił się wszakże swą oczywistą dramaturgią i emocjami płynącymi ze sceny. Niestety w nagraniu studyjnym wszelkie wątpliwości przybrały na sile i całość wygląda trochę jak ładna, ale całkowicie oziębła kobieta. Zero emocji. Szkoda, ale moim zdaniem Bridge 61, w kontekście innych projektów, to niestety artystyczny niewypał i oby KV do niego nie wracał (ponoć nie ma zamiaru).

Ale dość marudzenia, dwa pozostałe tytuły to już najwyższe loty. Dodatkowo dowodzą one, iż im mniej kalkulacji i akademickiego wyrachowania, a więcej improwizacji i nieprzewidywalności, tym muzyka z udziałem Kena Vandermarka zyskuje, tym jest wspanialsza.
"Seven" - duet z Paalem Nilssenem-Love, to już trzecia edycja tego pomysłu muzycznego, zwanego przedtem Dual Pleasure. Tym razem tylko godzina lekcyjna. Ale czyż to nie wspaniałe, słuchać jak rozwija się perkusyjna sztuka Paala i jak poziom interakcji pomiędzy muzykami wznosi się nieustannie, bez ryzyka jakiegokolwiek punktu przegięcia. Szczególnie zwracam uwagę na środkowy fragment ("Open To Close"), gdy Paal gra inaczej niż dotychczas (trochę przypomina Hamida Drake'a, gdy ten gra dłońmi).
"CINC" to demokratyczne trio KV z Phillipem Wachsmannem (skrzypce i elektronika) i weteranem perkusyjnego free improv - Paulem Lyttonem. Nagrania koncertowe (100% improwizacji!) z roku 2004. Od ostrego i hałaśliwego free improv, po oniryczne pasaże skrzypiec wspomaganych elektroniką. Wszystkie możliwe, pozytywne doznania estetyczne mają tu racje bytu. Znane nam postelektroniczne eksploracje ze stosunkowo trudnej płyty "English Suits" (duet KV i Lytton), w obecności Wachsmanna nabierają zadziwiającej lekkości i tworzą spójną i porywającą całość. Wielka płyta!


Jeb Bishop Trio/Quartet - "Afternoons", Okka Disk 2001
Thread Quintet - "Long Lines", Future Reference 2003
Kevin Davis/ Dave Remis - "Duets", Future Reference 2004

W powodzi zachwytów nad chicagowską sceną jazzową początku XXI stulecia, jaka przelewa się przez co ambitniejsze pisma krajowe, w tym zacną Gaz-etę (z zawsze pojawiającym się w pierwszym szeregu Kenem Vandermarkiem, rzec jasna), warto chwilami delikatnie przycupnąć i poddać naszej recenzenckiej lupie dokonania mniej znane, szczególnie te, w których nagraniu przywołany wyżej bohater nie maczał swych paluchów.

Poniżej trzy przykłady muzyki firmowanej przez kolesi bezpośrednio współtworzących gigantyczne płyty Vandermarka w ostatnich latach. Jak postaram się wykazać poniżej, efekty muzycznej działalności tych panów bez udziału KV nie zawsze kładą nas na kolana. Co więcej, często pozostajemy w mocno wyprostowanej pozycji, a zdziwienie nie jest reakcją rzadką.

Zacznijmy od ceda "Afternoons" firmowanego przez 3/5 składu Vandermark 5, pod kierunkiem najlepszego puzonu świata (autocytat) – Jeba Bishopa. Trio wspierane jest przez znanego w Chicago szarpidruta, Jeffa Parkera, odpowiedzialnego w wietrznym mieście za scenę postrockową z aspiracjami pseudojazzowymi (Isotope 217, Chicago Underground etc.). Płyta w pełni potwierdza umiejętności techniczne Bishopa i wyobraźnię improwizatorską najwyższych lotów, godną wszystkich jego kooperacji z Vandermarkiem. Sekcji rytmicznej też zarzucić wiele nie można. Problem jednak jest, bo muzyka zawarta na "Afternoons" w wielu fragmentach zwyczajnie nudzi. Jest stonowana, pozbawiona ładunku ekspresji typowej dla grania Bishopa w Vandemark 5, czy School Days. Kompozycje jakich tysiące, żadnej z pewnością nie powstydziłby się nasz obciachowy Ptaszyn Wróblewski. Osobny problem to kolega Parker. Znamy go, wiemy, że serce u niego gorętsze od potencjału tkwiącego w palcach. Gdy gra głośno i daje gitarze zawładnąć naszą percepcją – nie jest źle, a nawet bywa ciekawie, jak w kompozycji otwierającej ceda. Gorzej, gdy w Parkerze budzi się zew jazzmana. Robi się wtedy tak sztampowo, że wszyscy gitarzyści mainstreamowi razem wzięci nie są w stanie tak przynudzać jak nasz bohater. Chłopaki snują sobie urocze balladki, równie nowatorskie i porywające, jak ostatnie hity jazzowe Jarka Śmietany.

Thread Quintet to formacja będąca kalką Vandermark 5 (dokładnie ten sam zestaw instrumentów). Tworzą ją muzycy chicagowscy, wśród których rozpoznajemy saksofonistę Dave’a Rempisa (w V5 od końca lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia). Za bas odpowiedzialny jest szef wytwórni Future Reference – Brian Dibblee (jego duet z KV recenzowałem onegdaj). Nazwiska pozostałych muzyków niewiele Wam powiedzą. Na cedzie dostajemy godzinę jazzowego mięcha. Nudy, jak na wyżej omawianej płycie, tu nie uświadczysz. Soliści rżną w sposób komunikatywny, sekcja jedzie sprawnym walkingiem (bez wszakże wycieczek w bok). Mam tylko nieodparte wrażenie, że ciągle grają jedną kompozycję. No i, last but not least, to tylko kalka, ubogi krewny, Vandermark 5 dla mniej wymagających. Cóż takie formacje jak V5 nie rodzą się w każdej chicagowskiej chacie (a szkoda, rzekłby poeta...)..

Na koniec duet Dave'a Rempisa z Kevinem Davisem na wiolonczeli. Kapka nie do końca komunikatywnej kameralistyki współczesnej z inklinacjami sonorystycznymi (jeśli wiecie, co mam na myśli, ha, ha...). Trzy rozbudowane improwizacje w duecie. Cóż, nie zawsze świeci słońce nad Chicago, a niektóre płyty tam płodzone mają się do muzyki Vandermarka, jak Chicago Bulls postjordanowskie, do ekipy z lat 1991-98. Dla poprawienia nastroju, przypomnę, że wszystkie wydawnictwa Future Reference są do darmowego ściągnięcia z pajęczyny..


Dave Douglas "Infinity" RCA Victor

Słuchajcie! Jest problem. Najbardziej kreatywny muzyk jazzowy drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych wydał niezłą kichę! Ja wiem. Ja rozumiem... Większość obecnych płyt w tej branży temu cedowi nawet do pięt nie sięga, ale sorka... Od Pana Douglasa mam prawo wymagać więcej! Nie będę tu udowadniał tezy, że gość jest wybitny (patrz: http://www.emd.pl/muzyka/index.htm, tamże moja drobna słowna peregrynacja na ten temat), ale powiem, że jazz (w sensie jazz) żyje od paru lat tylko dlatego, że regularnie płyty wydaje Pan D.D. A tu takie "Infinity", kwintecik zachowawczy i przynudzający cokolwiek. Odgrzane kluchy, bez smaku specjalnego i grama świeżości. Pewnie jest jakaś głębsza myśl, przesłanie... (he, he...).
Choć składzik całkiem, całkiem... Jest i Chris Potter za rurze, i James Genus na basie, i Uri Cane na klawiszu.
Ale się nie udało. Nuda, Panie, nuda..., jak w polskim filmie.


Dave Douglas - Strange Liberation / RCA Victor/Blue Bird 2004

Trochę się woziłem z tą płytą, przyznam bez bicia, bo już chciałem powitać świeżo upieczonego 40-latka, Dave'a Douglasa, w krainie Wiecznego i Bezpiecznego Mainstreamu, ale jakoś sumienie wielkiego fana jego talentu nie pozwoliło mi na tak radykalne posunięcie. Oczywiście Douglas co najmniej od początku tego stulecia nie popełnił jakieś szczególnie wybitnej płyty, a niektóre, np. "Infinity" (tegoż samego Quintetu), były prawdziwie nudne, o czym nie omieszkałem poinformować vivoczytelników w stosownym momencie, ale - tak czy inaczej - nie można odmówić jego nowej propozycji muzycznej "Strange Liberation" uroku i paru naprawdę udanych dźwięków.

Rzecz, jak wyżej wspomniałem, dokonała się tu w kwintecie znanym z "Infinity" (Douglas, Potter, Caine, Genus i Penn), ale - co definitywnie ważne - z gościnnym udziałem Billa Frisella. Ten wielki matuzalem gitary jazzowej, podobnie jak Douglas, ostatnimi czasy nieźle przynudza (zaliczyłbym go nawet złośliwie do nurtu współczesnego avant-country, he, he...), ale wielkim gitarzystą pozostaje (to wszak tytuł niezbywalny). Mamy zatem quasi-elektryczny kwintecik (Caine posuwa na fenderku całkiem fajnie, i znacznie ciekawiej niż na "Infinity"), z dodatkiem frisellowskiej gitary. I powiem Wam, że jazda jest milutka. A że moje oczekiwania wobec Douglasa są w roku 2004 znacznie mniejsze niż w roku 2000? Cóż... Berło światowego króla jazzu przejął Vandermark i ten stan mnie nie niepokoi.
Dostałem godzinę cholernie porządnego jazzu (dźwięk Douglasowej trąbki jest wciąż piękny i jedyny w swoim rodzaju) i taki stan rzeczy mnie zadawala. Nie ma mrowienia w kręgosłupie. Jest treściwy deser z ulubionych przysmaków.


Steve Swell's Slammin' The Infinite "Remember Now", Not Two 2006

A tu, taki sobie kwartecik ulicznych grajków zza wielkiej wody, co to nigdy nawet ręki nie zdołali podać takiemu Hancockowi. Ale niektórzy z nich dostąpią zaszczytu zagrania z Nim na jednym festiwalu letnim w krajowej stolicy!!! A tamże zagrają również klasycy free jazzu Medeski, Martin and Wood !!! (czekających na dalsze tego typu rewelacje odsyłam do lektury dodatku specjalnego rzepy z okazji tegorocznego warsaw summer - uff, niektóre dziennikarskie hieny powinny iść do gazu, naprawdę).
Ów rzeczony kwartecik marnych ulicznych grajków tworzą: Steve Swell - puzon, Sabir Mateen - alto sax, tenor sax, cl, alto cl, Matthew Heyner - kontrabas, Klaus Kugel - perkusja.
I znów to nieznośne Not Two!? Jak długo tak można?! Znów trzeba będzie genialną płytę jakoś przemilczeń w Jazz Forum. To już doprawdy uciążliwe?

Osiem kompozycji wspaniałego puzonisty Steve'a Swella (nie mylić ze Swallowem), którego Ci z lepszą pamięcią kojarzą np. z genialnymi produkcjami Michaela Formanka z lat 90ych, ubranych w dźwięki przez wysoce energetyczny kwartet bez instrumentu harmonicznego (ulubiony pomysł na granie Waszego Recenzenta). Mateen i Heyner - to właśnie owe rzeczone uliczne grajki, albowiem współtworzyli onegdaj (wraz z m.in. Danielem Carterem) legendarny Test (jedna pozycja w katalogu Eremite, niestety out of print).
Godzina okiełznanego freejazzowa mięcha. Duża kooperatywność, klarowne, wyraziste w formie kompozycje. Wiele momentów zadumy, wciśniętych pomiędzy chwile wirtuozerskich galopad improwizacji. Atomowy bas, drapieżna perkusja, wyborny saksofonista, no i puzon na dokładkę?
Obawiam się, że moja prywatna lista Best Off 2006 będzie prawie w całości wypełniona produktami Not Two. Marek, jesteś niepoprawny?


Marcin Oleś - Ornette On Bass / Not Two 2003

Wyobraźcie sobie, że istnieją inne portale niż vivo.pl (chodzi o krajową edycję). Wyobraźcie sobie, iż jeden z nich (nazwa handlowa znana redakcji) prowadzi konkurs na najlepszą polską płytę jazzową. Wyobraźcie sobie, że takie matuzalemy krajowego dżezu jak Namysłowski i Urbaniak w trzecim tygodniu konkursowej zabawy mają po ... 1 głosie (słownie: jednym!). Wyobraźcie sobie także, że trzydzieści lat temu pewna hanyska powiła bliźniaki i dała im na imiona Bartłomiej i Marcin. Po mężu było Jej Oleś.
A teraz, gdy Wam jeszcze wyobraźni starcza, dodam, że bracia pobrali całkiem szacowne wykształcenie muzyczne (jeden zasiadł za gary, drugi szarpie za struny basowe), a od kilku już lat popełniają cyklicznie coraz bardziej udane cedy. Świat (znaczy rejon za stodołą) usłyszał o bracholach, gdy zasiedli do stołu z niejakim Adamem Pierończykiem, zaś zachwyty zaczęły się od ubiegłorocznej kooperatywy z Mikusiem Trzaską. Teraz brachole dają już czadu na całej linii i w ciągu minionych 12 miesięcy ujawnili światu kolejny tytuł z M.T., kwartecik z transkrypcjami Pendereckiego, trio z Theo Joergensmanem, trio z Davidem Murray'em, a także solową ekspozycję Brata Marcina (to o niej dzisiejsza lekcja). Za te płytki (z wyłączeniem Pendereckiego) zebrali ponad 200 głosów i liderują w konkursie, o którym mowa na wstępie, na skalę dramatyczną.
Inkryminowany zaś cedzik Marcina (lider w powyższej klasyfikacji), to 12 kompozycji solo na kontrabas. Tytuł - nie bezpodstawnie - sugeruje, iż to tribute dla Ornette'a Colemana. I tak też jest, albowiem aż 66% materiału to właśnie dziełka ojca free jazzu. Solowy kontrabas to zaiste odważna propozycja, tym bardziej, iż rzecz pozbawiona jest absolutnie wirtuozerskich popisów, galopujących pasaży i quasi-funkowych napierdalanek. Muzyka jest stonowana, spokojna, rzec można cicha, wręcz kameralna. Każdy utwór grany jest inna techniką (ale tu bez szczegółów, bo nie czuję się kompetentny). Czterdziestokilkuminutowy ced zawiera aż trzy wersje mojego ulubionego kawałka Colemana "Lonely Woman". To fundament tej przeuroczej płyty. Dla mnie relaksacyjna podróż najwyższego sortu.


David Murray feat. Marcin Oleś and Bartłomiej Brat Oleś "Live in Cracow", Not Two 2003

Otóż, i kolejny przejaw aktywności zawodowej Synów Sosnowca, Braci Olesiów, których różnorakie ujawnienia staram się od czasu pewnego relacjonować czytelnikom gaz-ety. Tym razem w ich wojownicze łapska dostał się jeden z bardziej wykwintnych tenorzystów współczesnego jazzu, Pan David Murray. Rzecz zaaranżowana została przez moją ulubioną postać dżezowego establiszmentu, kolegę Dionizego P. z miasta Mosina (kto nie wie, gdzie TO jest, niech pisze do mnie). Kolega ów organizując trasę Murraya po kraju, celem obniżenia kosztów, angażował w każdym z koncertów inną, krajową sekcję dla gwiazdy wieczoru. W Krakowie trafiło na naszych Olesińskich (by nie być posądzonym o wrodzoną złośliwość, dodam, iż kolega Dionizy był animatorem pierwszego spotkania Lestera Bowie’ego z Miłością lat temu dziesięć, a tego historia mu nie zapomni!). Zatem w trakcie kolejnych edycji jakiegoś festiwalu na jednej scenie stanęli - mający kłopoty z nadwagą, acz posiadający wręcz cyrkowe umiejętności dmuchania w rurę, Murray (popełnił masę płyt, ja wszakże polecam te u boku Jamesa Blood Ulmera, w ramach Music Revelation Ensemble) i Bracia Olesiowe, zatem człeki o skrajnie różnych temperamentach muzycznych. Zagrali godzinkę z okładem i z tego Not Two wydała ładny cedek (ach, ta tektura... jakkolwiek VIVO wydaje na cieńszej i przeto wygodniejszej; ... muszę zaplusować za tego Badawiego - przyp. autor). I znów, jak w przypadku nowej płyty Adama Pierończyka trzeba się chwilę zatrzymać i nabrać oddechu. No cóż... Pisali nawet we wkładce do płyty, że w przypadku takich jednorazowych spotkań muzycznych, do tego ludzi dość odmiennie pojmujących dżezowy fyling, trudno o powstanie rzeczy wybitnej. Fakt, najgorzej to nie wyszło, ale ja nie mogę nie porównywać powyższej kooperacji np. z nagraniami naszych Olesińskich z Trzaską Mikołajem, z miasta Gdańsk. A na tym tle, Moi Drodzy (fuj!), należy zapytać, kto to jest David Murray? I czy On w ogóle słuchał co mu Bracia podgrywali? Choć nie, muszę przyznać, że chyba jednak słuchał, bo jak na jego możliwości grał dość cicho... Zresztą grali prawie wyłącznie kompozycje Braci, a Murrayowi pozwoli tylko jeden własny kawałek przedmuchać. I dobrze! Nie będzie nam tu żaden amerykaniec, do tego nie biały, jakieś swoje dyrdymały serwował! My, nie gęsi, swoje kompozycje mamy! Niech żyją Olesiowie! I ziemia sosnowiecka, co ich spłodziła! Czekam na kolejną płytę z Mikołajem. Koncert w Zamku Poznańskim był miodziasny!


Oleś/Trzaska/Oleś - "La Sketch Up" / 1kg 2003

"Ole Oleś!" chciałoby się krzyczeć, parafrazując słynną Coltrane'owską megakompozycję. Może trochę na wyrost, może trochę za wcześnie, ale w sumie, czemu nie?
Weź do ręki nowy dżezforum, przeczytaj dżeztop. Pamiętaj, że ta gazeta powstaje za publiczne pieniądze. I co? Widziałeś tam na istotnych pozycjach takie nazwisko jak Oleś? Nie? Jesteś ślepy? Nie. Ich tam naprawdę nie ma. Nie przeszkadza Ci to? Idź do tygmontu. Nie trzeba płacić za wjazd na koncert. Uwal się. Nie zadawaj sobie trudnych pytań. Kup kolejną przełomową płytę Namysłowskiego lub Miśkiewicza. Masz prawo.
Albo.
Kup 50 minutowego ceda, którego okładka drukowana jest na fajnym, sztywnym papierze, zaś za druk odpowiada SUPERPOZIOMKA (ktoś nie zna? Nie gadam z Nim). Wydawnictwo ma tytuł odważnikowy. Ale dość tego.
To jest absolutnie genialna płyta. Nawet szkoda mi czasu, by to udowadniać.
Czy zamknąłeś się kiedyś w ciemnym garażu z instrumentem w ręku (było Was trzech?). Zamknąłeś oczy? Zagrałeś? Co Ci z tego wyszło?
Czy wiesz, co to synergia? Czy wiesz dlaczego ludzie łączą się w stada, miast walić konia w zaciszu jaskini?
Czy rozumiesz zrozumienie wieloletnich kochanków, którzy po spełnionej nocy (czy orgazm można multiplikować?), gotują sobie rano zupę mleczną? Czy uważasz, że potrzebują książki kucharskiej?
Czy rozumiesz, co do Ciebie mówię?
Czy razem oznacza wyżej i lepiej?
Czy Miko Trzaska jest z domu Oleś?
Posłuchaj. Jeśli nie jesteś głuchy - zrozumiesz.


Mikołaj Trzaska - "Danziger Strassenmusik", 1kg Records 2004
Trzaska/Friis/Uuskyla - "Unforgiven North", 1kg Records 2004

Oto dwa cedy najdobitniej gruntujące moje wewnętrzne przekonanie, iż Mikos Trzaska jest obecnie najciekawszym polskim muzykiem dżezowym.
Oczywiście są bracia Olesiowe, ale ich niepodważalna wielkość jest także udziałem przedmiotu lirycznego tej egzegezy.
Stańko jest pomnikiem, a popularność Możdżera ma coś z urody Brittney Spears. Dżeztop czytelników dofinansowywanego z moich pieniędzy dżezforum tworzony jest na zasadzie kopiuj-wklej. Ja nie widzę różnic w stosunku do wyników z lat ubiegłych (np. taki puzonista Nagórski, od lat na pierwszym miejscu w swej kategorii - czy ktoś słyszał w ciągu ostatnich pięciu lat jakieś nagranie tego Kolesia??? Na znalazcę czeka cenna nagroda).

Mikos postanowił onegdaj zagrać serię koncertów na ulicy, w swym rodzinnym, nadzwyczaj uroczym Danzigu. Jak rzekł w pewnym wywiadzie - zrobił to by poszukać pokory. Chciał wyjść z muzyką do ludzi, dla których jest absolutnie obcą, anonimową postacią. Powtarzam - zrobił to by odnaleźć w sobie trochę POKORY. Czy nasze dżezowe gwiazdki znają takie słowo???
Znalazł tę pokorę z całą pewnością, a jak dowodzi krótkie video zamieszczone na cedzie, w proces nauki pokory włączyły się także służby porządkowe miasta Danzig.

Na muzyczną przechadzkę po Starówce zabrał swe basowe i perkusyjne ego - czyli braci Oleś. Zagrali spokojną, wyczuloną na każdy dźwięk paletę rubasznych kompozycji własnych i niezniszczalne "Lonely Women" Ornette’a Colemana. Ludzie na Mariackiej klaskali (był nawet bis!!!), ptaki ćwierkały zachęcająco (słychać na cedzie!!!), a my dostaliśmy pięćdziesięciokilkuminutowe wspomnienie z jednego z tych koncertów. Piękne, pokorne i głębokie. Choć to wcale nie jest najlepsza płyta Mikosa, to nie jest też z pewnością najlepsza płyta tego tria. Ale tu gra szła o coś innego. I być może właśnie ta płyta najwyraźniej uzasadnia tezę sformułowaną na początku tej egzegezy. Posłuchajcie bez pośpiechu, w kapciach, najlepiej na trawie (z tym ostatnim wszakże poczekać musimy jeszcze czas jakiś). Odwaga i triumf. Mikos, znów będę chciał Ci podarować całą paczkę papierosów.

Było bardzo cicho, a teraz będzie bardzo głośno - koncert Mikosa z sekcją rytmiczną Petera Brotzmana, nagrany w Gdańsku (przy okazji - ja widziałem koncert w Poznaniu, dzień wcześniej). Dodam od razu, iż materiał zawarty na cedzie to chyba najostrzejsza pozycja w dorobku Mikosa, ale koncert poznański był... głośniejszy! Sam Mikos twierdzi, że to jego najbardziej jazzowa płyta.

Basista elektryczny (Friis Nielsen) ostro szarpiący struny wieloma obiektami, perkusista (Uuskyla) grający raczej w poprzek niż wzdłuż i Mikos na swych pokrętnych rurach - alcie i klarnecie basowym - w formie przynajmniej wybornej. Inne granie niż z Olesiami. Wręcz inny gatunek muzyki. Ekspresja zamiast nostalgii poszukiwań. Niepokornie i nie dla redaktora dżezforum. Wersja dla pragnących głębiej i bardziej szczerze. Jakiś mądrala na gaz-ecie (a potem także diapazonie) nasmarował, że z takiego spotkania mogłaby wyjść lepsza płyta... Hmmm... proponuję samemu zadąć w rurę i zrobić sprawną palcówkę na basie (perkusję mu odpuszczam).

Ale co tam - miało być o tym, że Trzaska Mikołaj wielkim saksofonistą jest. Słucham go często, w wersji live słyszałem razy kilkadziesiąt (co najmniej!). I wciąż słyszę, że jest o jeden dźwięk do przodu. Za każdym razem w jego grze pojawia się coś, czego nie słyszałem poprzednim razem.

Znaczy - kolega się rozwija. Co było do udowodnienia.


Trzaska/ Wirkus - "Noc/ Nacht", Kilogram Records 2005

Ulubiony krajowy saksofonista Waszego ulubionego krajowego recenzenta nie odpuszcza i wciąż rzuca w paszcze wygłodniałych pismaków smakowite kąski. Płyty z ukraińskim poetą Andruchowyczem sobie odpuściłem, bo to nie moje klimaty, nadto pojedyncze utwory, jakie onegdaj wysłuchałem w lubieżnym formacie mp3, wydały mi się nazbyt ilustracyjno-rockowe. W poczekalni czeka kolejne wydawnictwo supertria Oleś/Trzaska/Oleś, liczymy także po cichu na jakieś nuty z Peterem Brotzmannem (choć trasa się nie udała z powodu żałoby kwietniowej). Mikos zatem rośnie w siłę i nawet już udziela wywiadów babskim pismom (patrz: Zwierciadło, nr bieżący).

A teraz "Nacht", też kapkę ilustracyjna luta, inspirowana twórczością Stasiuka Andrzeja, lat 45. Mikos Trzaska w duecie z Paulem Wirkusem, starym słupskim punkolem, który powoli staje się gwiazdą sceny elektronicznej i to raczej bardziej germańskiej niż słowiańskiej. Czterdzieści minut klikająco-szumiącej e-muzy z niekoniecznie wiodącym udziałem mikosiowych rur (szczególnie udane są pasaże z klarnetem basowym). Bardzo podoba mi się Wirkus, który nie unika także żywych dźwięków (wszak on perkusistą jest z zawodu).

Ewidentnie udana płyta, na pewno najlepsze wydawnictwo Trzaski z klimatów niejazzowych (znów pięknie wydane; pozdro dla Superpoziomki!!!).


Pulsarus "Digital Freejazz", Tone Industria 2005
Łoskot "Sun", MJT 2005

Dwie nowe polskie płyty z jazzem dekonstruowanym współcześnie brzmiącą elektroniką. Debiutant (chyba absolutny) i weteran. I najczęstsze ostatnio moje pytanie w wypadku takich propozycji muzycznych - jaka jest optymalna długość płyty spod znaku "polishelectronicjazz" ???? Pytam nie bez kozery, bo nie dalej jak rok temu utyskiwałem nad długością (40 min) i nadmierną powściągliwością improwizacyjną najnowszego dzieła zacnego Robotobiboka ("Nawyki przyrody"). Teraz mogę wiele z tamtej recenzji powtórzyć oceniając nowy Łoskot. Dużo ciekawych dźwięków, fajnych sonorystycznie pomysłów, ale znów to tylko szkice, a całość trwa z trudem 40 uroczych minet.... Oczywiście w wersji live pomysły te są ciekawie rozwijane (koncert w poznańskim Zamku, 20.01), ale my tu o cedzie smarujemy i do niego się odnosimy. I jeszcze taka łoskotowa refleksja - kiedyś to był strasznie ważny zespół dla Mikołaj Trzaski. Dziś, gdy popełnił kilka genialnych krążków (Olesie, Brotzmann ...) Łoskot jest już tylko przystawką. Dla Walickiego i Gwincińskiego chyba też (o Pawlaku nie mam zdania, bo nie pamiętam jego muzyki pozałoskotowej, a on tu dodatkowo jawi się jako główny konstruktor dzieła w wersji ostatecznej, zwłaszcza na etapie elektronicznej postprodukcji). Zatem Łoskot w 2006r. to taka sentymentalna zabawa paru kumpli. Słuchamy, bo tych kumpli strasznie cenimy, lubimy ich poczucie humoru, ale to już nie jest pierwsza półka. Ot, taka zabawa z dźwiękami...

Z drugiej strony Pulsarus. Trzech kolesi z kupą elektroniki, szalonymi pomysłami i potężnym bagażem odsłuchanego fussion w głowie (z tych lepszych płyt). Tu płyta trwa ponad 70 minut i niestety pod koniec jest nieco przegadana (zabrakło krzty samokrytyki). Ale żeby sprawa była jasna - wbrew wielu opiniom na zacnych łamach jeszcze zacniejszych portali i pism drukowanych, których nikt nie kupuje - to jest kawałek świetnej muzyki, która mnie absolutnie pozytywnie zaskoczyła. Ten "Freejazz" w tytule trzeba potraktować bardziej humorystycznie, ale już "digital" bez słowa dyskusji - jak najbardziej zasadnie. I takie transeuropejskie skojarzenie z norweskim Supersilent. Miłe, prawda? Czekam na nowe propozycje, chętnie pójdę na koncert.

Czyli ile powinna trwać płyta polishelectronicjazz? Proponuję długość odcinka serialu "K jak Kretyn". W domu brakuje mi płyt w takiej długości, a czymś się trzeba zająć dwa razy w tygodniu przez ok. 50 minut, gdy reszta domowników traci czas. A ja lubię cedy w całości pochłaniać...


Janusz Zdunek 5 Syfon - New Tango / Post_post 2004

Od pewnego czasu Janusz Zdunek (Polska, Bydgoszcz, trąbka) firmuje nagrania Syfonu także swoim nazwiskiem, co zasadniczo ułatwia odbiorcom jego twórczości zadanie, polegające na prawidłowej identyfikacji zespołu, tak zwanego tytułu wykonawczego w formie czysto werbalnej (nie ma obciachu w emptypiku, jak chcesz się zapytać, gdzie leży żądany cedek). Nigdy nie wiedziałem bowiem, czy mówić "cztery syfon", "czwarty syfon", czy może - co stosowałem w praktyce - "four syfon". A tak - jest Zdunek i tyle. Choć w sumie Syfon, tak czy inaczej. Od teraz z "piątką" w tytule, z racji rozrostu osobowego.
Zdunek popełnił ze swoim Syfonem, jak go zwał, tak zwał, czwartą płytę, i to już jest nie mała kolekcja, jak na polski, skamieniały rynek dżezowy. Klasyczny, na modłę masadową, kwartecik bez instrumentu harmonicznego (oj, lubię takie loty...) uzupełniony został o klienta z gramofonami, zatem mamy 5 Syfon. W zasadzie możnaby było napisać 6 Syfon, bo muzyków dość często uzupełniają raperzy w wersji krajowej i anglojęzycznej (stanowiąc przy okazji kolejny dobitny dowód, że język polski nie jest językiem narodowym hiphopu).

Nie pijam ze Zdunkiem wódki, więc się Go szczerze nie zapytam, jakie to powody zdecydowały, że dotychczasowy Syfon uległ rozbudowie. Sugestia Rafała K., iż to względy koniunkturalne trochę mnie boli (jam wszak jest dość poważny fan Syfonowych wycieczek), ale obiektywnie rzecz ujmując - chyba nie jest ona zbyt daleka od prawdy. Syfon zatopiony w hiphopowym sosie uległ dramatycznemu spłaszczeniu (uproszczeniu, zbanalizowaniu, etc., wpisz właściwe słowo). Muzyka zatraciła swój wigor, próżno szukać tu myśli przewodniej (w dżezie MUSI być jakiś pomysł), nad wszystkim dominuje równy rytm i popisy turntab..... (fe, wiecie o chodzi)... Kiedyś Syfoniarze byli dla mnie taką małą, uroczą Masadą w stylu słowiańskim (by nie rzec - kujawskim). Została paradżezowa jazda, niby ambitny hiphop. Pytanie fundamentalne - dla kogo ta muza? Jazz z rapującymi ludkami ma już ponad 10 lat. Temat wydaje się raczej zamknięty. Szkoda, że Zdunek o tym zapomniał... Proszę o następny zestaw pytań. Choć na koncert pójdę.


Jacek Kochan - "Double Life Of A Chair" / GOWI 2002
Jacek Kochan - "New Expensive Head" / GOWI 2003

Jest taki perkusista rodzimego, jazzowego chowu, który długo terminował w USA i po powrocie do kraju, od czasu do czasu, popełnia płyty z udziałem swych mniej lub bardziej znanych kumpli zza małej i wielkiej wody. Rzeczony zwie się Jacek Kochan, lubi chodzić po mieście w kapeluszu (albowiem wzrost nie jest atrybutem jego męskości) i zaiste porządnie gra jazz na garach. Ostatnimi czasy Jacek K. skalał się flirtem z elektroniką i popełnił dwa inkryminowane tytuły, które mym wyuzdanym słowotokiem pragnę Wam przybliżyć, a nawet zachęcić do zakupu (znamy się kapkę z szefem GOWI, ale zapewniam, że nie mam upustów przy zamawianiu cedów w Krakowie).
Mimo wszakże wieloletniego szacunku dla dokonań Jacka K., przyznam się bez bicia, że "Double Life..." kupiłem dla gości zagranicznych, uczestniczących w sesji (zwłaszcza Briggana Kraussa - gigantyczny alt - i Dave'a Tronzo - rozkoszny slide-gitarzysta). Drugi cedek znalazł się jednak na moim benku (nazwa własna półki - przyp. autora) już raczej z racji delikatnego zachwytu, jaki targał mym sercem z powodu obcowania z Podwójnym Życiem (choć i na Nowej Głowie lista płac jest co najmniej ciekawa - skośnooki Coung Vu trąbi, Skerik z Critters Buggin" dmie, a Aarset od Molvaera szarpie).
Ale dość już tych gołych faktów, czas stwierdzić z całą doniosłością, iż Jacek K. wie, o co chodzi w tej zabawie. Produkuje rasowy jazz ze znaczącym udziałem współcześnie pojmowanej elektroniki. Łączy wodę z ogniem w sposób absolutnie świadomy. E-muza (w osobach klawiszy, samplerów i pętli) ma tu wiele barw, a Kochan nakłada na nią swą - dość oryginalną, dodajmy - grę na żywej perkusji. Na obu cedach pozostali instrumentaliści są w pełni podporządkowani koncepcjom lidera. Brak tu szczególnie indywidualnych popisów, solówek i innych tego typu dżezowych grepsów. Chłopaki jadą jak każe pryncypał. Jest koncepcja, konsekwencja i świetny efekt finalny. W tej muzyce jest wiele energii, emocji i próżno tu szukać typowego dla mainstreamu nadęcia i pseudointelektualizmu sztuki wysokiej. Na szczególne wyróżnienie (by nie rzec - poklask) zasługuje Nowa Głowa. W tej produkcji nasz bohater odpowiedzialny jest - poza tradycyjnie e-muzą i perkusją - także za inne niskie częstotliwości, w tym bass i muszę przyznać, że te partie dźwięków są szczególnie udane. Gęsta faktura dźwięków czterech instrumentalistów jest w uroczy sposób zdobiona gigantycznymi pasażami basowymi. Wyśmienita muza, polecam ją wszystkim adeptom e-eksperymentów. Jazz pełną gębą, a e-muza - pełnoprawnym kreatorem efektu finalnego.


Jacek Kochan - "One Eyed Horses", GOWI 2005

Jacek Kochan na swej elektronicznej drodze jazzowej wbił w ziemię trzeci pal. Po jakże udanych e-jazzowych przygodach na "Double Life Of A Chair" m.in. z Brigganem Krause'm i Davidem Tronzo oraz "New Expensive Head" z Aarsetem, Skerikiem i Coung Vu (recenzje biegają na gaz-ecie już rok z okładem) ujawnił światu Jednookiego Konia. Tym razem - personalnie rzecz ujmując - popełnił tegoż konia w dwu duetach. Połowa płyty została nagrana z powszechnie znanym alcistą zza wielkiej wody - Gregiem Osby'm, druga zaś z austriackim mistrzem trąbki ćwierćnutowej (to tak jakby grać na gitarze bez gryfu) - Franzem Hautzingerem.

Wraz z kolejnymi pomysłami na e-jazz Kochan wnikliwie uczy się "nowej estetyki" i trzeba mu przyznać, że jest uczniem pojętnym. O ile pierwsza z jego e-płyt nagrana została w dużym składzie (łącznie to chyba z dziesięciu chłopa się do studia zeszło), druga w kwartecie, to teraz mamy dueciki, a powiem wam, że się nie zdziwię, jak kolejna płyta to będzie Kochan solo. Ubytek tkanki ludzkiej wcale Jego muzyce nie przeszkadza. Świetna gra na perkusji (jak zawsze do tej pory), no i laptop, sampler, inne ciała elektroniczne - Jacek Nożycoręki, Człek Maszyna.

Generalnie wszystko rozgrywa się raczej w niskich partiach częstotliwości, dlatego zalecam słuchanie tej dość dynamicznej muzyki jednak w sporym skupieniu. Bardzo podoba mi się Hautzinger. Ta jego zdezelowana trąbka idealnie pasuje do kochanowych pasaży basowych. Osby? Gra od lat tak samo. Jest rozpoznawalny i na pewno jedyny w swoim rodzaju. Ale ja znam prawie wszystkie jego płyty i nie jest mnie w stanie niczym zaskoczyć. Jednooki Koń nic w tej materii nie zmienia.

Z końskim materiałem miałem okazje zapoznać się w wersji live. Był Hautzinger, nie było Osby'ego (wiadomo - za drogi na trasę), był francuski barytonista Francois Cornelup i kolega Sorbie z miasta Warszawa (dodatkowa e-muza). Koncert był bardzo udany, choć selektywność dźwięku budziła zastrzeżenia (Blue Note, Poznań). Hermetyczna muzyka Jacka Kochana. Z kim by nie zagrał - to jest zawsze jego muzyka. To wielka zaleta. A on przecież z byle kim nie grywa.


Pink Freud "Sorry Music Polska", Zen Posse 2003

Najpierw był fajny numer w dżezradiu, w którym koleś na trąbce posuwał trochę jak Lester Bowie, a w podkładzie jechała mocna sekcja i trochę elektroszumów, inkrustowanych delikatnymi trzaskami. Potem koncert w Jazzgocie, wśród zapoconych tłumów, po n-tym browarze i nagły imperatyw opuszczenia lokalu w połowie gigu, bo trzeba było zasuwać na ostatni autobus do domu. W trzy dni potem kolejna wizyta w emptypiku i zakup różowego ceda (czyż mógł mieć inny kolor?). Jego tytuł - bo zabawny, jak i nazwa całego bandu - znany już był od pewnego czasu. A teraz smaruję tę recenzję. Taki oto przebieg ma ta historia...

Do sztandarowego składu młodego Mazolla podchodziłem zrazu bez entuzjazmu, wszak ze sporą dozą wrodzonej sympatii, głównie z racji tytularnego humoru. Nie dziwi zatem, że pałaszować frojdowskie jazdy zacząłem dopiero od trzeciego ceda (wedle scenariusza, jak na wstępie). Rzecz wydana przez kolejną inicjatywę edytorską - bodaj - Tymańskiego (nie wszystkie poprzednie były udane pod względem finansowym). Za ponad 70 minut muzyki odpowiedzialnych jest w sumie siedem osób. Ciekawie są oblicza brzmieniowe basu, dzierganego przez Mazolewskiego, urocze pasaże klawiszowe, nieco w klimatach hancockowsko-davisowskich wczesnych lat 70-ych (okazuje się, że nie tylko ja mam na półce kilka takich płyt...), nienachalne e-jazdy kolegi Bunia (zawsze w odpowiednim miejscu i stosownej dawce - brawo!). Dużo w tej muzyce trąbki, rzekłbym nawet, że chwilami zbyt wiele, biorąc pod uwagę, iż pomyślunku na nią (i jak grać, i jak brzmieć) co najwyżej na dwa kwadranse (och, gdyby tu dodać takiego Lestera B. lub Dave'a D.... - no dobra, trochę pierdolę...). Bo tak naprawdę mamy na tej płycie nowocześnie podany dżez, mocno wszak nasiąknięty elektryką już tu przywołanych lat, gdy nosiło się bardzo szerokie spodnie (sam tak miałem, granatowe, u dołu rozszerzane z dodatkiem kraty), a na plażach sprzedawano tylko lody calypso. Do zabawnego tytularnie repertuaru własnego (Mazolewski w roli głównej) mamy tu dodany cover Nirvany (to TU trąbka brzmi tak lesterowsko) i gershwinowskie "My Man's Gone Out" (czy dobrze przywołałem ten tytuł? ... w sumie nie ważne, jak tu pisuję za friko i nie muszę pisać lojalek do dżezforum, że oni tacy wspaniali)...

PS. Wycieczka na sam koniec całkiem osobista. Zastanawia mnie (i uroczo irytuje) dlaczego gość piszący niegłupie teksty do niegłupiej Anteny Krzyku, pisze list do dzeżforum, o tym, jaka to wspaniała dżezowa gazeta, jacy to oni - redaktorzy - są wspaniali, i że to cudownie, że istnieją. Oczywiście kolega Brodowski drukuje list pogrubioną czcionką... Chyba, że to była zamierzona prowokacja (ale jeśli, to czytelna tylko dla wtajemniczonych).


Adam Pierończyk - "Amusos" / PAO 2003 CD

Rury, wiolonczela, bas, perkusja, elektroprzeszkadzajki i wokal damski, francusko-angielski - to aktorzy nowego muzycznego widowiska autorstwa Adasia P. W dwa lata (albo trzy - pamięć zawodzi, Holmesie?) po doskonałym "Digivoocoo" (z wielkim, dosłownie i w przenośni, Garym Thomasem i kupą zdrowo podanej elektroniki), znów dla austriackiego PAO Records, dostajemy ponad godzinne "Amusos". Rzecz skonstruowana w oparciu o dialogi saksofonowo-wiolonczelinowe. One są tu najważniejsze, wokół nich koncentruje się akcja dramatu. Całość zdobi wokalnie pewna niewiasta (ładnie sepleni po francusku; mam znajomego, któremu coś takiego wystarcza do erekcji) i live electronics kolegi Sudnika (w porównaniu do poprzedniego ceda dla PAO, znacznie bardziej ubogie, a szkoda). Sekcja rytmiczna gra zaś równo i wedle miedzy.
I co, czytacie te moje wypociny i nudą trochę zawiewa? No właśnie... Adaś P. to jeden z moich krajowych faworytów (chyba tylko Miko T. może mu dorównać, choć to zupełnie inni saksofoniści; posłuchaj i porównaj ich nagrania z Olesiami). Napisał naprawdę udany spektakl, ale ja nie czekam na bis, tylko zasuwam do domku na pierogi ze szpinakiem. Jeszcze nie wiem dlaczego. Chyba dziecię to Adamowe trochę za bardzo z rozsądku, a za mało z serduszka poczęte. "Digivoocoo" miało pewne chropowatości, chwilami estakady e-muzy były dość naiwne (choćby na tle dokonań współczesnej elektroniki), ale całość miała pierwotny, surowy power i nie dało się odejść od głośnika, bez pisemnej zgody rodziców. "Amusos" wbrew nazwie zdaje się być zbyt "wymyślone". Choć to, tak, czy inaczej, absolutnie krajowa śmietanka, być nie rzecz - europejska (choć ja nie wiem, co to jest dżez europejski; chyba napiszę do dżezforum, które - tak zupełnie na marginesie - ongiś "Digivoocoo" przyznało tytuł płyty roku, a ja do dziś nie wiem, jak do tego doszło, zwłaszcza, że np. dżeztop 2003 wygrał nasz wspólny idol, dziadek z Namysłowa).


Tymański Yass Ansamble - "Jitte", Tone Industria 2004
Kapishon - "Kapishon", UltRec 2004
Robotobibok - "Nawyki Przyrody", OM Records 2004

I znów recenzja blokowa, choć tylko na poły z powodu wrodzonego lenistwa. Wspólnym, albowiem, mianownikiem trzech omawianych TU wydawnictw jest pewnego rodzaju rozczarowanie, choć nie zawsze z tej samej przyczyny.

Doprawdy szczerą atencją darzę polski dżez w wykonaniu muzyków z roczników młodszych lub równych mi wiekiem (Tymański się łapie). Cedy kupuję chętnie, recenzuję podobnież... (patrz: The Best Off 2004). Ponadto lubię obcować z muzyką, którą często i bez zbędnych wypraw można posłuchać w wersji live.
I szlag mnie trafia, jak kupuję płytę z polskim dżezem, na której chłopaki grają naprawdę nieźle, tylko - kurwa! - akustyk był głuchy i wyprodukował muzykę, której brzmienie na krążku jest pudełkowate, jakby powstało w latach 80-ych ubiegłego stulecia (czy ktoś jeszcze pamięta, jak "fantastycznie" brzmiała pierwsza płyta Armii?!?). Naprawdę w swej naiwności myślałem, że już się w Polszcze takich knotów nie wydaje!!! Ale gdzie tam, podchodzę bliżej – kicha, aż uszy puchną. Te steki inwektyw dotyczą przede wszystkim nowej produkcji Tymańskiego, ale casus muzyki dla głuchych nie omija także formacji Kapishon, choć może w nieco mniejszym wymiarze. Nie jestem audiofilem, ale w roku 2004 mogę mieć chyba pewne wymagania, co do jakości dźwięku, który kala moje uszy.

Yass Ensamble i Kapishon wydały naprawdę dobre cedy. Nie jest to może mistrzostwo świata, jakaś szczególnie oryginalna muza, ale doprawdy to jest DOBRA MUZYKA. Tylko ją kiepsko słychać...

Na koniec Obibok, jeden z moich krajowych faworytów. Trzecia płyta (uwaga, brzmi normalnie, tzn. dobrze!) w dorobku wrocławian. 40 minut muzyki, a może raczej pomysłu na muzykę. Dziewięć kompozycji głębiej niż poprzednie sięgających w elektroniczne płaszczyzny, wiele śmiałych pomysłów, tylko jedno pytanie - dlaczego ledwie zasygnalizowanych? Dlaczego utwory są tak krótkie, dlaczego nie są okraszone ciekawymi improwizacjami? Czy jazz bez improwizacji ma sens? Czy jazz może być wyłącznie zaaranżowany? Dużo tych pytań, nieprawdaż? Gdyby każdy z utworów okrasić ciekawymi improwizacjami powstałaby godzinna, a może dłuższa, wyśmienita podróż po współcześnie pojmowanym jazzie poszukującym. A tak - przynajmniej ja, póki co, obszedłem się smakiem.

I jak tu kochać ten polski dżez?!



Avant Festival, Gdańsk, Klub Żak, 29-30.10.2006r.

Mój ewidentny faworyt pośród jazzforumowych pismaków, mocno swingujący redaktor Krystian Brodacki wciąż w doskonałej formie! Otóż tego lata zaszczycił swoją osobą jakiś festiwal na Sardynii i był łaskaw podzielić się z braćmi prawdziwego jazzu soczystą relacją słowną na zacnych łamach swego macierzystego pisma. Muzyki w tej relacji niewiele, bo któżby na Sardynii dobrowolnie odbębniał swoje nudne septymy (te upały...), ale za to wrażeń kulinarnych i alkoholowych co nie miara. Hitem relacji okazały się nazwy producentów win i potraw, podane dosłownie, bez cienia żenady, litera po literze... Serdecznie gratulujemy, pędem udajemy się na zakupy!

A ja? Cóż, Włosi mnie nie zapraszają, pracodawca nie wysyła w ciekawe miejsca, zatem tylko Gdańsk, i to jesienią (a nawet zimą, rzekłbym, pociągając teraz sążniście nosem i czując nieprzyjemne łaskotanie w gardle). Menu? Naleśniki ze szpinakiem, dobre, ale bez rewelacji (zjadłbym cokolwiek po wielogodzinnej podróży zwykłym pośpiesznym). Piwo? Hmm, tylko jedna marka, co prawda bardzo popularna, ale wolę inne, mniej śmierdzące...

A muzyka? No właśnie... Warta pierwszego od prawie dwóch lat przeziębienia, 10 h w pociągu krajowym i kilku jeszcze niedogodności (z tęskniącą małżonką na czele). Warta każdego wyrzeczenia.

Najpierw Pulsarus, czyli trio krajowe, o którym już ciepło pisałem na tych łamach, przy okazji debiutu fonograficznego "Digital Free Jazz". Dominik Strycharski na flecie prostym podłączonym do potężnej elektroniki (brzmienia bardzo konkretne!), Olek Papierz na alcie (na płycie nie słychać jak zdolnym jest muzykiem - chylę czoło do samej ziemi!) i Kuba Rutkowski na perkusji, zarówno akustycznej, jak i elektronicznej (ciekawie łączył oba brzmienia). Koledzy zaproponowali blisko godzinny set, w pełni obrazujący dość toporny tytuł swojego debiutanckiego CD. Wyszło naprawdę smakowicie. Wysokiej klasy instrumentaliści, fajny pomysł na free z pokaźną dawką elektroniki generowanej przez flet! Ze zniecierpliwieniem czekam na kolejne ujawnienia płytowe.
Mój ciepły stosunek do Pulsarczyków ugruntował się w trakcie koncertu otwierającego drugi dzień festiwalu. Nie wypalił planowany projekt szefa Tone Industria Kostasa (choroba), dlatego w ramach zastępstwa zagrał duet Kuby Rutkowskiego z człowiekiem o nazwisku Sawik (imienia nie podano), który posuwał na pianie Rolanda. Efekt okazał się zaskakująco udany, bowiem pianista zadziornie trzymał groove, a perkusista zyskał przeto świetną okazję do wykazania się kunsztem dramerskim. Grał dużo i gęsto, a okazji nie zmarnował! Brawo! Pod koniec występu na scenie pojawili się także Strycharski (tym razem flet bez elektroniki) i Papierz, by w kwartecie zagrać drobną wariację free, w której każdy z muzyków mógł się muzycznie roznegliżować. Ten swoisty akustyczny Pulsarus z pianem wypadł bardziej niż efektownie! Chłopaki są młode i zadziorne, zatem wybaczamy im incydentalne kalkowanie pomysłów starszych kolegów z różnych stron świata. Koncepcja, wigor i kolosalne umiejętności instrumentalne (już teraz!) wskazują, iż nazwiska wymienione w tym akapicie należy obowiązkowo zapamiętać.

Czas teraz na imperialistyczne hiciory do Wuja Busha. Przyjechało ich ośmiu, głównie z Njujorku, zagrali trzy koncerty. Matthew Shipp piano solo. Joe McPhee Trio X. Marc Ribot Spiritual Unity.

Shipp w wersji solowej, to nie jest być może ulubiona forma rozrywki Waszego Recenzenta, ale wiadomo, że w wydaniu live sprawdzają się znacznie mniej udane pomysły. Gra Shippa jest na pewno jedyna w swoim rodzaju. W Gdańsku zagrał umiarkowanie spokojnie, nie brakowało cytatów z klasyki (dzięki, Marek, za podpowiedzi), fragmentów znanych z blueseryjnych eksploracji. Mała godzinka. Udany przerywnik pomiędzy Pulsarusem, a gigiem wieczoru. Może powinienem bardziej polubić ten instrument. Aha, był bis (beze mnie, albowiem pobiegłem do kolejki celem nabycia browaru).

Joe McPhee Trio X - lider na tenorze i pocket trumpecie, Dominic Duval na basie i Jay Rosen na perkusji. Zapewne jedna z bardziej niedocenionych formacji współczesnego free jazzu. Rosen - facet o urodzie małego bandyty, czujny niczym czekista, silny kontrapunkt dla solówek McPhee, mało słuchający Duvala, ale skoro ten grał obrócony się do niego plecami, to go usprawiedliwiamy. Duval, wielki, gruby, łysy, siwy i w dresie - kolosalna energia, ważny element X-a, w sumie chciałby chyba umieścić swoje nazwisko w nazwie formacji. Kolos grający kolosalny groove. McPhee - niechlujny, złośliwie dopowiadający Duvalowi, czasami łamiący temat w połowie ze zdziwionym wyrazem twarzy (czy tego nie można tak zakończyć?), czasami na pół gwizdka (w jego wieku to już chyba można), ale jednak, pomimo wszystko, genialny tenorzysta... (i trębacz). Ten sound, to rozedrganie w każdym dźwięku, w brzmieniu każdej frazy (już wiecie skąd Gustafsson ma ten skowyczący dryl)... Repertuar niespecjalnie ambitny, jak na kanony free jazzu, na koniec pojawił się nawet Gershwin (doszedł Shipp na przyczepkę, by kapitalnie zwieńczyć ten wspaniały koncert). Czasami proste melodie, uniesione temperamentem Joe na wyżyny naszej percepcji, pozostały w nas niczym muzyka trójdzielna Braxtona.

Marc Ribot i Spiritual Unity. Kwartet iście gwiazdorski - lider na gitarze, Roy Campbell na trąbce, kieszonkowej i zwykłej oraz fluegehornie, Henry Grimes na basie i Chad Taylor na perkusji. Repertuar Aylerowski, czterech wielkich improwizatorów (no może trzech). Genialny odtwórca Ribot, świetnie sprawdzający się w wersji koncertowej, tu w wybornej formie, jeszcze bardziej zadziorny niż kiedyś (hałasował aż miło), Campbell z racji innego temperamentu trochę schowany z tył (ale brzmienia mu nie brakowało nawet przez moment), Grimes, zabawnie ubrany (ta pomarańczowa opaska!), ledwo się trzymający na nogach (wiek szacowny), ale to chyba on robił tu za prawdziwą gwiazdę - energia wulkanu, wiele fantastycznych fragmentów pociągniętych smykiem, no i Taylor, w tym gronie raczej aspirant, ale bardzo udanie mieszczący się w formule muzyki Aylera przełożonej na czasy współczesne (silnie rockowy sznyt Ribota, ale w zakresie ekspresji, nie prostoty, figury rytmiczne bowiem dalekie były od rockowej sztampy). Niesamowity kwartet, na początku europejskiej trasy już w świetnej formie, fantastycznie przyjęty przez bardzo chłodną publikę gdańską (chłodną może dlatego, że w niedzielę pociągnęło zimnem od morza).

No i tyle. Słuchało się ładnie, choć czasami zawodziły proporcje w głośności (Strycharski i Ribot o ton za głośno), oglądało jeszcze lepiej, bo obraz live wspierany był rejestrowanym obrazem wideo w tle (z artystycznym poślizgiem).




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz