piątek, 16 lutego 2018

Albert Cirera! Nowe sposoby słuchania, grania i tworzenia – wywiad



Niniejszy wywiad przeprowadzony został na potrzeby portalu jazzarium.pl, tamże opublikowany w styczniu br.

Rezydujący w Lizbonie, kataloński saksofonista Albert Cirera, krok po kroku, staje się coraz bardziej wyrazistą postacią na europejskiej scenie muzyki improwizowanej. Za nim kolejny udany rok. Z polskiej perspektywy ciekawym zdaje się fakt, iż dwie jego ubiegłoroczne produkcje  - być może najbardziej frapujące - ukazały się dzięki inicjatywie krajowych wydawców. Myślę tu o płycie The Liquid Trio "Plays Bernoulli" (z Agusti Fernandezem i Ramonem Pratsem, Fundacja Słuchaj!), a także o jego pierwszej solowej płycie "Lisboa's Work" (Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series). Dodatkowo muzyk gościł po raz pierwszy w naszym kraju na koncertach, a także uczestniczył w kilku interesujących sesjach nagraniowych. Zatem nie pozostaje nam nic innego, jak oddać mu głos, by osobiście podsumował ostatnie dwanaście miesięcy jego drogi artystycznej.




Czy mógłbyś podsumować cały rok 2017? Nagrania, ważne występy i inne wydarzenia, które sprawiły, że jesteś lepszym improwizatorem niż wcześniej.

Podsumowanie 2017 roku nie będzie łatwe, ponieważ był to dla mnie świetny rok, z mnóstwem udanych koncertów, pełen nowych doświadczeń. Mogę choćby wskazać nagranie i spotkanie z Florianem Stoffnerem w marcu. To niesamowite, gdy spotykasz bratnią duszę, tak w aspekcie muzycznym, jak i życiowym. Także koncerty i nagrania z Liquid Trio i Quintet. W styczniu zagraliśmy trzy koncerty, które sprawiły, że zmieniłem sposób gry, a przynajmniej mogłem poeksperymentować z nowym sposobem gry, którego szukałem. Bardziej spokojnym sposobem, tak myślę. Również dziesiąta rocznica DUOT z naszymi dwoma koncertami, które trwały po dziesięć godzin. Te dwa doświadczenia zmieniły mnie w pewien sposób. Były wyjątkowe. Również wydanie "Suite Salada"*), które stało się najlepszą płytą roku wg krytyków największego czasopisma muzycznego Katalonii. Oczywiście płyta solowa i to, w jaki sposób Agustí Fernandez pomógł mi odnaleźć mój głos w tym nagraniu. Jestem bardzo zadowolony z wyniku. I jeszcze wiele innych wydarzeń, o których nie mogę sobie przypomnieć lub takich, o których moglibyśmy rozmawiać przez całą noc. Faktycznie rok 2017 był bardzo „produktywny” i jestem bardzo szczęśliwy z tego, co się w nim wydarzyło.

Rok 2017 przyniósł także kompilacyjną płytę Twoich niezwykłych nagrań duetowych pod nazwą "Croniques", które wcześniej były dostępne jedynie w plikach na stronie Discordian Records. Czy możesz przybliżyć nam tę serię, a jednocześnie dodać, czy planujesz ją kontynuować?

Cóż, ta kompilacja nie była planowana na początku serii „Croniques”. Chciałem tylko poeksperymentować, wykorzystać nową dla mnie sytuację i nagrać duety z muzykami, z którymi spotykałem się w pierwszym roku swojego zamieszkiwania w Portugalii. Takimi, jak Olle Vikstrom, który był tu na wymianie Erasmusa, a Johannes Nastesjö skontaktował nas ze sobą. Z kolei, Ulrich Mitzlaff i Carlos Zingaro byli rekomendacjami mojego przyjaciela i mentora Agusti Fernandeza, a już po pierwszym spotkaniu z nimi zdałem sobie sprawę, dlaczego. No i w końcu Alvaro Rosso, który był basistą, który mieszkał w Barcelonie przez jakiś czas i zawsze mieliśmy dobry kontakt i muzyczne relacje.

Pod koniec nagrywania czwartego z duetów pomyślałem, że kompilacja na CD byłaby ciekawym rozwiązaniem. Poprosiłem więc Rui Eduarda Paesa, jednego z najlepszych krytyków muzycznych w Portugalii, o dokonanie selekcji i napisania „liner notes”. Zgodził się, a ja po roku zbierania środków na produkcję płyty, wydałem tę kompilację. Teraz pracuję także nad wydaniem płyty dla Discordian z fragmentami dwóch koncertów, które nagraliśmy całą „kronikarską” piątką w październiku ubiegłego roku. To było naprawdę miłe doświadczenie, spotkać tych wszystkich muzyków w tym samym momencie i improwizować wspólnie. Jestem naprawdę zadowolony z tych dwóch koncertów.
  
Zastanawiałem się nad kolejnym zestawem czterech nagrań duetowych, ale w sumie myślę, że będą to różne nagrania duetowe, w różnych wytwórniach i z różnymi muzykami ... 2018 będzie rokiem duetu!

Powiedz nam więcej o pracy w improwizującym duecie. Co jest ważne, co musi się stać, aby dany duet był naprawdę udany? Czy wcześniejsze ustalenia pomiędzy muzykami są ważne, czy polegasz tylko na instynkcie?

Naprawdę nie wiem, co musi się stać, by duet był naprawdę udany. Ale w przypadku duetów, to dla mnie najlepszy sposób na poznanie muzyka i tworzenie naprawdę nowej muzyki. Duet to bezpośrednia rozmowa, bezpośrednia wymiana i konfrontowanie wzajemnych pomysłów. Czy duet działa, czy jest świetny, czy też nie działa, natychmiast to czujesz. Jak do tej pory wszyscy muzycy, z którymi gram są świetni i jestem bardzo zadowolony z tego, jak zmieniają się pomysły w trakcie grania z tym, czy innym muzykiem i jak każdy z nich pokazuje mi nowe ścieżki lub nowe sposoby słuchania, grania i tworzenia.

Nie lubię rozmawiać o muzyce przed sesją nagraniową lub koncertem, muzyka mówi sama za siebie. Musisz być cierpliwym i posłuchać, jak drugi muzyk gra i słucha, a potem spróbować znaleźć wspólny punkt, w którym oboje możecie czuć się swobodnie i  w komfortowych warunkach tworzyć nową muzykę. To jedna z najpiękniejszych rzeczy w improwizacji - czuć i cieszyć się z tego procesu. Jedyną rzeczą, którą zawsze sugeruję w sesjach nagraniowych, nigdy w trakcie występów na żywo, jest to, by pod koniec nagrywania duetu, próbować zagrać kilka małych improwizacji, takich jak „Japanese1/ Haikus”, nie więcej niż 2 minutowych pomysłów. Bardzo lubię ten moment, w którym pojawiają się pełne koncentracji rozwiązania.

W ubiegłym roku po raz pierwszy koncertowałeś i nagrywałeś muzykę w Polsce. Podziel się z nami wrażeniami z koncertów, a także sesji nagraniowych z polskimi muzykami.

Tak, byłem naprawdę szczęśliwy, że mogę po raz pierwszy zagrać w Polsce! Najpierw był solowy koncert i duet z Witoldem Oleszakiem w Poznaniu. Było naprawdę miło! Nagraliśmy także z Witoldem trochę materiału i mamy nadzieję, że wyjdzie z tego fajna duetowa płyta, z naprawdę interesującą muzyką. To było naprawdę nasze pierwsze spotkanie, te w studiu! Potem pojechałem do Krakowa, aby nagrać w duecie z Rafałem Mazurem. Znamy się już z naszego koncertu na festiwalu Vic Jaz, tego z Liquid Quintet. Również bardzo udane nagranie! Następnie udałem się do Warszawy, aby zagrać koncert Liquid Quintet z Agusti Fernandezem, Ramonem Pratsem, Rafałem Mazurem i Arturem Majewskim. Koncert był fantastyczny i naprawdę „rozpłynąłem” się w skupionej publiczności i całym Festiwalu Ad Libitum, przynajmniej w trakcie tych dwóch dni, w których mogłem uczestniczyć. A na koniec wybraliśmy się z kwartetem, już bez Agustiego, by zagrać w Łodzi. W nowej kawiarni. To też był fajny koncert, szkoda, że ​​niewiele osób przyszło na ten występ. W sumie był to bardzo intensywny tydzień w Polsce, dużo dobrej muzyki i świetni muzycy, których mogłem poznać! Mam nadzieję, że jeszcze tu wrócę. Najprawdopodobniej będę grał i nagrywał w Krakowie, z nowym projektem, którym jestem niezwykle podekscytowany. Ale na razie wolę nie nastawiać się na zbyt wiele. Poczekajmy, co się wydarzy!

Albert, wróćmy do twojego pierwszego solowego albumu "Lisboa's Work". Powiedz nam więcej o pracy nad tą płytą. Wiem, że nagrałeś dużo materiału. Miałem okazję posłuchać go po wstępnej selekcji. Do dziś nie wiem, jak udało ci się dokonać tak dobrego wyboru tych jedenastu utworów, które ostatecznie słyszymy na albumie.

Nagrałem solową płytę w moim domu. Mam małe, wyizolowane studio, w którym ćwiczę. Na albumie chciałem uzyskać jego suche brzmienie, by uniknąć pogłosu, charakterystycznego dla większości solowych albumów. Mój przyjaciel pożyczył mi mikrofony i całe niezbędne oprzyrządowanie, a potem zacząłem nagrywać. Nagrywanie, słuchanie, nagrywanie, słuchanie, chodzenie, słuchanie, nagrywanie itp. Przez pięć dni. Po tym wszystkim miałem 75 kawałków, zdecydowanie za dużo! Zrobiłem więc pierwszą selekcję i zostało mi 40, mniej więcej. Gdy zacząłem robić ostateczną selekcję, okazało się, że jest to dla mnie zbyt trudne. Pewnego dnia rozmawiałem o tym z Agustim Fernandezem i on wspomniał, że miał ten sam problem z drugą solową płytą, ale ostatecznie pomógł mu przyjaciel i niesamowity muzyk Peter Kowald, który dokonał finalnego wyboru. Poprosiłem więc Agustiego, czy chciałby zrobić to samo, co Peter, a on się zgodził, stając się dzięki temu, artystycznym producentem płyty. Po miesiącu wysłał mi swoją selekcję. Dyskutowaliśmy trochę, wymieniliśmy tylko jeden utwór, na który się nie zgodziłem, zatem cała ciężka praca i pomysł oraz koncepcja płyty są konsekwencją tego, co Agusti wysłuchał. Wydaje mi się, że dobrze jest mieć „zewnętrzne uszy” do słuchania własnej muzyki. Zresztą, jeśli jest to pierwsza solowa płyta, masz mnóstwo wątpliwości i pytań, zatem mieć kogoś takiego, jak Agusti, to coś wspaniałego. Także i ja wiele się z tego nauczyłem, jak tworzyć listę utworów na płytę, jak utworzyć opowieść, jak połączyć jeden element z drugim. Dzięki Agustí !!!

Albert, grasz prawie wyłącznie na saksofonie tenorowym i sopranowym. Kiedyś powiedziałeś mi, prawdopodobnie po twoim solowym koncercie w Poznaniu zeszłej jesieni, że kiedy grasz na saksofonie sopranowym, zawsze wiesz, co będziesz grał dalej. Jednak, gdy improwizujesz na saksofonie tenorowym, twoja głowa kipi tysiącami pomysłów na dźwięk, a ty nie zawsze wiesz, co będzie dalej. Czy możesz to skomentować?

Cóż, nie pamiętam tego dokładnie, w sumie, to nie jest do końca prawda. Mam podobne doznania, zarówno z tenorem, jak i sopranem. To, co mogę powiedzieć o różnicy w podejściu do tenoru i sopranu, to jedynie to, że ćwiczę o wiele bardziej na tenorze niż na sopranie. Dzięki temu na tenorze mogę zaryzykować znacznie więcej niż na sopranie, gdyż jak sądzę, w jakiś sposób mam większą kontrolę nad tym, co nieoczekiwane. Ale z sopranem ryzykuję cały czas, ponieważ nie mam takiej "kontroli", jaką mam z tenorem. Jednak lubię to poczucie braku kontroli nad tym, co robię z obydwoma saksofonami. Właściwie, to tak naprawdę nie wiem, czy wiem, co chcę robić, czego nie, z tymi dwoma instrumentami, po prostu siedzę głęboko w „konkretnej” chwili.

Proszę, powiedz nam na koniec naszej rozmowy, nad czym obecnie pracujesz, jakie są Twoje plany na wydanie nowych płyt, no i co jest dla nas niezwykle ważne, kiedy wybierasz się ponownie do Polski na koncerty?

Cóż, teraz pracuję nad wieloma nowymi płytami, głównie w duecie. Jak już powiedziałem, ten rok będzie rokiem duetowym. Ale właśnie teraz nagrywamy też z AAA (Abdul Moimeme i Alvaro Rosso, i ja), także współpraca DUOT i Floriana Stoffnera, wiele nowych rzeczy, które pojawią się w tym roku, jak sądzę. Chciałbym także poświęcić więcej czasu projektowi, który już działa, ale ponieważ to sześcioosobowy zespół, a w Barcelonie ciężko jest organizować pewne rzeczy..., ale naprawdę chcę pracować nad tym zespołem. To Albert Cirera & Kamarilla.

Mam nadzieję, że w tym roku kilka razy wrócę do Polski. Na razie mogę powiedzieć, że w czerwcu rozpoczynam nowy projekt z muzykiem polskim, a także muzykami ze Szwajcarii. Zobaczymy, co się wydarzy, ale nie mogę się już doczekać! Jest też możliwość przyjazdu z Duotem i Andy Moorem, ale jak dotąd nic nie jest potwierdzone ... więc, zdaje mi się, że przynajmniej kilka razy będę w Polsce i naprawdę tego chcę! Za pierwszym razem było świetnie!

Dziękuję Albert za rozmowę!

Dziękuję Tobie, a także tym wszystkim, którzy chodzą na koncerty w Polsce i na całym świecie!




*) chodzi o płytę grupy Albert Cirera & Tres Tambores


****




New ways to listen, play and create – an interview with Albert Cirera


The Catalonian saxophonist Albert Cirera, who resides in Lisbon, step by step, is becoming an increasingly expressive figure on the European scene of improvised music. Another successful year is behind him. From the Polish perspective, it seems interesting that two of his last year's productions - perhaps the most striking ones - were released by domestic publishers. I am thinking here of The Liquid Trio album "Plays Bernoulli" (with Agusti Fernandez and Ramon Prats, Foundation Hear!), And also about his first solo album "Lisboa's Work" (Multikulti Project / Spontaneous Music Tribune Series). In addition, the musician visited for the first time in our country at concerts, and also participated in several interesting recording sessions. Therefore, we have nothing left but to give him a voice to personally summarize the last twelve months of his artistic path


Could resume your whole year 2017? Recordings, important gigs and things that made you are better improviser than before.

Resume 2017 It will be a difficult issue because was a great year with a lot of nice concerts and new experiences. To quote some I could say that the recording and meeting with Florian Stoffner in March. Is great when you meet a musical brother soul and of course in the life. The concerts and recording with Liquid Trio and Quintet. In January we made three concerts that make me change a lot the way of playing or at least I could experiment a new way of playing that I was searching. More calm, I guess. Also the 10th anniversary of DUOT with our two concerts of ten hours. Also these two experiences made me change in a  way. Were exceptional. Also the release of "Suite Salada"*), that became the best record for the critics in the biggest music journal of Catalonia. Of course the solo record, and how Agustí Fernandez helped me a lot to find out my voice into this recording. I'm very happy of the result. And a lot more that I couldn't remember or we will all night talking about them. Actually 2017 has been a very productive year and I'm very happy to all what it happened on it.

2017 also brought a compilation record of your unusual duet recordings under the name “Croniques”, which were previously available only in files on the Discordian Records website. Could you bring us closer to this series, and at the same time add, do you plan to continue?

Well, the compilation was not planed at the beginning of the Croniques series. I only wanted to experiment for myself the fact to record in duo with some musicians that I was meeting the first year that I was living in Portugal. Like Olle Vikstrom, that he was here for an Erasmus exchange and Johannes Nastesjö put us in contact. Ulrich Mitzlaff and Carlos Zingaro, were recommendations of my friend and mentor Agustí Fernandez, and after the first meeting with them I realize why. And finaly Alvaro Rosso that was a bas player that was living in Barcelona for a while and we always had a nice friendship and musical correction.

At the end of the fourth recordings I thought that a compilation in a CD would be nice. So I asked to Rui Eduardo Paes, one of the best critics in Portugal, to do the selection and a liner notes. He accepted and after a year to safe some money for the edition, I release the compilation. Now I'm also working in the edition of a record for Discordian with some parts of the two concerts the we did the “Croniques” five of us playing together last October. It was a really nice experience have all the musicians at the same moment and improvise together. I'm really happy for those two concerts.
 
This year I was thinking in do an other set of four recording, but at the end I guess It will be different duo recordings in different labels and different musician...2018 will be a duo year!

Tell us more about working in an improvising duo. What is important, what must happen for a particular duo to be really successful? Are the earlier arrangements between musicians so important or do you rely only on instinct?

I don't really know what must happen for a successful duo. But with duos, for me is the best way to know a musician, and creates really new music. A duo is a direct conversation, a direct exchange and contra-position of ideas. If the duo works is great if the duo doesn't work your feel it immediately. But so far all the musicians that I play with are great and I am really happy how ideas change playing with one or other musician, and how each one show me new paths or new ways to listen, play and create.

I don't like to talk about the music before a recording session or a gig, music talk for itself. You have to be patient and listen how the other musician play and listen and try to find a common point where both can feel free and comfortable to create new music. Is one of the most beautiful thing on improvise music - feel and enjoy of this process. The only thing that I suggest always in recording sessions, never in live concerts, is at the end of the duo recording try to play some little impros, like Japanese1/ Haikus, no more that 2 minutes ideas. I like it a lot how concentrated ideas come up.

Last year, for the first time, you gave concerts and recorded music in Poland. Share with us the impressions of the concerts, as well as the recording sessions made with Polish musicians.

Well I was really happy to come and play in Poland for the first time! First I did a solo concert and duo with Witold Oleszak in Poznan. Was really nice! We also recorded with Witold and hope it will come out a nice duo cd with really interesting music. It was the really first meeting at the studio! Then I went to Krakow to record with Rafal Mazur in duo too. We already know each other from our concert in Vic Jaz festival with the Liquid Quintet. Also very nice recording! Then I went to Warsaw to play with the Liquid Quintet with Agusti Fernandez, Ramon Prats, Rafał Mazur and Artur Majewski. Was a fantastic concert and I really liqued the concentration of the audience and all the Ad Libitum Festival, at least the two days I could attend. And at last we went with a quartet without Agustí to play in Lodz. In a new cafe. Was a nice concert too, pity that i was not so many people. So at the end was a very intense week in Poland, a lot of nice music, and great new musicians! I hope I will come again, actually in I guess that I'll be playing and recording in Krakow with a new project that I'm very exited to start. But, for now, I prefer to don't revel more things. It will come!

Albert, let's get back to your first solo album "Lisboa's Work". Tell us more about working on this CD. I know you have recorded a lot of material. I had the opportunity to listen to him after the initial selection. To this day, I do not know how you managed to make such a good choice of these eleven tracks that we eventually hear on the album.

Well, I recorded the solo record in my home. I have a little isolated studio where I practice. I I wanted that dry sound for the album escaping from the reverb sound from most of the solo albums. So a friend of mine borrow me some material as microphones and all this staff and I started to record. Recording, listen, recording, listen, walking, listen, recording, etc...for five days. After that I had 75 tracks, too many! So I did a first selection and I had 40 more or less.
Then I started to do the final selection but it was so difficult to me. So one day I was talking about this to Agustí Fernandez, and he told me that he had the same problem with his second solo record, but he was helped, at the end by his friend and amazing musician Peter Kowald, so Peter made the final selection. So, I asked to Agustí if he wanted to do the same like Peter did for him, and he accepted, so he became the artistic producer of the cd. After a month he send me his selection. We discussed a little bit, we just changed one track that I was not agree, but the hard job and the idea and concept of the CD came from Agusti's hears. I think that is nice to have an “external ears” to listen to your music. Moreover if  it's a first solo cd and you are full of doubts and questions, so have Agustí as a producer was great. Also I learn a lot how to create a set list for a CD, how to create a history, how to link one piece to the next one. Thanks Agustí!!!

Albert, you play almost exclusively on tenor and soprano saxophones. You once told me, it was probably after your solo concert in Poznań last fall, that when you play the soprano saxophone, you always know what you're going to play next. However, when you improvise on a tenor saxophone, your head bursts you with thousands of ideas for sound and you're not always sure what's going to happen next. Could you comment?

Well, I don't remember that, and actually is not really true. I have the both sensations with tenor and soprano. What I can explain about the difference between tenor and soprano is that I practice a lot more the tenor than the soprano. This entails that with tenor I can risk much more than with the soprano I guess, somehow I have more control for the unexpected. But with the soprano I'm risking all the time because I don't have such "control" that I have with the tenor. However I like this feeling of no control what I'm doing with both saxes. Actually I don't really know if I know what I want to do or not with the two of them, I just tray to be in the moment.

Please, tell us at the end of our conversation, what are you working on now, what are your plans for the release of new records, and what is extremely important to us when you are going to Poland again for concerts?

Well, now I'm working to edit a lot of new cd's, mostly duos. As I said this year will be a duo year. But also, we just record with AAA (Abdul Moimeme and Alvaro Rosso, and me), also a collaboration of DUOT and Florian Stoffner, any many new things that will come through this year I guess. And also I would like to invest more time to a project that is already working but because is a six piece band and in Barcelona is hard to organize things… but I really want to work on this band. It’s called Albert Cirera & Kamarilla.

I hope that this year I will come to Poland several times. For now I can say that in June I'll be there starting a new project with a polish musician and other from Switzerland. We'll see what it happen, but I'm looking forward to it! Also there is a possibility to come with Duot and Andy Moor, but so far nothing is confirmed...so, I guess I will apear at least a couple of times in Poland, that I really want it! It was great the first time!

Thank you Albert for conversation!

Thanks to you, and thanks to all people that goes to live concert, in Poland and in everywhere!

*) it’s about a group Albert Cirera & Tres Tambores

wtorek, 13 lutego 2018

Mikołaj Trzaska! Garść nowości na przełom roku!


Nasz krajowy VIP sceny muzyki improwizowanej, Mikołaj Trzaska, dość dawno wyrył już swe dumne personalia w skale historii gatunku. Szczęśliwie nic nikomu udowadniać nie musi, w rankingi się nie bawi (na Jazz Forum, i tak nie wygra), zatem ma wystarczająco dużo czasu, by nagrywać nowe, dobre płyty. Ubiegły rok przyniósł kilka takich wydawnictw. Jest już nawet jedno, datowane na rok 2018! Zatem, bez dzielenia włosa na czworo - do rzeczy!




Mikołaj Trzaska & Vasco Trilla ‎ Catapulta De Pols D'estrelles (Fundacja Słuchaj!)

W kwietniu 2016 roku Trzaska bawił w Barcelonie. Grał, poznawał nowe smaki, rejestrował ciekawe koncerty. W klubie Jamboree zwarł szyki z ulubieńcem redakcji, wyjątkowym drum perkusjonalistą Vasco Trillą. Koncert dociera do nas po mniej więcej półtora rocznym okresie oczekiwania i pod tytułem Gwiezdny Pył Katapulty (w wiernym tłumaczeniu z katalońskiego) dostępny jest od grudnia ubiegłego roku. Selekcji muzyki dokonał Katalończyk, nożyce cenzorskie i gałki mikserskie miał w dłoniach Polak. Efektem prawie godzina zegarowa muzyki, podzielona na siedem odcinków z tytułami.

Jeden. Rodzaj wstępnej przymiarki, delikatny saksofon altowy na granicy sonore, talerze drummerskie w ruchu, zwinne obcierki. Z otchłani tuby instrumentu dętego szybko wyłania się element melodyczny i zręby struktury rytmicznej. Muzycy jakby trochę się poganiali, nie stroniąc od konwencji call & response. Vasco uruchamia dzwoneczki, talerzyki, dzbanki, śruby, przedmioty codziennego nieużytku. Już w 5 minucie armia jego robaczków i wibratorów zostaje wprawiona w ruch. Drum-Orchestra w natarciu! Trzaska milknie, by po wybrzmieniu, podać z poziomu ciszy piękną, delikatnie semicką kołysankę na klarnecie. Jakże wyśmienity kontrapunkt! Tuż potem muzycy wchodzą w dialog i rozprawiają przez dłuższą chwilę o urokach fauny i flory. Sam Vasco do 11 minuty w ogóle nie stosuje tradycyjnego drummingu. Drugi. Alt plecie historię w obłokach perkusjonalnego kurzu. The Rest is rust! Doprawdy trudno o lepszy tytuł. Wejście bębnów, w miejsce meta percussions, robi różnicę i przestawia całą improwizację na nerwowy, jazzowy tor. Efektem prawdziwie eksplozywne free z błyskotliwymi pasażami saksofonu.  Brawo! Wybrzmiewanie z melodią na ustach, a może na ustniku. Trzeci. I znów mikromelodia Trzaski skrzy się w rezonansie Trilli. Ten drugi też jakby łapał nutki w bezmiarze talerzowej sonorystyki. Czwarty. Dynamiczne free z łomoczącym drummingiem. Oj, dobrze się ci Panowie czują w swoim towarzystwie! Krew z krwi, pot z czoła na czoło. Saksofon tańczy, bębny łapią konwulsję. Proces hamowania, tuż potem, to z kolei świetna okazja na dialog i szczyptę sonore na styku z ciągle aktywnym rytmem. A na finał dobra, acz krótka galopada. Piąty. Ciche pomruki w tubie, rezonujące przedmioty płaskie, partia szachów. Alt opowiada nową historię, perkusjonalia nucą pod nosem. Potem potok wartkiego strumienia przelewa się przez scenę i moczy nogi publiczności. Orkiestra wibratorów, to naturalna kolej rzeczy. Zgodnie z regułą tego koncertu, Trzaska milczy przez moment, a potem zagaja smutną melodię. W jego zaśpiewie powraca Ayler i daje błogosławieństwo. Na zakończenie odcinka, drapieżny free jazz z dużym wykopem! Ostatnie słowo należy do solowego Vasco. Szósty. Ciąg dalszy solowego rezonansu Katalończyka. Lśni wysokim rejestrem świetnie wypolerowanego talerza. Chrobot robaczków, tuż obok. Mikołaj włącza się spokojnym, ale zabrudzonym tembrem swojego altu. Bębny splatają się z tą rurą i w silnym uścisku narracyjnym idą w dobry galop. Dwa zwinne kocury na polowaniu! Siódmy. Nadal na ostro, pieprznie, free jazzowo, soczyście. Gęsto, z przytupem przez cztery minuty z sekundami. Publika nie szczędzi oklasków.





Jellyspace  Jellyspace (Not Two Records) *)

Trzydziesty marca 2017r., krakowska Alchemia, a na scenie jakby reinkarnacja tria Volume, które ekscytowało europejskich fanów free jazzu niemal dekadę temu! Mikołaj Trzaska na saksofonie altowym i barytonowym, Peter Ole Jorgensen na perkusji i perkusjonaliach, a na gitarze basowej (tu, akustycznej gitarze basowej) w miejsce Petera Friisa Nielsena – Rafał Mazur. Jak pokażą wydarzenia na scenie, ów epitet w miejsce zupełnie nie przystoi recenzentowi. Świadczy o tym choćby dyspozycja dnia krakowskiego muzyka. Dokumentacja fonograficzna koncertu dociera do nas dzięki Not Two Records. Winylowa edycja trwa niewiele ponad 40 minut i przynosi sześć odcinków muzycznych. Panowie na potrzeby tej trzyosobowej przygody przyjmują nazwę Jellyspace, co jest także tytułem płyty.

Od pierwszego gwizdka, ostry, głęboki tembr basu, wysokie, równie dotkliwe akustycznie pasaże altu (jak zwykle u Mikołaja wyposażone w ogromy bagaż podskórnej melodyki), no i prawdziwy płaszcz wodny perkusyjnych ekscesów. Narracja szyta twardym, niedelikatnym ściegiem. Muzyka gęsta, jak ołów. Koło zamachowe współczesnego, europejskiego free jazzu w natarciu! W grze Rafała także dużo melodii, jakby muzyk pozostawał w stanie ciągłego poszukiwania wewnętrznej i zewnętrznej harmonii. Może mniej subtelności stylistycznych niż u Friisa Nielsena, za to więcej radości i przyjemności z muzykowania. Szorstka jazda dobrze ośnieżonym stokiem, to epitet, który konstytuuje grę całego tria. W pełnym słońcu, przy śpiewie, dopiero co wybudzonej ze snu zimowego, hordy niedźwiedzi. Niewyczerpalne pokłady empatii, synergii, komunikacyjnej perfekcji w gronie muzyków, którzy znają się świetnie, ale być może grają w tym układzie personalnym po raz pierwszy. Fragment drugi, który następuje zaraz po najdłuższej, pierwszej ekspozycji, zdaje się być bardziej kanciasty w swojej formule, zadziorny, stawiający znaki zapytania, ale znów płynący jednym, zwartym strumieniem dźwięku. Prawdziwy common flow!  Free jazz w konwulsyjnym rozkwicie!  W trzecim odcinku wchodzi baryton. Kroczy dostojnie, choć sekcja gotuje się w 120 stopniach, a emocje tryskają po ścianach (baa, nie tylko one!). Niczym pochód pierwszomajowy nad skrajem pięknej przepaści. W ramach komentarza doskonałe pasaże gitary basowej, jakby nieco w poprzek narracji. W czwartym, melodyka w tubie Trzaski osiąga kolejny orgazm. Być może polski saksofonista, to najlepszy uczeń Petera Brotzmanna, który bezczelnie postanowił przerosnąć mistrza! Kolejny, mistrzowski komentarz Mazura. Zresztą w parze w dobitnym drummerem, brnie przez ten koncert z taką siłą i maestrią, jakby go/ ich bóg z własnego żebra stworzył. Szczypta semickiej zadumy na dyszach na finał fragmentu, zapewne w ramach docenienia wysiłku sekcji rytmicznej. Piąty numer, to właśnie ona zaczyna niezwykle eksplozywnie. Alt wchodzi po kilkudziesięciu sekundach i dyszy z emocji. Znów baryton, prawdziwy drapieżnik! What a game! Muzycy czujni, jak zawodowi czekiści na prywatnym dżobie! Nic i nikt nie pozostaje tu bez odpowiedzi, bez reakcji. Na sam finał koncertu jakby skromna ballada (co złego, to nie my!). Smuga cienia na gryfie gitary, jakże subtelny drumming. Po paru chwilach dynamizują się jednak, jak stado koni w obliczu obnażonych klaczy! Koncert tylko w ramach vinyl time, bez jednego zbędnego dźwięku! Brawo!




Trzaska/ Glawischnig/ Harnik/ Oberleitner/ Ziegerhofer ‎ Trzaska / Glawischnig / Harnik/ Oberleitner/ Ziegerhofer (Klopotec) ‎*)

„Polskie występy gościnne w Hügelland-Schöcklland”! Początek listopada 2016 roku, austriacki Graz i dwudniowa muzyczna rezydencja Mikołaja Trzaski u boku kilku weteranów lokalnego jazzu i tej najbardziej znanej, świetnej skąd inąd pianistki znacznie młodszego pokolenia, Elisabeth Harnik.

Okładka płyty obiecuje wiele właśnie personaliami Trzaski i Harnik. Wszakże wymagający, bardziej wyrobiony słuchacz, w drobny zachwyt popaść zdoła jedynie w trakcie finałowego fragmentu dźwiękowej dokumentacji dwóch dni muzykowania, albowiem tylko wtedy uświadczyć będzie mógł występu tej właśnie dwójki nad wyraz kompetentnych improwizatorów.

Płytę wydaną pod słoweńskimi sztandarami, zapewne jednak za pieniądze austriackie (emblematy mecenasów zajmują znaczną część back cover), otwiera solowa ekspozycja Mikołaja na saksofonie altowym. Tembr instrumentu, jak zwykle w przypadku tego muzyka, niezwykle śpiewny, odrobinę rzewny, w dużej mierze ludyczny (improwizacja prowadzona jest wedle melodii z kategorii traditional). Zdecydowanie spokojnie, w duchu wzajemnego zrozumienia, mija nam pierwsze 10 minut koncertu. Kolejne ponad 30 minut spędzamy w towarzystwie kwartetu na saksofon, fortepian i dwa kontrabasy (odpowiednio – Mikołaj Trzaska, Dieter Glawischnig, Ewald Oberleitner i Reinhard Ziegerhofer). Pierwsze dwa odcinki mają charakter improwizacji, dwa kolejne są kompozycjami pianisty. Narracja jest wyważona, lekko zarumieniona atrybutami free jazzowymi (Trzaska czyni skuteczne starania, by całość występu nie kwalifikowała się ad hoc do edycji w monachijskim ECM), być może targetowana na mniej wyrobionego odbiorcę. Kontrabasiści, from time to time, wchodzą w ciekawe dialogi, co nie do końca staje się udziałem pianisty. Ten ostatni gra dużo, jakby poczuwał się do liderowania, nie dając jednak powodu, by pióro recenzenta nadmiernie się przepracowywało.  Na plus tej części koncertu zapisać należy na pewno udane pasaże Mikołaja na klarnecie basowym (pod koniec pierwszego odcinka), a także dynamiczne minuty odcinka kolejnego, gdy dobrym free pachnie na kilometr (szkoda jedynie, iż w miejsce drugiego kontrabasu, nie ma perkusji). Incydent ze smykiem pod koniec tego właśnie fragmentu smakuje żywą kameralistyką o niebanalnych korzeniach. Następne dwa odcinki komponowane (niewiele ponad 10 minut) można sobie spokojnie podarować, gdyż są najsłabszym ogniwem przyjaźni polsko-austriackiej. Nie brakuje durowych, marszowych pasaży na fortepianie i ledwie poprawnych dramaturgicznie walkingów obydwu kontrabasów. Bez emocji, bez jakości. Na finał płyty dostajemy to, na co – po prawdzie – czekaliśmy do wielu minut. Znów kwartet, szczęśliwie jednak następuje zmiana przy klawiaturze – Elisabeth Harnik! Jakby ktoś nam nieba uchylił! Trwający blisko kwadrans fragment drugiego dnia polskiej rezydencji, rozpoczyna błyskotliwy dialog pianistki i saksofonisty. Ten drugi zdaje się, że dostał w prezencie nowe życie. Buduje doskonałą improwizację, mając za urocze tło delikatną, precyzyjną preparację na fortepianie! Whaw! Kontrabasiści także sprawiają wrażenie, jakby świat stał się nagle zupełnie inny. Rośnie ich kreatywność i skłonność do improwizowanych kooperacji. Sama narracja jest spokojna, nieśpieszna, nie pozbawiona stosownej melodyki i szczypty nostalgii. Finał niespodziewanie przybiera szaty skocznego walczyka, czym budzi radosne pokrzykiwania publiczności i dość skromne oklaski. Dodajmy dla porządku – tylko za ostatni utwór na płycie.




Mikołaj Trzaska & Seymour Wright ‎ 12.9.16 (Otoroku)

Na finał dzisiejszej trzaskowej opowieści, anonsowana na wstępie, styczniowa nowość fonograficzna. ‎Seria koncertowych rejestracji z londyńskiego klubu Cafe Oto ukazuje się zarówno na CD, jak i winylach. Część rejestracji jest zaś dostępna jedynie w plikach. Tak rzecz się ma z koncertem, o którym teraz wspominamy.

Zgodnie z tradycyjnym tytułem dla tej serii wydawniczej, wiemy doskonale, iż jest grudzień 2016 roku. Na wąskiej scenie klubu, obok naszego saksofonisty, angielski kolega po fachu, Seymour Wright. Muzyk, którego znamy z kilku rejestracji, wychodzący na tę scenę zdecydowanie bez jazzowych doświadczeń, muzyk od lat skąpany w sonorystyce instrumentu dętego drewnianego. Mistrz subtelnych, głębokich improwizacji, czasami wprost z szeroko rozumianej muzyki współczesnej.

Spotkanie na artystycznej krawędzi noża trwa niewiele ponad 36 minut i mimo, iż jest jednym trakiem, składa się z kilku dość niedługich, ale krwistych dialogów na dwa saksofony (chyba wyłącznie altowe, opis wydawnictwa jest wyjątkowo skąpy). Batalia toczy się na ogół na warunkach Trzaski. Tam gdzie free jazz spotyka się z free improv i ma większe muskuły. W tych silnych dialogach wiele zjawisk dźwiękowych przypomina estetyką i stylistyką Petera Brotzmanna. Z jednej strony smakuje ogniem, z drugiej rodzi pytania o intencje i arsenał artystycznych środków wyrazu, pozostających w gestii muzyka. Przyparty do muru recenzent powie, że kupuje tę muzykę. Ambiwalencja natomiast sprowadza się do pytania, czy bezkompromisowość w sztuce wolnej improwizacji nie bywa czasami przejawem słabości.




*) recenzja powstała na zlecenie polish-jazz.blogspot.com i tam została pierwotnie opublikowana. 

poniedziałek, 12 lutego 2018

Rajada! Blow Up! Sousa, Mira & Simões on creative explosion!


Uwaga! Trybuna Muzyki Spontanicznej i jej przemądrzały Pan Redaktor, są współwydawcą tej płyty! Wszelkie słowa zachwytu, jakie za chwilę przeczytasz, mogą być podyktowane jedynie chęcią zwiększenia sprzedaży! Innymi słowy – dalej czytasz na własną odpowiedzialność!


Czas i miejsce zdarzenia: sierpień 2015 roku, Lizbona, Estúdios Interpress.

Ludzie i przedmioty: Pedro Sousa – saksofon tenorowy, Miguel Mira - wiolonczela, Afonso Simões - perkusja i perkusjonalia.

Co gramy: muzyka swobodnie improwizowana.

Efekt finalny: dwa utwory z tytułami, 58 minut i kilkadziesiąt sekund, wydane jako Rajada, co wedle woli muzyków jest zarówno tytułem płyty, jak i nazwą formacji (Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series). Dostępne na rynku od piętnastego stycznia bieżącego roku.




Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Atazana. Sprytne call & response w wykonaniu saksofonisty i wiolonczelisty, rodzaj wprowadzenia do rozbudowanej powieści w dwóch tomach, introdukcji, która zdaje się być gwarantem powodzenia całego przedsięwzięcia. Perkusista tyczy szlak, ubija ziemię, rozbudzony od pierwszego uderzenia w werbel. Pedro po lewej, Miguel po prawej, Afonso samym środkiem – to układ przestrzenny, który nie opuści nas w trakcie najbliższej godziny zegarowej, choćby na ułamek sekundy. Sousa wpada w dryl drobnych eskalacji, łypiąc do nas okiem godnym całego dorobku Evana Parkera, jakbyśmy cofnęli się w czasie o dobre czterdzieści lat. Rodzaj drapieżnika, wypuszczonego z klatki, ale ryczącego wyłącznie w pokojowych intencjach. Drummer trzyma rytm, wyznacza kierunek, czuwa niczym zdrowy fundament szalonej eskapady. To dynamiczne, rockowe zwierze, które nie odpuści choćby na moment. To także dzięki niemu, od startu emocje kipią krwią najwaleczniejszych. Narracja jest stosunkowo linearna. Cała płyta zdaje się być jedną opowieścią, która ma co prawda mnóstwo podrozdziałów, ale jest spójna, a każdy pomysł zdaje się być konsekwencją poprzednio zarysowanej osi dramatu. W 10 minucie saksofon na moment milknie, po czym przyjmuje rolę wycofanego, w skromnej opozycji do głównego nurtu tej historii. Tymczasem wiolonczelista, crazy man w ciągłym ruchu, przybiera szaty kontrabasisty i dynamizuje poczynania tego, i tak już wyzwolonego dyliżansu. Muzycy pozornie pozostają na etapie tłumienia emocji, ale czynią to, nie zdejmując nogi z gazu. Trochę przemyśleń we wnętrzu tuby, która ewidentnie czai się do kolejnego galopu. 14 minuta, to jednak wykwintne stopowanie! Nawet drummer zwalnia uścisk. Cello wisi na strunach. Drobne przekomarzania, utarczki i dysputy, z których rodzi się nowa opowieść. Cała pyta, choć kipi emocjami, ma w sobie zaszytą zadumę, szczypty nostalgii, może nawet posmak lizbońskiego saudade. 21 minuta, narracja snuje się jak spłoszony kocur, ma jednak jego urodę. Finał pierwszego tomu, w ciszy solowej ekspozycji Sousy. Atazana, czyli uszczypnięcie homara.




Desata. Kontrabasowa introdukcja wiolonczeli. Zwarta, tłusta przestrzeń. Nowa opowieść, mały drumming. Saksofon wchodzi bardzo delikatnie dopiero w 3 minucie, gdy walking sekcji ma już swój rytm, swoje dynamiczne spowolnienie. Eskalacja dramatyzuje przekaz, ale Sousa jakby prezentował własną wersję wydarzeń. Być może to opowieść o kochankach, który tracą wiarę w swój związek. To narracja, która pięknieje w oczach. Jest też technicznie błyskotliwa, gdybyście zapytali. Napięcie rośnie z każdą minutą. Cello pętli się na gryfie i powoli zrzuca szatę kontrabasu. Perkusja progresywna, dynamiczna w pocie i znoju. 13 minuta, rodzaj prawdziwie free jazzowej eskalacji, która ma jednak wiele wymiarów, kolorów i smaków. Choćby krzyk, który czai się na krawędzi tuby, pełen zadumy, na skraju zaniechania. Emocje wypływają z muzyków, wytryskują każdym otworem ich gorących ciał. 17 minuta, drummer szuka dla siebie nowej przestrzeni, saksofonista pętli się na dyszach, a wiolonczela nabrzmiewa. Pierwsza faza transu i wilgotnej psychodelii nadciąga! Tenor skacze ku górze i ryje nieboskłon wysokim rejestrem. To opowieść, która kipi pomysłami na każde, kolejne zdanie, jest wielowątkowa, niczym surrealistyczny potok świadomości. Tu i ówdzie pobrzmiewa nutą Aylera, smakuje Coltrane’m, wonią całej czarnej free jazowej Ameryki. Być może to moment historii, który sytuuje portugalskiego saksofonistę w panteonie wciąż żywych legend gatunku, a dzieje się to jeszcze przed jego 30 urodzinami*). 23 minuta wyznacza skromne wyhamowanie. Afonso schodzi w ciszę, Miguel wgryza się pomiędzy struny, a Sousa repetuje. Gdy ten pierwszy powraca, cała trójka łapie mantrę i będzie się jej trzymać niemal do końca płyty. Saksofonista na jednym oddechu! Wiolonczelista rzeźbi manuskrypt! Napięcie rośnie! Gęsta ścieżka, tyczona przez trzy złotowłose rumaki na skąpanej słońcem prerii. Lepią się w jeden dźwięk, jeden nurt! Ich grzywy łopoczą na wyjątkowo silnym wietrze! Rajada! Blow up! 32-33 minuta, dynamiczna narracja zaczyna powoli spoglądać w kierunku finału tej niebywałej podróży. Cello drąży skałę! Brutalnie piękne! Kolejny krok ku wybrzmiewaniu, talerze w rezonansie, saksofon, który melodyzuje, struny, które skowyczą i skwierczą. Na ostatniej prostej Sousa znów pachnie Coltrane’m. Trójgłowa mantra wieńczy dzieło. Desata, czyli rozwiązanie, a może raczej uwolnienie.



*) nagranie powstało w roku 2015

środa, 7 lutego 2018

Thurston Moore & Adam Gołębiewski! Disarm in Arms!


Z mroku gitarowego steel ambientu, w przestrzeni drapieżnej sonorystyki, cierpiącej katusze membrany gołego werbla, wyłania się narracja, która zdominuje nasze receptory słuchu, uwolni niewyczerpalne pokłady endorfin i wystrzeli nas w dźwiękowy kosmos na całe trzy, boskie i niemające końca, kwadranse.

Krople ołowianego potu na gryfie podłączonej do prądu gitary, w opozycji do syntetycznej nieprzydatności plastikowych przedmiotów, tworzą nową okoliczność dźwiękową. Energia kinetyczna rocka, pozostającego w blokach startowych, niemającego jakiegokolwiek zamiaru, by popaść w rytm i adekwatną dynamikę. Jedynie krwiste sprzężenia, będące konsekwencją prostych zjawisk fizycznych, przypominają, z kim i czym mamy do czynienia. Niczym ryczenie lwa na wieść o serii lwich samobójstw. Gęsta historia, ciało w ciało, do ostatniego tchu. Od 6 minuty nienaganna symbioza drapieżnego noise i brutalnego free improve. A potem wybrzmiewanie w aurze oniryzmu, narracyjnego lunatyzmu, artystycznego sceptycyzmu. Disarm.




Strumień zimnej gitary i drżący drumming, tłusty od środka, wiją się, jak para węgorzy na długo oczekiwanym tarle. Niebywale akustyczne zjawisko! Narracja pęcznieje, a upalony duch Hendrixa już czeka za rogiem ulicy. Tak, bo tu nie może być cicho! Jeśli dynamiczny świder upleciony z porozrywanych strun gitary zacznie wiercić dziurę w podłożu, progresywny drumming musi w konsekwencji uklepać ziemię. Tak rodzi się dynamika eskalacji. Ranny rockman spotyka właśnie, co wytrzeźwiałego, całkowicie wyzwolonego improwizatora i obu jest zdecydowanie po drodze. Ich symbioza ma wymiar całkiem biologiczny, choć gdy Sonic Youth – z Thurstonem M. - debiutowali scenicznie w dalekiej Ameryce, Adama G. nie było jeszcze na świecie. To jakby półtora pokolenia różnicy, która w okolicznościach tej rejestracji jest tylko nieużyteczną matematyką. A gitarzysta wyposażony w ponadnormatywną wyobraźnię może brzmieć, jak saksofonowy dron. Tu, na granicy fizycznego przesteru, tworzy błyskotliwy chaos, którego nie możemy nie pokochać. Jakże pomocna zdaje się być, w tym akurat dziele zniszczenia, doom metalowa ekspozycja na samych tylko talerzach. Ostatnie dźwięki cuchną zdrowym industrialem. Distend.

Meta rockowa ballada w rezonansie. Pulsacja, restrykcyjna narracja, dźwięk za dźwięk. Trzyminutowa perła. Disturb.

Zapach noise rocka z najlepszych płyt gatunku, jest udziałem tych, którzy gatunkową obyczajowość zagubili wraz z utratą dziewictwa, w ramionach tej, dla której warto było umierać. Skutki eksplozji nuklearnej mogą być także punktem estetycznego odniesienia dla tego momentu spektaklu. Przester na gryfie, przester na pękających membranach – jako podstawowa metoda twórcza. Zęby rekina wbite w kark niedźwiedzia. Błyskotliwy taniec nad krawędzią. W tango ruszają także membrany naszych uszu. Adamowi pękają talerze, Thurston ma struny owinięte wokół szyi. Dramaturgiczne wyjście z tej fonicznej opresji, doskonałe w wykonaniu obu muzyków! Nie pierwszy dziś oniryczny sound gitary, zakleszczony w zmyślnej sonorystyce zestawu perkusyjnego. Bodaj najbardziej urokliwy akustycznie fragment tej ultra smakowitej płyty! Rodzaj implozywnej, upiornej ballady bez happy endu. Distract.

Ciąg dalszy poprzedniej opowieści. Moore jakby stał za szybą akustyczną, jego brudne brzmienie zniekształca się dodatkowo na pasie transmisyjnym. Buduje mega ambient, mały kosmos. Gołębiewski jest po tej stronie. Stawia stemple no drumming percussion. Narracja gęstnieje, lepi się do butów, a wątki opowieści obu muzyków plączą się wzajemnie, choć całość nie sposób nazwać eskalacją. Muzycy brną po kolana w tłustym błocie i snują historię, która na długo zapadnie w naszej pamięci. Od 5 minuty, do samej już mety, konsekwentne wybrzmiewanie pachnie metafizyką. Nieoczywistość każdego dźwięku przenosi nas w wymiar bez nazwy. Jakby nas już tu nie było. Tylko dźwięk, tylko muzyka. Gryfem gitary płynie pieśń potępienia. Zupełnie nieistotne, czyjego. Deep drumming wprost z piekła wzmaga dysonans poznawczy. Zdaje się, że muzycy mają ochotę na coś spektakularnego w obrębie ostatniej minuty spektaklu. Na naszych oczach stapiają się w jeden dźwięk. Disloge.


Disarm, Thurston Moore – gitara elektryczna, Adam Gołębiewski – perkusja. Nagrane w Warszawie i Poznaniu, maj 2014 roku (Endless Happiness; CD/2LP 2017).



poniedziałek, 5 lutego 2018

Aalberg! Kulhammar! Zetterberg! Santos Silva! Sesja piwniczna na Bali!


Portugalska trębaczka Susana Santos Silva nie rozpieszcza nas zbyt obfitą ofertą nowych nagrań. Rok ubiegły wzbogacił jej dyskografię bodaj tylko o dwie pozycje. O kolejnej płycie formacji LAMA Metamorphosis pisaliśmy już na tych łamach, o tej drugiej opowiemy za moment.

Nowy rok 2018 Susana wita zaś swoją pierwszą solową płytą All The Rivers – Live at Panteão Nacional. Wydawcą jest lizboński Clean Feed Records, edytor prawie wszystkich dotychczasowych płyt trębaczki. Redakcja nie zna jeszcze tego nagrania.

Dziś poświęcimy odrobinę naszego bezcennego czasu na czwartą edycję tzw. Sesji Piwnicznych (możemy tłumaczyć je także jako Bazowe, Podstawowe). Inicjatorami artystycznego przedsięwzięcia, zwanego Basement Sessions, są muzycy szwedzcy – saksofonista Jonas Kullhammar i kontrabasista Torbjörn Zetterberg oraz muzyk norweski – perkusista Espen Aalberg. Pierwsze dwie sesje zostały zarejestrowane w trio, na trzeciej dołączył saksofonista Jorgen Mathisen. Na czwartej zaś – Susana Santos Silva. Wszystkie edycje dostępne są w katalogu Clean Feed.






Szczególnie nas w tej chwili interesująca sesja została zarejestrowana na … Bali, niemal dokładnie dwa lata temu. Obecność w tym odległym ( z europejskiego punktu widzenia) zakamarku świata dodatkowo doposażyła muzyków kwartetu w gamelan (zestaw tubylczych instrumentów perkusyjnych – po szczegóły odsyłam do wikipedii). Do tej dość egzotycznej sesji muzycy przystąpili wyposażeni w kompozycje perkusisty Espena Alberga (na poprzednich sesjach panował bardziej demokratyczny ład, a trio lub kwartet grało z pięciolinii przygotowanych przez każdego z członków formacji). Istotny udział sprawczy Norwega skutkował także tym, iż to jego nazwisko umieszczone zostało na czele orszaku muzykantów odpowiedzialnych za The Bali Tapes (bo taki podtytuł nosi płyta). Całość Basement Session Vol. 4 trwa niespełna 48 minut.

Slow Istonato. Wstęp wolny, bardzo swobodny, z odrobiną sonore w tubie saksofonu, na krawędzi ustnika trąbki. Bogate perkusjonalia, dudnienie kontrabasu. Od startu sporo melodyki w dętych zaśpiewach. Rozbiegówka, jak wybrzmiewanie ostrej, free jazzowej eskalacji, na sporym zmęczeniu. Przewrotne, ale wyjątkowo urocze. Rozbudowany gamelan iskrzy metalicznymi dźwiękami, wydeptuje ścieżkę w kierunku głównego wątku utworu. Temat o dynamice marsza pogrzebowego, podaje rzewny saksofon, wspierany błogosławioną trąbką. Tuż po nim, prawdziwie błyskotliwa ekspozycja Kulhammara, krwiście free jazzowa.

Dewas Dance. Temat z drive’em! Jak taniec, to taniec! Sumiasty saksofon, precyzyjna trąbka. Rozbudowana sekcja perkusyjna drąży rynnę w podłodze. Ten rytm ma ostrogi i potrafi kąsać! Melodia, tonacja, harmonia, energia i emocje. Wszystko poukładane, wyraziste i mięsiste. Pierwsze solo należy do Susany, drugie do Jonasa. Tupiemy nogą i śpiewamy wraz z kwartetem.

Illir Illir. Japońska pieśń tradycyjna, to nasza pięciolinia w tym akurat fragmencie Sesji. Intro kontrabasu. Pasaże dęciaków znów ociekają dobrą melodią. Tonacja molowa, grane unisono. Rozchełstany dwudźwięk frontline’u, tuż obok bystra ekspozycja gamelanu. Zapach dżungli i kształty stóp dzikich zwierząt na mokrym piasku. Zwinna opowieść kontrabasu trzyma w ryzach całą narrację. W 6 minucie istotnie wartościowe wejście Susany, która choć ma swoją prywatną sprawę do przegadania, świetnie konweniuje z wątkiem głównym opowieści. Sekcja aktywizuje swoje poczynania, saksofon przychodzi z pomocą. Wyuzdany, błyskotliwy dialog na flankach. Szczypta psychodelii, smakującej jak rosa o poranku, tuż po trudnej nocy.

Irama Berat. Słowo wstępne jest udziałem perkusisty. Pozostali wchodzą po niedługiej chwili. Narracja nieśpieszna, mimo bogatej rytmiki i serca, które łomoce w samym jej środku. Sekcja tonie w molowej estetyce, ale na niej buduje się dęta ekspozycja, która zdaje się być zdecydowanie durowa. Nawet do śpiewania, z odrobiną semickości w trzecim pokoleniu wstecz. Intrygujący dysonans! Solowy saksofon prawdziwie popisowy! Kolejna dobra pieśń, która stoi w silnym rozkroku między nurtem głównym jazzu, a jej bezczelną i nieobliczalną siostrą free. Bogata instrumentacja wzmaga przyjemność z odsłuchu. A saksofon znów stawia stempel doskonałości. Technicznie błyskotliwy, artystycznie wolny, jak stado rumaków na gorącej prerii. Po nim kontrabas, który rozrywa struny i gamelan, który rezonuje. Gdy wraca drummer, cały kwartet podaje temat z silnie temperowanym soundem trąbki.

Suling. Spokojne, płynne intro. Rozbudowany arsenał perkusjonalny (gamelan!), separatystyczne pasaże saksofony i trąbki, nie według zapisu pięciolinii, ale wprost z buchającej wyobraźni artystów. Trochę jak konkurs piękności, saksofonista całkiem przystojny, uroda trębaczki onieśmielająca. Sekcja w lekkim transie, genialny basement pod dęte pasaże o dużym ładunku emocji. Świetny dialog kontrabasu z saksofonem, tonący w repetycjach. Im bliżej końca, tym kwartet bardziej zwalnia. Czyni to z tygrysią zwinnością. Drobne akcenty na kotle, saksofon gasi płomień, trąbka stylowo milczy. Coś poruszyło się w zaroślach. Cisza.



piątek, 2 lutego 2018

Ivo Perelman! The Golden Gate to Eternity!


Jeśli we współczesnym free jazzie szukać mielibyśmy muzyka najbardziej pracowitego, wytrwałego, stale i pieczołowicie rozwijającego kompetencje improwizatora i dążącego konsekwentnie do celu, jakim jest znaczące zaistnienie w historii gatunku, to na miano takiego niestrudzonego wędrowca (Margin Walker!) najdobitniej zasługuje brazylijski saksofonista Ivo Perelman.

Rezydujący w Nowym Jorku muzyk od lat nagrywa, koncertuje i bywa zauważanym w gęstej pajęczynie bardzo dobrych muzyków jazzowych. Na tych łamach nie sięgaliśmy zbyt często po jego nagrania, bodaj tylko CD Soul, nagrany w kwartecie dwa lata temu, doczekał się kilku ciepłych słów.

Redakcja Trybuny ma wszakże wrażenie, że rok ubiegły wiele zmienił w dotychczasowej, powszechnej percepcji twórczości Perelmana. To niebywałe, ale muzyk w samej tylko stajni Leo Records wydał w roku 2017 aż 13 płyt. Fakt ten nie byłby może aż tak wyjątkowy, gdyby nie jakość nagrań zawartych przynajmniej na części z nich oraz poziom kunsztu improwizatorskiego, jaki stał się udziałem muzyka.

Leo Feigin zaordynował dla wszystkich tych wydawnictw złotą czcionkę, zarówno dla tytułów samych płyt, jak i personaliów muzyka. To chyba dobry pomysł. Rodzaj Złotej Bramy do krainy wiecznej, muzycznej nobilitacji.

Za moment nad dwiema pozycjami z tego bogatego zestawu, w ocenie redakcji, krytycznie doskonałymi (z udziałem Nate’a Wooleya!), zdecydowanie nadstawimy ucha, a pozostałe wylistujemy. A zatem najpierw Kamień Filozoficzny, a zaraz potem Octagon!

Dodajmy dla porządku, iż wszystkie nagrania, o których dziś wspominamy, powstały w okresie maj-czerwiec 2017 roku na Brooklynie, w studiu Parkwest (poza jednym wyjątkiem, zresztą informuje o tym sam tytuł).




Ivo Perelman/ Matthew Shipp/ Nate Wooley ‎ Philosopher's Stone

49:34, 10 improwizacji, all music by the musicians - saksofon tenorowy, fortepian i trąbka. Potencjometry ustawione, możemy startować!

Part 1.  Muzycy w ciągłym zwarciu. Wet za wet. Piano w roli stabilizatora, katalizatora, odpowietrznika. Czuwa nad dynamiką, tonacją, kreśli ramy. Sprawia, że szaleństwa, jakie rodzą się w tubach dęciaków, mają choć drobny kontakt z podłożem. Part 2. Tenor, który skowycze, trąbka, która szura i szumi, niczym zdezelowany klimatyzator, no i znów piano, jak cerber, pilnuje ładu i porządku, dające przyzwolenie (przy bardzo ograniczonych środkach wyrazu – Shipp minimalista? Niebywałe! – konstatuje po raz pierwszy dziś zachwycony recenzent). Tenor Ivo od startu brzmi zaskakująco, raz przypomina niski sopran, innym razem potrafi być rumiany, jak zdrowy alt. Narracja, która dostojnie kroczy, co chwila stawiając na sztorc emocje słuchacza krwistymi dialogami dęciaków. Tu, z lekką przewagą w półdystansie Wooleya (co, za sonore!). Dramaturgiczna równowaga wszakże trwa (Shipp!). Part 3. Rytm improwizacji bije sercem wewnętrznym, jest jednak permanentnie dewastowany wyobraźnią saksofonu i trąbki. Struktura narracji pęcznieje i ugina się pod ciężarem dialogu. Imitacja, która zdaje się być wyniesiona do rangi sztuki (telepatia, czy notatki przedprodukcyjne? – pyta dociekliwy recenzent). Taniec na linii, determinacja, skupienie, geniusz pojedynczych dźwięków. Piano gra krótkie interwały, stawia stemple, komentuje, dopowiada. Jego służebna postawa też winna budzić nasz podziw. Part 4. Upiorna ballada dla cierpiących inaczej. Free improv wg scenariusza? Albo metafizyka! Part 5. Narracja postawiona na ostrzu noża. Ciało w ciało. Trzy głowy, jedna hydra! Diabelska czołobitność. Korpulentna piękność. Krok w krok, przy akompaniamencie mistrza ceremonii, Shippa!

Part 6. Znów muzycy brną łeb w łeb. Narracja pozbawiona incydentów solowych. Tu każdy jest bogiem, a wokół panuje patriarchalne równouprawnienie. Shipp w roli drummera? Wszystko mu się dziś udaje! Eskalacja goni eskalację, choć samo tempo improwizacji jest umiarkowanie marszowe (Matthew, jak Ty panujesz nad swoimi emocjami! – recenzent w akcie personifikowania swojego zachwytu). Na tle powszechnego geniuszu Wooleya, mistrz ciężkiej pracy organicznej – Perelman – stawia równie dobitne stemple doskonałości! Znów jego tenor idzie w podniebny rejestr i ryje beret całej armii recenzentów, którzy milkną w obliczu pytania retorycznego (czy na takim typie saksofonu można dobywać aż tak wysokie dźwięki?). Part 7. Albert Ayler is coming! Tłusta wariacja na temat Ghost z wyjątkowo rozszalałym pianistą. Są chwile, gdy Ivo gra więcej niż Nate, czy Matthew, ale to tylko incydenty. Shipp, pan dyrektor rozdaje cenzurki i pilnie obserwuje! Rytm, energia, raw power! W drugiej części tego odcinka prawdziwe expose pianisty. Ayler może być dumny! Wooley wpada w rynnę dronu i brzmi jak matka boska nieustającej pomocy! Perelman nie chce być gorszy! What a game, Masters! Na wybrzmieniu zachwyt nad ciszą, jak spowija klawiaturę fortepianu. Part 8. Tenor na solowym spacerze. Rzadki moment filozoficzny. Po chwili trąbka staje tuż obok, a konsekwencją kolejnej eksplozji może być jedynie obopólny orgazm. Sonore ścieka ze ścian! Nate przekracza właśnie kolejną granicę możliwości dobywania dźwięków z instrumentu blaszanego. Ivo ma podobne zamiary. Narracja płynie szerokim strumieniem, a kolana recenzenta zdają się być już zdarte do krwi, z uwagi na pozycję, w jakiej słucha tej płyty. Oba dęciaki znów grają tym samym dźwiękiem, wchodzą w siebie, jak w masło (ach, ten Bertolucci!). Finał najdłuższego utworu płyty wieńczy kolejna erupcja geniuszu trębacza. Part 9. Odrobina Aylera, w ramach repryzy Siódemki. Trochę przekomarzania, dość dynamicznego, jak na ten krążek. Piano in Rhythm and Sound! Melodyka siłą improwizacji? Szczypta patosu zamiast odpowiedzi. Ale ta improwizacja może sobie pozwolić nawet na to. Part 10. Tenor introdukuje samotnie. Higher than high! Trąbka wchodzi dopiero w trzeciej minucie tej niebywałej kody. Ballada pełna nostalgii, na życie i na śmierć! Ivo i Nate imitują się jak dwa kopulujące czmiele w locie symultanicznym. Brawo! A Shipp nie ma odwagi, by uderzyć w jakikolwiek klawisz. Milczy i słucha. Ostatnie dźwięki ociekają krwią sonorystyki i pokrętnie zaszytej w niej melodii. Wonderful!

What a fuck! – krzyczy recenzent w języku Szekspira, uświadamiając sobie, że być może najlepsza płyta, jaką słuchał w trakcie ostatnich nastu miesięcy, w ogóle nie trafiła na jego prywatny, coroczny top!




Ivo Perelman/ Nate Wooley/ Brandon Lopez/ Gerald Cleaver ‎ Octagon

49:16, 8 improwizacji, all music by the musicians – saksofon tenorowy, trąbka, kontrabas, perkusja. Czas start!

Part 1. Kontrabas stawia słupy graniczne (cóż za brzmienie!), tenor startuje z poziomu trzeciego piętra. Taka oto duetowa introdukcja Octagona. Smyk na strunach sprawia, że także lot Lopeza może być odpowiednio wysoki. Melodia wije się po dyszach, pląta wokół strun. Bez galopady, jakże dostojnym krokiem. Part 2. Tym razem słowo wstępne jest udziałem wyłącznie kontrabasisty, dodatkowo nucącego pod nosem sprośne melodyjki. Saksofon po paru chwilach dołącza, refleksyjnie plamiąc przestrzeń foniczną. Drummer pojawia się w 2 minucie. Ruszają! Tak, z taką sekcją, to można konie kraść! Po kolejnych 120 sekundach, ostre wejście notuje trębacz, dmąc w swą rurę, jak w kolejową sygnałówkę. Szorstki, bardzo zabrudzony sound. W międzyczasie sekcja rysuje coś na kształt rytmu. To marsz, noga w nogę. Być może akompaniament piana na poprzedniej płycie był nieco bardziej wyszukany – komentuje na boku recenzent. Dęciaki opowiadają na przeciwległych flankach, środkiem zaś brnie, niczym walec, rozdygotana para kontrabas – perkusja. Gęsto, ale ze świetnym brzmieniem. Na finał utworu cała narracja uroczo się gmatwa, a na dźwięki ostatnie sekcja zostaje już sama. Part 3. Intro perkusisty, tuż potem saksofon i kontrabas, a trębacz, co staje się już zasadą na tej płycie, wbiega w improwizację jako ostatni. Tempo ponownie bardzo stonowane. Historia toczy się nieśpiesznie, z dużą przestrzenią dla niuansów narracyjnych i improwizacyjnych. Tu na wszystko jest czas. Kilka uroczych, rozszarpywanych melodii, które wzajemnie się przenikają (błyskotliwy dialog Ivo i Brandona). Obok, na prawej, nieco wycofany Nate. W sumie ta ballada jakby wisiała w powietrzu, a kontakt z podłożem gwarantuje jej jedynie dobra robota Geralda na czerstwych werblach i kotłach. Ta rozmowa zdaje się nie mieć końca. Brawo! Part 4. Wspólny wstęp saksofonu i trąbki, to dramaturgicznie pewna nowość na płycie. Wooley zrywa kokon lenistwa i przystępuje do dzieła. Dialog delikatnie iskrzy, choć obu muzykom dość daleko do intensywności Kamienia Filozoficznego. Posmak melodyki Aylera, i na tym nagraniu odciska swoje piętno. Śpiew trąbki, zakręty saksofonu. Kontrabas dołącza dopiero w czwartej minucie. Wkłada do narracji spory balast niskich częstotliwości. Tuż potem rwie struny i daje doskonały podkład pod eskalację Ivo i Nate’a. Tak, to w sumie trzy popisowe ekspozycje. Emocje buzują! A drummer drąży skałę na obrzeżach bębna basowego.

Part 5. Improwizacja toczona jakby o dwa tempa szybciej. W okolicznościach Octagon, to niemal galopada! Na flankach zwinne imitacje i rekontry, w środku ogień palącej się sekcji. Ledwie 2 minutowa ekspozycja. Part 6. Wracamy do marszowego kroku. Ta akurat opowieść zdaje się być nieco bardziej konwencjonalna. Emocje stygną, melodii przybywa. Sekcja na poziomie wzroku. Jazzowy walking kontrabasu, który dynamizuje wszystko i wszystkich w pobliżu. Tenor podskakuje wysoko i daje kilka punktów dodatkowych do łącznej oceny za styl. Trąbka znów w przyczajeniu. Sekcja, nie po raz pierwszy, nie ostatni, wieńczy dzieło w samotności. Part 7. Czyżby dobre sonore?! O tak! Kontrabas ramię w ramię z trąbką, drapanki perkusjonalne, milczący saksofon (może delikatnie dyszy). Diabelski moment! Nate, jak cudownie, że się przebudziłeś! – mruczy pod nosem recenzent. Ivo wchodzi do gry po 90 sekundach. Melodyzuje porządkująco i trzyma fasadę narracji. Dużo energii i emocji. Dziki nerw kontrabasu. Whaw! To drummer napędza jednak ten dyliżans! W 6 minucie saksofon idzie ku górze i zdaje się być zwycięzcą tej eskalacji. Sekcja łapie synkopę i nie jest to łatwy moment tej opowieści. Tak dla improwizatora, jak i słuchacza, który chce przebywać z dala od oczywistości jazzowych rozwiązań. Od 9 minuty sekcja zostaje sama na scenie i przez pięć minut rzeźbi finał. Milczenie dętych, to chyba najlepszy komentarz. Part 8. Krótki, 150 sekundowy finał. Saksofon i smyczek na kontrabasie. Skowycząco, wyzywająco, trochę też sentymentalnie, ale w poprzek prostych skojarzeń. Na koniec zatem, tak jak na początku, tylko skromny duet, w ekspozycji, która jednak znacząco punktuje, zwłaszcza na tle wielominutowych męczarni sekcji w poprzednim odcinku. Final zastaje nas w lekkim niedosycie wrażeń.


****

W ramach suplementu, uzupełnijmy ofertę handlową Leo Records w zakresie płyt z wizerunkiem Ivo Perelmana, datowanych na złoty rok 2017.

Pośród kilkunastu płyt, o których wspominaliśmy w preambule tej powieści, największy poklask zyskało chyba duetowe wydawnictwo Live In Brussels. Podwójny dysk koncertowy popełniony przez saksofonistę w towarzystwie – co nie zaskakuje – Matthewa Shippa. Horda pismaków z całego światła maksymalnie ogwiazdkowała ten krążek, po czasie umieszczając go także na wielu listach najlepszych płyt roku. Ciało redakcyjne Trybuny nie podziela jednak entuzjazmu tłumu, zwłaszcza, gdy brukselski koncert skonfrontuje z płytami, na które wylał się przed momentem wartki strumień entuzjazmu Pana Redaktora.




90 minutowy koncert duetu, składający się z trzech setów i skromnego encore, oczywiście jest dobrą, a nawet bardzo dobrą płytą. Forma i dyspozycja dnia Perelmana nie budzi zastrzeżeń, Shipp gra swoje (czyli dużo), a narracja toczy się zwinnie i bezkonfliktowo. O, właśnie – bezkonfliktowo… Ta para muzyków zna się tak dobrze (patrz także niżej), że doprawdy nie jest w stanie czymkolwiek się zaskoczyć. Ta para muzyków potrzebuje krnąbrnego punktu odniesienia, osoby, która zasieje ferment i skłoni ich do większej kreatywności. Na Kamieniu Filozoficznym doskonale z tej roli wywiązał się Nate Wooley. Tu, w ramach duetu, na scenie L'Archiduc w stolicy Belgii, powodów do ekscytacji jest jakby mniej. Improwizacja prawdziwie iskrzy dla recenzenta dopiero pod koniec płyty, gdy dobrze rozgrzani muzycy potrafią wejść w ciekawsze i mniej przewidywalne interakcje. Tenor Perelmana zmysłowo szybuje ku niebu, zrywa pajęczyny na suficie, tworzy niebywałe ekspozycje. Reakcją Shippa są na ogół bardziej dynamiczne uderzenia w klawiaturę. Stać go na dużo więcej. Pierwsza z dziś omawianych płyt dowiodła tego w dwójnasób.

Na sam już finał dzisiejszej opowieści lista pozostałych złotych płyt Ivo Perelmana, wydanych w roku ubiegłym dla Leo Feigina. Redakcja jeszcze się nad nimi nie pochyliła, jakkolwiek całkiem możliwe, iż nastąpi to w pewnej perspektywie czasowej.

Ivo Perelman/ Matthew Shipp/ Joe Hertenstein (perkusja)  Scalene 

Ivo Perelman/ Matthew Shipp/ William Parker (kontrabas)/ Bobby Kapp (perkusja) ‎ Heptagon

Ivo Perelman/ Matthew Shipp/ Jeff Cosgrove (perkusja) ‎ Live In Baltimore


I to nie jest koniec! Uzupełnieniem powyższej kolekcji nagrań jest … 7 płyt wydanych jako seria The Art Of Perelman-Shipp. Duety, tria i kwartety. Po pełną listę tytułów wysyłam na www.discos.com. Miłej lektury!


Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań.