piątek, 28 lipca 2017

Tin! Fell! Four Quartets! Fjordgata! – Impromptu CONFRONTations, the first attempt to enter the topic! *)


Założona przez wybitnego brytyjskiego wiolonczelistę Marka Wastella, cdr-owa inicjatywa wydawnicza Confront, obchodziła w roku ubiegłym swoje dwudzieste urodziny!

Na Trybunie nie odnotowaliśmy tego faktu, co z pewnością jest błędem, tym z gatunku kardynalnych. Dziś zatem w ramach zadośćuczynienia, krótki przegląd nowych i stosunkowo nowych płyt, wydanych przez Marka. Wszystkie one są na tyle frapujące, iż stanowić powinny istotną zachętę do zagłębienia się w całości, liczącego już sto pozycji, katalogu Confront.

Szare pudełka, wyposażone jedynie w dwie naklejki – okrągłą na froncie, z nazwą podmiotu wykonawczego i tytułem płyty, prostokątną na odwrocie, ze stosunkowo skąpymi danymi dotyczącymi nagrania. Myślę, że każdy poważny wielbiciel muzyki improwizowanej choć raz trafił na takie cudo edytorskie.




Uncanny Valley/ Dolina Niesamowitości

Naszą krótką wizytę w katalogu Confront zaczynamy od dokładnego zlustrowania bardzo świeżego wydawnictwa Uncanny Valley. Za muzykę na nim zamieszczoną odpowiada trzech Panów w bardzo różnym wieku, wszakże bardzo wysoko cenionych na europejskiej scenie muzyki improwizowanej – Roger Turner na perkusji i perkusjonaliach, Dominic Lash na kontrabasie i Axel Dörner na trąbce. Na potrzeby tego trzyosobowego muzykowania, muzycy przyjęli nazwę własną Tin.

Na płycie zebrano sześć fragmentów z trzech spotkań muzycznych, poczynionych w trzech różnych miejscach, w drugiej połowie kwietnia 2015r. (Cafe Oto - Londyn, Portland Works - Sheffield, St James' Church – Midhopestones). Dodajmy, że dwa najdłuższe fragmenty powstały w pierwszym z przywołanych wyżej miejsc. Prześledźmy zatem przebieg wydarzeń na krążku.

Pierwszy. Charakterystyka zachowań instrumentalnych na wejściu: trąbka szumiąco-sycząca, na sporym pogłosie, w typowej dla Axela sonorystycznej estetyce, intensywnie zawłaszczająca przestrzeń akustyczną spektaklu, kontrabas drżący, złowieszczo dygoczący, perkusjonalia w ciągłym ruchu, zwinne kociska w stanie permanentnego polerowania przykurzonych talerzy. W akustycznym centrum dowodzenia usadowiony jest kontrabas, który mimo sporej masy własnej, potrafi intrygująco szybować. Drugi. Muzyczne skupienie, dbałość o detale brzmieniowe. Pierwszy komentarz recenzenta: każdy czyni tu wiele dobrego, ale póki co, doświadczamy raczej trzech separatywnych ośrodków dźwiękowych. Narracja jest umiarkowanie powolna, ale gęsta w wydarzenia. Sekcja rytmiczna (jeśli w takim trio można posiłkować się tym sloganem recenzenckim) szoruje, trze, jątrzy i pomrukuje, trąbka zaś komentuje przebiegle. Lash lubi pojęczeć na smyku, Turner wciąż jest nadaktywny, choć z tej trójki wydaje dźwięki najbardziej delikatne (jeśli cokolwiek jest tu delikatne). Innymi słowy – silnie wyspecjalizowana, bardzo wytrawna sonorystyka, o nieco post-elektronicznej poświacie. Improwizacja pod koniec tej części wizyty w Cafe Oto, intrygująco zazębia się, zmyślnie trybi, łechtając receptory słuchu niecierpliwego recenzenta. Drugi komentarz tego ostatniego: jeśli perkusja i kontrabas bezdyskusyjnie zachwycają, to trąbka jest nieco separatywna w działaniu i przewidywalna. Trzeci. Od startu – wysoko, jękliwie i piskliwie. Powykręcane, ptasie unisono. Sekcja rwie trzewia słuchaczy, trąbka dmie i szumi. Jakby na przekór ambiwalencjom recenzenta, Axel na moment łapie megakreację i brzmi, jakby był dużą maszyną tkacką (piękne!). Wybrzmienie tego dość krótkiego interwału, zdobi kapitalnym soundem, dobrze rozgrzany kontrabas. Czwarty. Muzycy odrobinę się imitują, każdy chce brzmieć, jak jego partner. Trąbka przypomina sygnałówkę. Narracja jest rwana, nerwowa, ale pełna ciekawych tropów. Muzycy doskonale się słuchają i spontanicznie reagują. Piąty. Druga wizyta w Cafe Oto, czyli będzie się działo! Zaczyna Turner upiornym swingowaniem (szaleniec!). Lash dmie i pojękuje. Dörner płynie wysoko i nie zaskakuje. Dynamizacji tego fragmentu towarzyszy mocny, kontrabasowy walking, który potwierdza konwencję zaproponowaną na wstępie przez perkusistę. Po chwili eskalacja ciekawie rozwarstwia się, czemu towarzyszą mikrosonorytyczne incydenty (Lash ponownie szczytuje, świetnie imitując się z Dörnerem!). Tuż potem smakowite, brzmieniowo perfekcyjne, kanciaste mikrosolo kontrabasu stawia recenzenta do pionu. Znów zwinna eskalacja – muzycy pędzą po złote runo (Lash i Turner na pewno)! Trąbka przypomina wentylator zmienno-cieplny, co zwinnie komentuje szalejący strunowiec. W odpowiedzi tej pierwszej – potok szumu, który nie kreuje ciekawszej sytuacji dramaturgicznej. Szósty. Prenatalne stadium search and reflect: zgrzyty, prychanie i szumy. Udany poziom interakcji wzmaga entuzjazm recenzenta. Trąbka przypomina czajnik z zepsutym gwizdkiem. Kontrabas chyli nam nieba (Lash! Król polowania!), wzbudza wspomnienia z zapomnianej krypty, pełnej umarlaków w stanie wstępnego rozkładu. Akcesoria perkusjonalne też potrafią szumieć. Talerze aż lśnią w blasku wschodzącego słońca.




Le Bruit De La Musique/ Dźwięki Muzyki

Kontrabas solo! Zatem czeka nas akustyczna uczta z delikatną, zapewne, dominacją niskich częstotliwości. W rolę głównego aktora wciela się doskonały brytyjski improwizator, a może przede wszystkim kompozytor, Simon H. Fell. Płyta Le Bruit De La Musique dokumentuje jego solowy występ na festiwalu o takiej właśnie nazwie, który odbył się w jednym z francuskich kościołów w sierpniu 2015r. Zapis koncertu stanowi jeden trak, który potrwa niewiele ponad 37 minut. Nosi on tytuł Berthold Lubetkin i został określony na okładce płyty mianem kompozycji.

Rzecz dzieje się w obiekcie sakralnym, zapewne sporych rozmiarów, zatem dwie kwestie mamy od razu rozstrzygnięte – muzyka docierać do nas będzie na dużym pogłosie, a walory akustyczne nagrania okażą się z pewnością ponadnormatywne.

Na początek spokojne, wyważone pasaże dźwiękowe, generowane z istotnym udziałem smyczka. Struny zdają się być ołowiane, zdolne otwierać nawet zaschnięte wieka trumien. Narracja biegnie od punktu a do punktu b, po drodze bardzo często zmieniając kierunek i intensywność. Sporo dzieje się na gryfie, a fakt, iż muzyka jest w jakimś stopniu skomponowana, w ogóle nie przeszkadza pojawianiu się drobnych incydentów sonorystycznych. Jeśli ta muzyka, pozbawiona prostych rozwiązań, rzeczywiście płynie z pięciolinii, to ta ostatnia najpewniej upstrzona jest podejrzanymi znakami diakrytycznymi.

Simon zdaje się zmienić techniki artykulacyjne, niczym iluzjonista rękawiczki w trakcie dramatycznego spektaklu rozcinania dziewicy na dwie połowy. Gdy cichnie i zwalnia, tworzy miliony mikrozdarzeń akustycznych na pograniczu ciszy. Jego smyczek zdaje się być narzędziem doskonałym w obcowaniu z ogromnym gryfem instrumentu. Choć Simon zwykle ceni sobie w muzyce formę i strukturę, stać go na prawdziwie improwizatorskie szaleństwo wykonawcze. I jest w tym doprawdy znakomity! Około 15 minut, topiąc swoją narrację w elektroakustycznym sosie (choć bez prądu!), kontrabasista decyduje się na drobne wyładowania atmosferyczne – grzmi i dudni, łomoce i szeleści, niczym groźny wicher. A po ciszy… znów burza! Swoisty, gatunkowy melting pot, tak dramaturgicznie, jak i brzmieniowo. Nie brakuje też ostrych, wręcz agresywnych pasaży, prawdziwie piekielnych mikroeskalacji (mimo bytności w kościele!). Muzyk nie ma też najmniejszych problemów, być stawać się na moment ckliwym i romantycznym Romeo, który śpiewa Julii pod balkonem intymne, choć sprośne serenady (okolice 25 minuty). Zaraz potem, jakby stawiał stopę po drugiej stronie mocy – robi się tajemniczy, nieprzenikniony, przystrojony muzycznie na dawną modłę. Finalne minuty prą ku zdeterminowanej sonorystycznie, fizycznej walce z materią strun i ich odpornością na ścieranie. Doskonała płyta!




Four Quartets/ Cztery Kwartety

Teraz kwartet! Tytuł płyty sugeruje aż cztery kwartety, ale ów liczebnik ma chyba jedynie wymiar metaforyczny. Zdecydowanie bowiem zagra jeden kwartet, jakkolwiek - cztery razy, bo tyle będzie odcinków muzycznych. Kwartet nie byle jaki! Trzech młodych, brytyjskich aspirantów sceny improwizowanej w kooperacji z gigantem tejże sceny, który niewątpliwie mógłby być już ich dziadkiem. A zatem: Tom Jackson na klarnecie i klarnecie basowym, Ashley John Long na kontrabasie (także preparowanym), Benedict Taylor na altówce, no i on sam – Keith Tippett na fortepianie, blokach drewna, marakasach i muzycznej skrzynce (cytuję za okładką). Nagranie studyjne z lipca 2014 roku. Jak wspomniałem, cztery odcinki z tytułami, łącznie ponad 72 minuty muzyki. Płyta – to już też powiedziałem – nazywa się Four Quartets.

W odpowiedzi na odpalenie krążka, otrzymujemy dalece współczesną kameralistykę, istotnie rozwichrzoną soczystymi improwizacjami, tak w ujęciu kolektywnym, jak i całkowicie indywidualnym. Nie brakuje tu sonorystyki, subtelnych i skupionych preparacji, ale także ognistych erupcji niepohamowanych emocji, w czym prym wiedzie głównie … nasz weteran! Zadziorna i nieustannie szukająca dziury w całym altówka, jakże konkretny i twardy kontrabas, pozostający w stanie ciągłego komentowania klarnet i man of the match – człowiek orkiestra, maszyna perkusyjna, rytmiczne piano, konwulsyjnie ścierające się z materią dźwiękową na wielu płaszczyzna narracji – a wszystko to w jednych dłoniach, tudzież także nogach. Recenzent nie podejmie się odgadnięcia, jaki jest w tych blokach skalnych muzyki udział czystej improwizacji, a ile pędzi zmyślnie wprost z pięciolinii.

Long i Taylor zdają się być w ciągłej gotowości do improwizacyjnych ekscesów. Jackson raczej przyczajony, nieco ilustracyjny, lubi bawić w lokalnej filharmonii. Tippett czuwa, dopowiada, kontrapunktuje, stymuluje i dynamizuje ów potok dźwiękowy. Częściej jest bowiem perkusistą niż pianistą, jakkolwiek na ogół pełni obie role jednocześnie. Fragmenty dynamiczne przeplatają dostojne pasaże dla wytchnienia. Dwie części płyty są dość krótkie (tu odpoczywamy), dwie pozostałe, to wielominutowe epopeje z milionami zwrotów dramaturgicznych i tysiącami pomysłów na rozwój sytuacji improwizacyjnych. W trakcie trzeciego odcinka (po 10 minucie) wszyscy muzycy eskalują na potęgę i zdają się mieć orgazm dokładnie w tym samym momencie! Skutkiem konwulsyjna, prawdziwie kolektywna, uwolniona improwizacja. To bez dwóch zdań moment kluczowy tej długiej, ale nie za długiej płyty. Ostatni fragment początkowo jest dość nostalgiczny i równie niespodziewany, jak deszcze za kołem podbiegunowym. Ale to jedynie pozór - kompetencje muzyków lśnią już tak wyjątkowo i tak daleko od pięciolinii, że skutkiem tego może być już tylko absolutnie finalna eskalacja! Powerfull!




Fjordgata

Na deser niezwykły smakołyk – John Butcher! Koncert poczyniony na Festiwalu Jazzowym w Trondheim w maju 2015 roku, w towarzystwie młodego, norweskiego kontrabasisty Michaela Ducha. Mistrz zagra, jak zwykle, na saksofonie tenorowym i sopranowym. Koncert w formie jednego traka (45 min.) trafia do nas pod dość tajemniczym tytułem Fjordgata (translator internetowy nie radzi sobie z tłumaczeniem, jedynie sugeruje, iż słowo to pochodzi z języka norweskiego, ale to wiemy i bez niego).

Początkowo muzycy suną nieco imitacyjnymi pasażami, w ramach wzajemnego rozpoznawania się i wstępnego macania (niechybnie grają ze sobą po raz pierwszy, czyli … Derek Bailey już ostrzy sobie pazurki na krwiste free improv). Tenor zaczyna dość wysoko, mając do pomocy kontrabas, całkowicie zgodny z nim w zakresie stroju. Ten drugi jednak w mgnieniu oka schodzi niżej i jurnym smykiem żłobi bruzdy w podłodze. Duże skupienie, silna atencja po obu stronach. Nie brakuje molekularnych, urywanych fraz i prób komunikacji na zasadzie call & response. Muzycy kreują rzeczywistość dźwiękową, przypominającą ideę improwizowania stosowaną przez Johna Stevensa i Trevora Wattsa (Flower). Grają naprzemiennie, aż do momentu uzyskania pełnej synergii. Ci tutaj, 40 lat później, po osiągnięciu owej synergii, grają jednak dalej. Gdy Butcher sięga po sopran, kontrabas też wchodzi w wyższy rejestr i wspólnie plotą odrobinę oniryczny, lekko transowy pasaż (jakież to smakowite!). Kontrabas konkluduje ten moment zwinnie modulowanym zjazdem ku niskim częstotliwościom. Sopran w odpowiedzi kwili jak pisklę, które właśnie wypadło z gniazda. I znów kreatywna interakcja jest siłą tego duetu. W połowie koncertu kontrabas gra ponownie wysoko i nawet przypomina wiolonczelę, do czego, bez słowa sprzeciwu, dostosowuje się saksofon. Muzycy dudnią i skowyczą jak bracia syjamscy. Gdy Butcher powraca do tenoru, Duch boleśnie dygocze. Po 30 minucie w tej wysokogatunkowej narracji dominują przedęcia energetyczne saksofonu, komentowane mikrotarciami na gryfie strunowca. Prawdziwa bestia, prawdziwa piękna. Po chwili, oboje rozkwitają jak kaczeńce na zroszonej łące. Finał koncertu zdaje się być nieco celtycki w brzmieniu, zrównoważony i skupiony. Na prychanie Johna odpowiada Michael i snuje symfonię dźwięków z górnej części gryfu. Imitacja na koniec, niczym restart początku. Delicious!


Specjalne podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań!

*) ang. Konfrontacje improwizowane, pierwsza próba wejścia w temat

wtorek, 25 lipca 2017

Bogusz Rupniewski – Muzyka podwójna, czyli jednak Małgorzata i Michał


Pierwsze ślady obecności Bogusza Rupniewskiego w podpoznańskich Wirach datują się bodaj na rok 2014. Zapewne był to przełom stycznia i lutego tego zacnego roku. Wtedy to właśnie w jednym z odtwarzaczy plików muzycznych pojawiała się tajemnicza płyta. Nosiła zaskakujący tytuł (Ostre Noże), a firmowała ją formacja, której nazwa była kosmicznie precyzyjna – Dźwięk-Bud. Połowę kwartetu o takiej właśnie nazwie stanowił … Bogusz Rupniewski. Grał na wiolonczeli i skrzypcach. Jednocześnie. Incydentalnie jedna z jego półkul mózgowych sięgała także po klarnet, duduk, czy kalembę. Taki to zmyślny muzyk.

Akustyczna muzyka improwizowana, nagrana terenowo na targowisku na łódzkich Bałutach, obok filigranowej i wyjątkowo sprytnej muzyki, zawierała także frapujący materiał werbalny, generowany przez tamtejszych kupców. Zachwyt Pana Redaktora okazał się był wyjątkowy i niejednorazowy.

Na ponowne spotkanie z choćby częścią Bogusza Rupniewskiego przyszło jednak czekać ponad trzy lata. W czerwcu br. w poznańskim Centrum Amarant zagrał trzyosobowy tym razem Dźwięk-Bud, a zatem Suavas Lewy (perkusja, elektronika, przedmioty dziwne, nadające się do kompulsywnego stukania i tarcia), połowa … Bogusza Rupniewskiego, czyli Michał Rupniewski (skrzypce, klarnet) i Paweł Sokołowski (saksofon mały i saksofon duży). Koncert był doprawdy zjawiskowy, a brak jakiejkolwiek relacji na tych łamach przypisać można jedynie lenistwu Pana Redaktora. Improwizacje trójki muzyków można podsumować trzema epitetami – ulotność, nietrywialność i przyjemność. Po obu stronach sceny, dodajmy. I to niesamowite wrażenie, gdy muzycy usiedli do stołu i niemal rodzinnie, całkowicie prywatnie improwizowali. Aż chciało się wstać, podejść do nich i przyłączyć się do procesu wydawania dźwięków (choćby szklanką z piwem). Ekscytujące!

Tuż po koncercie, słowo do słowa, a w rękach recenzenta wylądował krążek firmowany przez Bogusza Rupniewskiego! I to on stanowi zasadniczą zawartość naszej dzisiejszej lekcji!




Czas i miejsca zdarzenia: kiedyś w trakcie roku 2015, studia własne oficyny Nasze Nagrania (zapewne Łódź).

Ludzie i przedmioty: Małgorzata Bogusz - Cyganowska – wiolonczela, Michał Rupniewski – skrzypce.

Co gramy: muzyka improwizowana, lubiąca cytaty, także z klasyki.

Efekt finalny: dziewięć fragmentów opatrzonych tytułami, udostępnia od końca roku ubiegłego wydawnictwo Nasze Nagrania, związane personalnie i artystycznie z łódzką sceną prywatnych działań twórczych *). Tytuł płyty, to Zweiheitsmusik. Tytułem wykonawczym jest – co oczywiste – Bogusz Rupniewski!

Wrażenia subiektywne/ przebieg wydarzeń:

Przejazd. Upalony, zabrudzony gotyk wymieszany z barokiem. Strunowce płyną i czerpią energię z chmur. Bogactwo niuansów. Rozgrzane smyki orają gryfy wyuzdanym szelestem. Skrzypce iskrzą, wiolonczela dygocze.

1. Sonorystyczne mięso po raz pierwszy! Eksplozja wyobraźni skrzypka (jego instrument potrafi wydawać nawet dęte dźwięki!) w opozycji do perkusyjnych zachowań wiolonczelistki. Dynamika i ekspresja w służbie brutalnego i pięknego sonoryzmu. Szaleńczy bieg po złote runo. Wiolonczela płynie nisko i długimi, lekko zmutowanymi pasażami zdziera lakier z parkietu. Nazwa podmiotu wykonawczego szczytuje swą adekwatnością – to doprawdy jedno muzyczne ciało! Wiolonczela potrafi być groźna na rockowy sposób, skrzypce dla odmiany - ckliwe i romantyczne. Muzycy zdolni są zmieniać swe role raz na kilka sekund. Tryby i kierunki tej wybuchowej improwizacji pozostają w stanie permanentnej zmiany.

Pasakal ia. Ubrudzony skowyt wyrwany z partytury Bacha, w momencie nieuwagi mistrza. Strings Go to Heaven! Wiolonczela drży, pulsuje, imituje. Skrzypce krzyczą wyjątkowo pięknym tembrem, łamanym zrywaniem strun i żylastym brudzeniem narracji. Prawdziwa artystyczna anarchia drzemie w tych muzykach – każdy czysty dźwięk komentują rysą, zadrapaniem lub istotną modulacją dźwięku! (Od redakcji: recenzent wije się zachwytu i nie jest w stanie notować w swoim kajecie).
           
Wiązowa. Muzyka konkretna, która niespodziewane wpadła w sidła pełnowymiarowego sonore. Skrzypce stukają, ich struny siłują się ze sobą (rozszerzone techniki artykulacyjne! – podpowiada przemądrzały recenzent). Otwór gębowy czyni tu powinności dodatkowego pudła rezonansowego. Wiolonczela rzeźbi smykowe pasaże znów brudnym, niskim soundem.
           
Zweiheitsmusik. Wiolonczelistka zgrabnie palcuje na gryfie, jakby miała w rękach kontrabas. Skrzypce wyją w poszukiwaniu nowej gramatyki strunowych eskalacji. Muzycy brną pozornie ślamazarnymi ruchami, ale w ułamek sekundy potrafią przyjąć samoeskalujący się krok taneczny! Za moment znów stają w miejscu i pytają o drogę. Kolejne bardziej dynamiczne wydarzenia akustyczne kąsają urodą, godną całej historii prostych instrumentów strunowych. Improwizacyjne, akustyczne szaleństwo, które nie obawia się folkowych naleciałości. Swarne skrzypeczki i zaskakująca powagą wiolonczela!
           
2. Znów tytuł cyfrowy, zatem gubimy melodykę, odstawiamy rytm na boczny tor i szukamy nowych dźwięków. Zdzieramy struny, rozwiercamy przestrzeń spektaklu wkrętami wielkości bomby atomowej. Zadziory, eskalacje, wulgarnie piękne dźwięki, krew, pot i łzy. Tempo majestatyczne, muzyka toczy się jak walec, dygocze i szeleści . Skrzypce eksplodują! (orgazm recenzenta! … brak bliższych szczegółów).
           
Grembach. Suche dźwięki, zastygły pot. Muzycy bez trudu osiągają wyższy poziom głośności (zdają się być odrobinę agresywni). Płyną imitacyjnie w wysokim rejestrze. Aż do utraty tchu! Tanecznie, melodycznie, trochę groteskowo (wszak możemy tu zagrać każdy dźwięk!). Ze skrzypiec znów kapie góralskim zaśpiewem. Z wiolonczeli podobnie.
           
O Presviataya Mariye Devitse. Czas wytchnienia smakuje delikatnie przypalaną muzyką dawną. Pachnie przaśnym średniowieczem – melodia z chorału, sążnisty rytm i lekkie zadziory mutowanymi dźwiękami. Programowe brudzenie, fermentowanie przebiegu narracji. Ten ciężki poród ma swój ciąg dalszy – wykluwa się z niego podwójny potok czystych, dziewiczo nieskalanych myślami zdrożnymi, wolnych strunowców. Piekielnie boska modlitwa nad dogasającym pogorzeliskiem świata. Prześwięta Maria Dziewica krwawi – wersja dla odszczepieńców gatunkowych.

Sen. W tej sytuacji dramaturgicznej, finałowa pieśń nie może nie mieć takiego tytułu. Kameralistyka w domu z wampirami. Krypty, zaciemnione, niedoświetlone. Akustyczna post-meta-elektronika bez grama prądu. Oniryczny flow, która zmusza do snu, którego z pewnością nie spuentuje słoneczny poranek. Tu piękno jest zakazane! Duch smykowego Spontaneous Music Ensemble (Coombes and Wood!) dopada recenzenta. Finalna eskalacja smakuje, nie tylko dlatego, wyjątkowo i niepowtarzalnie.





*) Określenie własne autora, jakkolwiek o tych działaniach warto kiedyś napisać słów parę.
**) Dokument fotograficzny z koncertu Dźwięk-Bud, Poznań, Amarant, 28 czerwca br.




piątek, 21 lipca 2017

Zerang! Mełech! Wójciński! – improwizacje różane, wytrawne, długo leżakowane, czyli krótka lekcja numerologii


Czas i miejsce zdarzenia: 3 grudnia 2010 roku, Poznań, studio Alberta Hofmanna.

Ludzie i przedmioty: Michael Zerang – perkusja, Piotr Mełech – klarnet basowy i klarnet, Ksawery Wójciński – kontrabas.

Co gramy: muzyka swobodnie improwizowana, wszakże wg opisu na okładce all tracks composed by the musicians, zatem być może mamy tu do czynienia z klasycznym przypadkiem muzyki skomponowanej w drodze improwizacji (pozdrowienia dla Evana Parkera).

Efekt finalny: siedem improwizacji (!) z tytułami obrazującymi kolejność, w jakiej powstawały, łącznie niespełna 41 minut muzyki. Na dysku od 10 lutego br. – czyli 6 lat, 2 miesiące i 7 dni od momentu nagrania - udostępnia Multikulti Project pod tytułem 261034115. Ów ciąg liczb nie kryje w sobie głębszych treści, jest jedynie wylistowaniem numerów kolejnych improwizacji, jakie zostały zamieszczone na płycie (jakkolwiek suma numerów poszczególnych improwizacji daje łącznie liczbę 41 – tyle trwa płyta!). Tytułem wykonawczym są nazwiska muzyków, wymienione w kolejności, jak dwa akapity wyżej.




Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Improwizacja druga. Po otwarciu w ogóle nie czuć naftaliną. Czysta, żywa, pachnąca, akustycznie wymuskana porcja dźwięków. Klarnet basowy, perkusja (rozstawiona wedle przykazań Zeranga) i muskularny kontrabas w pełnej gotowości – rusza zwinna narracja, trochę w klimacie call & response, dynamicznie jazzowa, estetycznie bezkompromisowa. Sekcja jest czujna, trochę nadpobudliwa, klarnet znaczy teren plamami wyrazistych dźwięków, ale nie eskaluje. Kręci się wokół z góry zadanej melodii i ma ochotę na taniec, choć nie jest jeszcze nadmiernie rozgrzany.

Improwizacja szósta. Kontrabas dostaje się pod kuratelę gorącego smyczka. Start jest gwałtowny, istotnie natarczywy. Klarnet wije się wokół własnej osi i znów macza stopy w quasi-semickiej melodyce. Trochę pyskuje, drąży trudniejsze wątki tej rozmowy, w czym wspiera go rozszalały kontrabas (Ksawery, świetna robota! – komentuje recenzent). Jego struny goreją, a intensywność przekazu z nich płynąca, każe wskazać kontrabasistę, jako tymczasowego króla polowania. Wszyscy w galopie. Klarnet na finał też zdaje się mieć kilka ważnych kwestii do wygłoszenia.

Improwizacja dziesiąta. Eksplozja sonorystyczna! Klarnet bucha, prycha i szumi, jak szyb wentylacyjny największego wieżowca świata. Struny kontrabasu jęczą przywalone ciężarem smyka! Nostalgiczny marsz niesłusznie potępionych, w melodyce wartej całkowitego zatracenia. Tembr kontrabasu zabrudzony na potęgę. Perkusja milczy. Dobrze robi.

Improwizacja trzecia. Znów spokojnie, nawet dostojnie. Drummer wraca do gry, a tam czeka na niego, gotowy na konfrontację klarnet basowy. Kontrabas nieustannie na smyku, brzmi nadal rewelacyjnie. Narracja delikatnie zawiesza się. Perkusista dla uporządkowania spraw, sprawdza stan swoich membran (jest ok!), ale nie jest nadmiernie pobudliwy. Próbę stosunkowo spokojnego wybrzmienia kontestuje klarnet, który schodzi coraz głębiej i zaczyna ryć podłogę studia (jakże upalony sound!). Krótkie, ale wytworne i zdyscyplinowane solo bębnów. W pół zdania wchodzą w jego strukturę klarnet i kontrabas, serwując pokrętną melodykę. Narracja jest płynna, często korygowana – ale dla tych muzyków to żaden problem! Na finał 9-minutowej opowieści muzycy zgrabnie ogrywają temat, którego nie było i są w tym niezwykle przekonywujący.

Improwizacja czwarta. Cisza o poranku. Klarnet basowy oddycha głęboko, kontrabas rzeźbi za progiem, perkusja stawia stemple obecności. Molekularna improwizacja. Każdy ma coś do dodania, w odpowiedzi na reakcję współpartnera. Drobinki emocji, stuk, puk, stuk, puk… Jedwabna kompozycja lepi się z tych mikroincydentów. Jakże kompatybilni zdają się być muzycy w tej właśnie chwili. Silny efekt synergii płynie im z uszu cieniutkim strumieniem.




Improwizacja jedenasta. Nigdzie się nie spieszymy! Imponujące plamy sonore. Kontrabas i perkusja trą się o siebie, szeleszczą, burczą, skwierczą i pomrukują z zadowolenia. Klarnet krąży wokół nieistniejącej melodii i zdaje się czerpać z tego kolejny kilogram przyjemności. Muzycy zagłębiają się w dźwięki. Kontrabas na smyku schodzi niżej. W pół drogi chwyta go klarnet i zaczynają wspólny taniec. Dekonstruują swoje dźwięki w locie, kleją się do siebie, tupią nogami i klaszczą w dłonie. Imitują się wzajemnie, każdy chce być tym drugim (dramatycznie wspaniały moment płyty! – krzyczy recenzent i kreśli bohomazy w swoim kajecie). Michael otwiera usta z wrażenia – jedynie, co może zrobić, to uderzać stopą w bęben basowy i odliczać kolejne interwały niebywałej eskalacji Piotra i Ksawerego!

Improwizacja piąta. Potokowa, rozgadana narracja, w tempie wszakże dalece nieśpiesznym. Szczypta często dziś stosowanego call & response. Kontrabas ma tysiące pomysłów, klarnet napoczyna wciąż nowe historie. Finał jest nagły, a cisza tuż po nim dotkliwa.


Refleksja końcowa recenzenta: każda minuta tego nagrania dowodzi, iż warto było czekać owe skromne sześć lat z okładem. Co więcej, poprosimy o dogrywkę i możliwość poznania improwizacji o numerach 1, 7, 8, 9 i od dwunastej w górę, o ile takowe istnieją.


Official audio: do odsłuchu tutaj


czwartek, 20 lipca 2017

Gonçalo Almeida & Ricardo Jacinto – The Selva and other separate stories *)


Wakacje w pełni, pogoda jak zwykle dynamiczna, przynajmniej w Europie Centralnej, czas zatem najwyższy pomyśleć o dalekich podróżach, wielkim i szalonym oceanie, tudzież plażach wielkości małym miast wojewódzkich.

Redakcja - w osobie Pana Redaktora - już prawie w samolocie do pięknej Lizbony, a w ramach umilenia oczekiwania na lot, szybki przegląd muzycznych smakołyków, rzecz jasna głównie z … Portugalii, ale ze znaczącym udziałem muzyków holenderskich, belgijskich, tudzież … włosko-belgijskich.

Zaczniemy od lizbońskiego tria Gonçalo Almeidy, doskonale nam znanego kontrabasisty portugalskiego, choć na ogół rezydenta holenderskiego (historie do przypomnienia - tu, i tui jeszcze tu). Potem poznamy zupełnie premierowy kwintet z jego udziałem, dwa kontrabasowe duety, a także jeden kwartet, tu w dwóch odsłonach. Na sam koniec opowieści dwie ciekawe pozycje z udziałem Ricardo Jacinto, portugalskiego wiolonczelisty, który tworzy wraz z Almeidą trio, wspomniane na wstępie tego akapitu. A zwie się ono malowniczo The Selva!


The Selva

Zapis studyjnej rejestracji, poczynionej w Lizbonie pod koniec ubiegłego roku i na początku bieżącego, wypełnia 47 minutowy krążek bez tytułu, który dostarcza nam Clean Feed Records. Pod nazwą płyty i jednocześnie formacji The Selva ukrywa się trójka muzyków - Gonçalo Almeida na kontrabasie, Ricardo Jacinto na wiolonczeli oraz Nuno Morão na perkusji. Dziewięć odcinków oznaczonych cyframi.




(I) Intro ma wyłącznie atrybuty perkusyjne, jakkolwiek duży w tym udział wiolonczelisty, istotnie pobudzonego od pierwszej sekundy. Perkusista płynie silnym drive’em jazzowym, kontrabas zaś w zasadzie milczy. (II) Strunowce mają wybitnie kameralny flow. Perkusja znów jest zadziorna. Pasaż wiolonczeli – dla odmiany - bardzo spokojny, wręcz dostojny, a brzmienie instrumentu wyjątkowe. (III) Pierwszy z dwóch długich, zdaje się zasadniczych fragmentów Selvy. Cisza, czynione na boku sonorystyczne szepty kontrabasu, wiolonczela szemrząca akordowo, niczym gitara. Brzmienie obu instrumentów jest barokowo bogate, ale intrygująco zabrudzone. Narracja toczy się gęstym ściegiem, przy czym wiolonczela lekko serfuje. Szybka zmiana kierunku podróży (all music by the musicians, dodaje recenzent) – kontrabas wpada w amok improwizacji, perkusja szczoteczkuje swingowo, a wiolonczela gra czyste, krystalicznie piękne pasaże w duchu kameralistyki dawnej. Ta ostatnia, mimo częstych zmian w trybie narracji, rządzi i rozdaje karty. Na finał, trwającej blisko kwadrans opowieści, strunowce snują podobne do siebie monologi wewnętrzne, a dobosz bębni wytrawnie (z kajetu recenzenta: ten ostatni, choć aktywny, na poziomie kreacji ustępuje operatorom obiektów strunowych). Smakuje delikatnym transem, mantrycznym zaśpiewem. (IV) Sonorystyczna ekwilibrystka wiolonczeli, przy wtórze energetycznej sekcji rytmicznej. (V) Jacinto, modus operandi tego tria, znów w poszukiwaniu nowych środków wyrazu. Almeida pętli się wokół pokaźnego gryfu kontrabasu, a Morão… bębni na sporym pogłosie. Akustyczne zadziory na obu zestawach strunowych. (VI) Akordy, plamy, znaki szczególne. Narracja smakuje zaangażowanym rockiem. Gatunkowy melting pot trwa w najlepsze! Z kajetu recenzenta: być może brakuje odrobiny perkusjonalii, w miejsce akcentów stricte perkusyjnych. Wiolonczela ponownie w błyskotliwym akustycznie stylu, ucieka w meta otchłań, w czeluść nieoczywistości (dodaje recenzent - poeta). Odpływa, jak statek bez portu docelowego, o kosmicznie pięknym soundzie. (VII) Drugi fragment kluczowy – zwinne palcówki na strunach, talerz i werbel w rezonansie, skupienie, oniryczne stadium zaniechania i konstruktywnej nieśpieszności (prawdziwie portugalskie … na wszystko mamy czas). Nikomu tu w głowie narowiste eskalacje, choć muzycy nie unikają drobnej dynamizacji (a może kęs sonore? pyta recenzent, bo nie wie, co dokładnie winien zanotować w swoim kajecie). Wiolonczela w mig odpowiada na potrzeby recenzenta! Kontrabas poleruje struny, a perkusja … bębni. (VIII) Strunowce dyszą, świszczą i świergolą, jakże to urocze! Piękne tańce dwóch nabrzmiałych smyków. (IX)  Dronowe pasaże silnie zabrudzonych instrumentów strunowych. Perkusja drży, rezonuje, dygocze. Moc akustycznych przesterów (najbardziej wyrazisty, po prawdzie, najlepszy moment tej bardzo dobrej płyty!). I znów pachnie wyszukaną psychodelią. Instrumentalne głosy z offu, stękanie, pomruki. Niech klimat finału tej opowieści wyznaczy jedynie słuszny kierunek muzycznego rozwoju tria The Selva!


Hightailing

Jeśli wciąż szukacie dowodów na to, że współczesna muzyka improwizowana jest ponadgatunkowym wrzącym tyglem, mam dla Was argument sto pięćdziesiąty dziewiąty. Nazywa się Bulliphant. Nie dalej jak w miniony poniedziałek, ukazała się debiutancka płyta kwintetu, który ukrywa się za tą szaloną nazwą (Bykosłoń!). Jej tytuł to Hightailing (Creative Sources, 2017), a zawiera dwanaście fragmentów, które w trakcie 41 minut udowodnią nam, że w dobrej muzyce nie ma złych pomysłów.




W okolicznościach miejsca zwanego De Singer, w miejscowości Rijkevorsel (Belgia? Holandia?) spotkało się całkiem niedawno pięciu muzyków: Bart Maris - trąbka i piccolo trąbka, Ruben Verbruggen – saksofon altowy i barytonowy, Thijs Troch – syntezator i elektronika, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Friso van Wijck – perkusja i perkusjonalia. Ważna informacja dla urzędu emigracyjnego – trzech pierwszych muzyków to Belgowie, zaś ten ostatni, to Holender.

Muzycy przytargali ze sobą taką ilość pomysłów na konstruktywne muzykowanie, że z pewnością wystarczyłoby ich na solidny dziesięciopak. Skończyło się na jednym, niedługim krążku. Jak się zatem domyślacie, intensywność przekazu wszystkich dwunastu utworów jest ponadnormatywna. Prześledźmy, cóż się działo w ich trakcie.

Na płycie mamy zarówno kilkudziesięciosekundowe etiudy i wariacje na temat w podgrupach, jak i pełnowymiarowe, eksplozywne ekspozycje dźwiękowe kwintetu, trwające na ogół od pięciu do ośmiu minut. Muzyka, choć improwizowana, była przed nagraniem z pewnością predefiniowana. Najprawdopodobniej działo się to z wykorzystaniem zeszytu nutowego. Dodajmy, iż autorem krótszych utworów jest przeważnie saksofonista, zaś za te dłuższe odpowiedzialność biorą kontrabasista, trębacz i perkusista.

Wśród krótkich form wypowiedzi odnajdujemy elementy jazzowego frazowania z twardo brzmiącą sekcją rytmiczną, tkanego także przy użyciu drobinek elektroakustycznych, zgrabne duety saksofonu i trąbki, niestroniących od wspólnych pasaży granych unisono, czy też dęte ekscesy trąbki, zapętlającej się w skwierczące zakłócenia z kabla. Natrafiamy na smakowite spotkanie mocnego kontrabasu z dzikiem saksofonem altowym, a także pełnowymiarowy, hardcore jazz-rockowy melanż pięciu ośrodków instrumentalnych.

Fragmenty dłuższe są dramaturgicznie poszarpane, kipią od interakcji i pomysłów na rozwój improwizacji. Drugi zaczyna się pasażem … kościelnych organów, co jest komentowane bez pytania tyradą free jazzowego, dętego sonoryzmu, z pokrętną, istotnie smakowitą melodyką, kojarzącą się raczej ze współczesną muzyką kameralną. Echa fenderowego post-fussion nie obce są i temu, i kilku innym fragmentom tej frapującej płyty. Szóstego otwiera modulowany dron, kreowany elektronicznie, na który powoli nakładają się mikrofale saksofonu i trąbki. Proces wyłaniania się czystych dźwięków z tego kotła piekielnego jest intrygujący! Ach, ten baryton! Kontrabas podkreśla smykiem dramatyzm sytuacji muzycznej. Narracja gęstnieje, jak ciepły budyń, a wybrzmiewa wytrawnym walkingiem Almeidy. Siódmy zaczyna się wręcz melancholijnie (trąbki ślini się do altu). Twarda jazzowa sekcja wchodzi po prawie dwóch minutach tego migdalenia i rozpoczyna się klasycznie freejazzowa, kwartetowa eskapada. Trębacz pichci wyśmienito solo, a wybrzmienie smakuje bardzo kameralistyczne. Dziewiąty dla odmiany, od pierwszego dźwięku gotuje emocje recenzenta. Nagranie jest bardzo free, ale czuje się pędzel aranżacji w tym kolektywnym zwarciu. Szukanie ciszy znów odbywa się w post-fussionowym pasażu syntezatora. Dziesiąty i jedenasty zdominowane są przez kompulsywną, agresywną elektronikę, której śmiało dotrzymują kroku żywe instrumenty. Finałowy fragment płynie wprost z serca czysto brzmiącej trąbki, która snuje opowieść puentująca tę niezwykle ciekawą płytę. Reszta instrumentów tworzy delikatne, niebanalne tło, które świetnie konweniuje z solowymi popisami trębacza (tu też czuć sznyt aranżu). Koniec płyty dopada recenzenta w stanie niedosytu. Play It Again!


8 Pictures

Czas na osiem obrazków z życia dwóch kontrabasów. Raoul van der Weide i Gonçalo Almeida ‎w roli operatorów największych instrumentów strunowych. Przy czym ten pierwszy, w istotnych dramaturgicznie momentach, będzie wspierał się wiolonczelą i manipulował obiektami różnymi. Nagranie studyjne, poczynione w 2015 roku w Rotterdamie, pierwotnie ukazało się pod tytułem Earcinema (Cylinder Recordings, 2015). Obecnie zatem mamy do czynienia z reedycją tego materiału. Płytę, która dostępna jest … jedynie w plikach, tym razem pod innym, jakże precyzyjnym tytułem 8 Pictures, dostarcza nam portugalski label Nachtstück Records (2017).




Mnogość stosowanych przez obu muzyków technik artykulacyjnych stanowić mogłaby bazę do pracy doktorskiej pracowitego muzykologa! Doskonałe brzmienie obu wioseł. Muzycy grają jakby naprzemiennie. Gdy pierwszy prowadzi jazzowy walking, drugi chwyta za smyczek i rżnie przepiękne pasaże w klimatach tak kameralnych, jak i psychodelicznych. Narracja jest niezwykle gęsta, a interakcje zadziorne. Muzycy stoją tak blisko siebie, że ich pot łączy się w jeden płyn ustrojowy (chwilami trudno zdiagnozować, który z nich wydaje, jakie dźwięki, albowiem potrafią scalać się w jeden ciąg zdarzeń akustycznych). Jeśli akurat w tym momencie nieco się popisują, to robią to z niebywałą klasą! Już od czwartego obrazka ich dźwiękowe marszruty intrygujaco się zazębiają, nie brakuje sonorystycznych incydentów, a improwizacja zdaje się być prawdziwie molekularna, szczegółowa, prowadzona w bardzo konkretnej dynamice. Dwugryfowe, kontrabasowe monstrum, podparte tylko odrobinę mniejszą wiolonczelą! Po precyzyjnym wytłumieniu, muzycy zwalniają tempo i brną w pasjonujący dialog w klimatach i estetyce muzyki dawnej. W trakcie piątego obrazka pasaż jednego strunowca wpada w sidła subtelnych akcji za progiem tego drugiego, ze znaczącymi akcentami perkusjonalnymi (z kajetu recenzenta: narracja obu muzyków jest niezwykle kompatybilna, obaj jadą środkowym pasmem i znów zlewają się w jeden potok dźwiękowy; mimo, że tworzą go głównie dwa kontrabasy, muzyka nie jest zdominowana przez niskie częstotliwości, przeciwnie – jest lekka, zwinna i przebiegła). Wciąż dominuje pewien narracyjny schemat – szybki walking vs. rozżarzony smyk na gryfie, który smaży wyraziste pasaże o niepoliczalnych połaciach piękna, z delikatnymi implikacjami w kierunku sonore. W siódmym obrazku muzycy dostarczają nam odrobinę innych dźwięków, być może będących skutkiem skromnych procesów amplifikacyjnych, czy też użycia obiektów różnych. Strój obu instrumentów pozostaje wszakże wysoki. Finałowy obrazek (najdłuższy) zaczyna się burczeniem, tarciem i szarpaniem nieposłusznych strun. Jakże intrygująca instrumentacja! Bogactwo wyobraźni! Tysiące pomysłów na sekundę! Dwa smyki w dawnej estetyce kreślą wyjątkowe płótno prawdziwie mistrzowskim pędzlem!


Live at Atelier Tarwewijk

Kontynuujemy wątek batalii kontrabasowych! Cofamy się o dwa lata, pozostajemy wszakże w Rotterdamie. Kwiecień 2013 roku, koncert w ramach inicjatywy kulturotwórczej Halloween in the Spring, a na scenie Wilbert de Joode i Gonçalo Almeida. Zarejestrowany materiał po roku udostępniony zostaje światu pod tytułem ‎Live at Atelier Tarwewijk (V 1.3) (Nachtstück Records, 2014). Panowie będą improwizować przez ponad 52 minuty, nieprzerwanym ciągiem dźwiękowym.




De Joode, kanał lewy, struny jelitowe. Almeida, kanał prawy, struny normalne. Muzycy, szeroko rozstawieni po kątach, zaczynają od zwinnych i niezobowiązujących palcówek po śliskich strunach. Już po kilku minutach, każdy z nich rozpoczyna proces poszukiwania nieoczywistych, indywidualnych rozwiązań sytuacji scenicznej, tak w zakresie technik artykulacyjnych, jak i sposobu prowadzenia improwizacji. Kontrabasy – podobnie jak na poprzednio omawianej płycie – mają stosunkowy wysoki strój i lubią pływać w przestrzeni koncertowej. Są ulotne, jak motyle. Mają piękny sound. Echa muzyki dawnej, a jakże, duże skupienie, a jakże. Transparentność i adekwatność. Po kwadransie muzycy biorą wielkie smyki w swe równie imponujące dłonie i zaczynają się prawdziwe emocje. Smyczkowy dancing! Choć tempo bardziej pogrzebowe. Brzmienie obu kontrabasów przyjemnie się zabrudza. Tli się, jak palenisko bez iskier, wstrząsająco urocze (trochę jak prażona kukurydza – dodaje zgłodniały recenzent). Pomysły artykulacyjne sypią się, jak z rękawa. I każdy jest udany! Kameralistyczne zacięcie Almeidy zbiera obfite żniwo. Gdy oba smyki miarowo uderzają w struny, recenzent gotowy już jest do osiągnięcia stanu wrzenia. Ta rozmowa ma wiele wątków i ogrom niedopowiedzeń. Nie każde słowo ma tu być wypowiedziane. Sztuka zaniechania, umiejętność temperowania emocji. Około 29 minuty De Joode otwiera wieko trumny, a Almeida szeleści ze strachu, miętoli się sam ze sobą (what a sound!). To wspaniałe, że muzycy nigdzie się nie śpieszą. A tyle mają do powiedzenia. Po 30 minucie nastrój kameralistyczny dopada już wszystkich, po obu stronach sceny. Minimal art of sound! Po 40 minucie instrumenty niemal milkną. Chcą nabrać dystansu. Wykluwają się z tego dwa soczyste drony. Zasada imitacji nie jest im obca. To też dowód na to, że słuchają się wzajemnie. De Joode na finał efektownie rezonuje. Jego jelitowe struny czynią cuda! Almeida też ma pomysł! Niedźwiedzie wybrzmienie wprost w objęcia piekielnej ciszy. Koniec z oklaskami.


Pangatuna & Chlopingle

Po serii płyt prawie wyłącznie na instrumenty strunowe, z pewnością zatęskniliście za choćby najskromniejszym dęciakiem. Here it is!

Kwartet nazywa się Tetterapadequ (ta nazwa nie kryje w sobie głębszych treści, to jedynie przestawione litery ze słowa kwartet i miejsca, w którym muzycy grali po raz pierwszy). Tworzą go: na kontrabasie Gonçalo Almeida, na saksofonach Daniele Martini, na fortepianie Giovanni Di Domenico, zaś na perkusji João Lobo. Zaciąg portugalski vs. zaciąg … włosko-belgijski (Daniele i Giovanni, to bowiem włoscy rezydenci Królestwa Belgii). Kwartet ma w dorobku trzy długie płyty i jeden minilongplay. O tym ostatnim pisaliśmy już na tych łamach.




Teraz pochylmy się nad wydawnictwem Pangatuna (For Tune, 2016), nie tylko dlatego, że jest dość świeżą płytą, do tego wydaną w Polsce, ale również z powodu rozbudowania kwartetu, na potrzeby tego akurat nagrania, do rozmiarów oktetu. Personalnie skład bazowy uzupełniają: na saksofonie altowym Audrey Lauro, na saksofonie barytonowym Grégoire Tirtiaux, na klarnecie Jordi Grognard oraz na flecie Quentin Manfroy. Nagranie poczyniono studyjnie w Brukseli, w grudniu 2015 roku. Cztery fragmenty z tytułami potrwają 46 minut (nie zaś 51, jak sugeruje opis płyty).

Pierwszy. Cały oktet podaje zgrabny temat (status: all music composed by the musicians), pięcioosobowy zestaw dęciaków dmie unisono, gęsto, ale dość delikatnie. Rzec można, jazz nieco temperowany, ale incydentalnie bardzo emocjonalny. Rodzaj szlachetnej muzyki mainstreamowej, która jednak myśli, prowokuje, poszukuje usilnie ciekawych sonorystycznie rozwiązań. Tłuste lejce tej trzódki trzyma zdecydowanie pianista. Konstruuje rytm, nadaje wewnętrzną dramaturgię, ustala zasady gry. W okolicach 9 minuty dopada nas cisza, która staje się istotnym punktem wyjścia do nowej podróży w kierunku świata kompetentnych improwizacji. Skupienie i odpowiedzialność za każdy dźwięk nadal pozostają atutami oktetu. W połowie utworu dodany kwartet zaczyna bardziej wyraziście akcentować swoją obecność, jakkolwiek z roli chóru komentatorów nie wyjdzie do końca tej płyty. Z pozornego letargu nieagresywnej narracji, wyrywa nas wybuch soczystej solówki na saksofonie tenorowym (z kajetu recenzenta: wciąż jednak zbyt dużo dyscypliny). Kwartet matka na wiele jednak gościom nie pozwala – pianista, odpowiedzialny cerber, dozorca. Twarda, sumienna realizacja scenariusza wydarzeń. Na finał najdłuższej części tej płyty (25 min) goście podejmują kolejną próbę twórczego zaistnienia i akustycznie aktywizują się. Mają wyraźnie apetyty na pasaże free. Dosadne akordy piana przywracają jednak ład i porządek. Drugi. Oktet w akustycznym rozkwicie. Orkiestra swinguje, jak mało kto. Dęta ferria barw. Po chwili wszystkich dopada moment smutnej zadumy, rodzaj onirycznego tańca w miejscu, bez odrywania nóg od podłogi, a emocje części drugiej kończą się. Trzeci. Kameralne intro kwartetu gości. Już razem, w oktecie, muzycy snują interesujące pasaże, definitywnie jednak z pięciolinii. Natrafiamy  jednak – uff!!! – na bardziej intensywne przepychanki, ewentualność skromnej eskalacji. Szybki powrót do nieekspresyjnych macanek w podgrupach gasi entuzjazm recenzenta. Mainstream z obietnicami, które nie zawsze zostają spełnione. Finał zgrzyta, przypominając recenzentowi, by się nadmiernie nie wymądrzał. Czwarty. Spokojny dancing, czwarta nad ranem, daleko do wolności, jazgot pościeli sterylnej poirytowaniem… Recenzentowi pozostają już tylko marne cytaty z przeszłości. Bez ekscytacji.

Czym prędzej – w obliczu powyższych ambiwalencji – sięgnijmy po poprzednią płytę Tetterapadequ, nagraną w pierwotnym kwartecie. Odpalamy krążek Chlopingle (Creative Sources, 2015). Rejestracja bodaj z roku 2014. Trzy interwały z tytułami, mniej niż 40 minut muzyki.




Płytę rozpoczyna spokojna narracja, trochę w klimatach polskiego yassu, ze szczyptą niebanalnej sonorystyki, w skupieniu, z dużą ilością barwnych szczegółów. Tu wartością samą w sobie zdaje się być formuła tej narracji. Użyte środki są ewidentnie jazzowe, ale sama muzyka pachnie post-rockowym transem. I nic w tym spektaklu nie dzieje się przez przypadek. Po 8 minucie improwizacja ciekawie pętli się. Dużo do ognia dokłada Almeida, rwąc się do walki na smyku. Di Domenico preparuje, a Martini sunie zwinnymi alteracjami. W ostatnich minutach pierwszego fragmentu, dopada nas pełnowartościowa eskalacja, którą bez słowa sprzeciwu, określić możemy jako najmocniejszy fragment Chlopingle, a może i dorobku kwartetu w ujęciu historycznym. Część druga płyty wita nas wytrawną sonorystyką na osiem rąk (świetna robota, zwłaszcza kontrabasisty). Solowy popis pianisty też dobrze komponuje się z całością narracji. Na dokładkę udane pasusy wyczynia saksofonista, uroczo dmąc w sopran. Finałowy fragment ponownie dzieje się pod znakiem udanych incydentów akustycznych – piano stawia stemple, kontrabas jęczy, saksofon kreśli mikrozdarzenia, perkusja prawidłowo tyczy szlak podróży. Kwartet brnie i jątrzy. Kolektywnie, sumiennie, wzorowo.


Garden

Historię pod tytułem Niezwykłe przygody z życia kontrabasisty zostawiamy już dziś bez ciągu dalszego. Czas powrócić do intrygującego wiolonczelisty Ricardo Jacinto, którego poznaliśmy w trakcie odsłuchu tria Selva. Poznamy dwie płyty z jego udziałem, które są … diametralnie różne od siebie.

Najpierw Garden. Nagranie studyjne z Lizbony, poczynione ponad dwa lata temu przez trzech muzyków. Są to: Bruno Parrinha – saksofon altowy, sopranowy i klarnet, Ricardo Jacinto – wiolonczela i elektronika oraz Luís Lopes – gitara elektryczna. Płyta dostępna jest od ubiegłego roku, a wydana została przez Clean Feed Records. Siedem odcinków muzycznych – oznaczonych liczbami, które odwzorowują czas ich trwania - potrwa blisko godzinę zegarową. Spójrzmy, czym szczególnie ekscytował się recenzent w trakcie skupionego odsłuchu.




1351. Sucha, powolna, południowa sonorystyka. Dęciak prycha, wiolonczela szeleści, lekko sfuzzowana gitara wije się w cichym rejestrze. Gitara i wiolonczela (także pod prądem) szybko łapią płaszczyznę porozumienia i tulą się do siebie, jak syjamskie kociska! Na finał wszystko delikatnie sprzęga się i elektroakustycznie zaziębia. 1402. Oba strunowce są definitywnie plugged, snują się wokół dźwięków, które przypominają spacer potencjometrem po skali radioodbiornika. Narracja jest powolna, ale akustycznie inwazyjna. Zdaje się, że ta muzyka ma boleć. Saksofon też brudzi swój sound. Dwie skromne reinkarnacje gitary Jimmy’ego Hendrixa vs. saksofon sopranowy, który pragnie zaistnieć na ich tle. O tak, Luis Lopes lubi psychodelię, to wiemy nie od dziś! Oniryczny klimat dopada muzyków około 7 minuty tej najdłuższej na płycie ekspozycji. Robi się kwieciście – upalona wiolonczela, niedęty saksofon i mantryczna gitara. 555. Akustycznie, delikatnie, niezobowiązująco, nawet balladowo. Powolna narracja dwóch pierwszych części, tu niemal zatrzymuje się w miejscu, ale klarnet dmie uroczo. Zupełnie przy okazji, Lopes udowadnia, że jest w stanie banalnym z pozoru półdźwiękiem ukraść show partnerom. 516. Saksofon bierze sprawy w swoje ręce. Groźnie kontratakuje centralnym pasmem. Na flankach szumy i incydenty elektroakustyczne – przestery Luisa, brudny walking Ricardo. A elektronika robi swoje – recenzent ewidentnie słyszy cztery instrumenty! Każdy z muzyków jest brudny od błota i przeklina. Wiolonczela smakuje na rockowo, gitara bynajmniej, plecie opowieści kameralne. 1030. Muzycy snują się po kątach, prąd iskrzy im w dłoniach. Szukają porozumienia. Klarnet opowiada semickie historie. Wiolonczela płynie, a gitara jest podejrzanie oldfieldowska. Szczęśliwie narracja zapętla się i siarczyście emanuje niezgodą na proste rozwiązania. Nawet szczypta sonore! Prawdziwie piękny moment w wymiarze akustycznym! Suche macanki! Kto zagra subtelniej, ten dostanie rękę Królewny! Błyskotliwe zawody – opus magnum tej płyty! 744. Od startu elektroakustyczna eskalacja emocji! Gęsto, tłusto i narowiście! Kolejna porcja pozytywnej, wnikliwej psychodelii. Znów doskonały moment płyty! Lopes! Lopes! Lopes! – krzyczy w amoku recenzent. Wybrzmienie jest mistrzowskie! 221. Krwiste komentarze, dialogi polityczne, elektroakustyczne resume nagrania. Koniec przychodzi nagle i niegodny jest tak doskonałej płyty.


Harmonies

Na zakończenie naszej dzisiejszej dość długiej opowieści, chwila … chilloutowego wybrzmienia. Po serii silnie improwizowanych incydentów, czas na podłapanie odrobiny harmonii.

Nagranie studyjne z roku ubiegłego. W spotkaniu uczestniczą: Joana Gama - fortepian, Luís Fernandes – elektronika i Ricardo Jacinto – wiolonczela i elektronika. Przed nami ponad trzy kwadranse muzyki, która nosi znamiona skomponowanej, dodatkowo inspirowanej dokonaniami znanego kompozytora muzyki dość popularnej, jak na kanony Trybuny - Erica Satie. Płyta zwie się Harmonies (Shhpuma, 2016) i składa się z sześciu utworów.




Trzy składowe tej muzycznej przygody są dość separatywne, ale skonstruowana z nich muzyczna koncepcja jest spójna i dalece przyswajalna dla wielu. Jeśli elektronika, to wytrawna, progresywna, istotnie wysoko gatunkowa. Bez prostych skojarzeń i ciągot do ilustracyjności. Skupiona, rzetelna, bardzo dobra. Najlepsze berlińskie wzorce z lat 90. ubiegłego stulecia, te ze wspaniałej epoki post-techno, też maja tu rację bytu. Jeśli wiolonczela, wspomagana na kablach nie tylko w zakresie poszerzania brzmienia, ale także dekonstrukcji materiału wsadowego, to moc inspiracji do łamania tytułowej harmonii, do wchodzenia w elektroakustyczne zwarcia. Jeśli fortepian, to bardziej klasycyzujące, ilustracyjne pasaże wprost z klawiatury. Akurat te, dla tego recenzenta, chwilami zbyt słodkie i oczywiste.

Ricardo wchodzi do tej rzeki na trzeciego. Wnosi ferment i kusi los zmyślnymi dźwiękami spod strun wiolonczeli. Jego elektronika jest smakowita, nienatarczywa i świetnie komponuje się z silnym e-backgroundem Fernandesa. To serce i krew tego tria. Szczególnie ekscytującymi są utwory czwarty i piąty, dla których każdorazowo punktem wyjścia do snucia elektronicznej, wielowątkowej narracji jest akustyczny incydent na gryfie wiolonczeli. Choć improwizacja na Harmonies jest jedynie domniemana, to czas poświecony na odsłuch płyty eksplodował u recenzenta pokaźną porcją endorfin.



*) ang. Selva i inne oddzielne opowieści


środa, 12 lipca 2017

Matthias Müller – Opowieść o tym, jak to puzon do nieba wędruje (The Story of how the trombone goes to heaven)


Matthias Müller, niemiecki puzonista, dojrzały wiek średni, czyli 45 lat, był do niedawna dość rzadkim gościem w rozlicznych odtwarzaczach redakcji. Powody tego stanu rzeczy nie są w tym miejscu istotne, jakkolwiek nie sposób nie zauważyć, iż dyskografia muzyka nie jest nadmiernie rozbudowana.

Po prawdzie, jak dotąd ledwie jedna płyta z udziałem tego muzyka skutecznie zagościła na mojej półce z płytami. Myślę tu o doskonałym trio Astronomical Unit, które w doczekało się dwóch wydawnictw – Relativity (Jazzwerkstatt, 2009) i Super Earth (gligg Records, 2013). Miałem przyjemność poznać pierwszą z nich. Obok kontrabasisty Claytona Thomasa, w tej trzyosobowej efemerydzie free improv muzykowali także Christian Marien na perkusji i Matthias Müller na puzonie.

Szczęśliwie w roku bieżącym Matthias nagrał swoją pierwszą solową płytę, a dalszy splot przyjaznych okoliczności sprawił, iż trafiła ona do mnie. Tuż po niej duetowo-trzyosobowa edycja dla Creative Sources, a potem cztery inne, nieco starsze płyty dwóch duetów i jednego kwartetu. Innymi słowy - słuchanie muzyki puzonisty stało się w ostatnich tygodniach niemal codzienną powinnością Pana Redaktora.  A refleksja post factum mogła być tylko jedna  - ile wspaniałej muzyki krąży samotnie po świecie i nie jest do końca poznana, ani tym bardziej, artystycznie zdiagnozowana.

Zgodnie zatem z zasadą lepiej późno niż wcale, czym prędzej przystępujemy do szybkiej rozprawki, której naczelnym zadaniem będzie udowodnienie tezy, iż Matthias Müller to doprawdy wyśmienity muzyk.




Dowód pierwszy. Solo Trombone

Latem ubiegłego roku w rodzinnych stronach, na niemieckiej prowincji (Kirchtimke), puzonista rejestruje niedługi materiał, który następnie wydaje własnym sumptem pod precyzyjnym i niebudzącym wątpliwości tytułem Solo Trombone (MaMü Music, 2017). Trzy swobodne improwizacje z tytułami trwają niespełna 40 minut.

Bell czyli dzwon. Głębokie, krystalicznie czyste drobinki dźwięków, niczym biały szum akustyczny szczelnie wypełniają receptory słuchu recenzenta. Krople wirtualnej wody w tubie, post-elektronika bez bajtu pamięci. Dynamizm, zapalczywość, konsekwencja w dbaniu o niuanse brzmieniowe. Prawdziwe piękno najgłębszych zakamarków dużego instrumentu dętego, blaszanego. Potok dźwiękowej świadomości, literatura faktu. Akustyczny dron ze skromnymi modyfikacjami natężenia fonii. Jako kontrapunkt, szmery z zapoconej wajchy i przedechy o walorach perkusyjnych. O stosowanych metodach artykulacji muzyka możnaby książkę wielotomową popełnić. Barokowy przepych. I to na tak trudnym, bywa, że uciążliwym instrumencie, jak puzon… Armia jakże muzycznych narzędzi w użyciu – wiertarka, szlifierka, tokarka. Iście diabelski dobosz! Około 12 minuty opary akustycznego dark ambient. Blaszakowy hymn dla nieopornych. Szorstka, ale wciąż bogata w fajerwerki narracja. Jeden utwór, a to bodaj szósta, czy siódma zmiana kierunku improwizacji. Z kajetu recenzenta: napisać, że muzyk jest bardzo zaawansowany technicznie, to jakby nic nie napisać.

Valve czyli zawór. Rodzaj melodii? Pieśń dla potępionych w nieistniejącej wojnie światów. Czyste, niepreparowane dźwięki nawet przez kilka minut. Niczym frachtowiec dobijający do portu. Piękny sound, który ulega systematycznemu zabrudzaniu się. Bezczelnie konkretna sonorystyka. Wydechy przechodzące w drżenie.

Slide czyli ślizg. Plumkanie na temat, brzmienie w estetyce najlepszej filharmonii świata. Dźwięki znów chcą się lepić w dron, który przerywany bywa jedynie na ułamki sekund, by złapać oddech (z kajetu recenzenta: na puzonie można grać przy użyciu oddechu cyrkulacyjnego?). Zdaje się, że Matthias daje radę! Szalony muzyk! No… prawie  daje radę. Narracja toczy się teraz w wąskim paśmie, ale jest niezwykle intensywna. Bardzo wyjątkowy ten ślizg! - dodaje z uznaniem recenzent. Jeśli Bell był barokowo bogaty, to Slide jest stylistycznie jednorodny, wręcz purytańsko jednorodny. W drugiej części improwizacji dynamika hamuje – czas to odpowiedni na sonorystyczne popisy, w trochę minimalistycznej konwencji. Ale jakby… dwa puzony tu grały (i to, jak pięknie!). Znów sound puzonu, wraz z upływem czasu, intrygująco się zabrudza. Na finał próba quasi dronu, który wyrusza w podróż dokądkolwiek, bez biletu powrotnego. Biały szum z czerwonymi wypustkami. Chropowata semantyka czystego dźwięku puzonu. Craziness!




Dowód drugi. Quiet Notes And The Fascination Of What's Complex

Pozostajemy na półce ze świeżymi, tegorocznymi wydawnictwami. Dwa koncerty, jakie miały miejsce dzień po dniu, pod koniec maja 2015r. Jesteśmy w Monachium, imprezy kulturalno-oświatowe są dwie, a materiał zarejestrowany w ich trakcie trafi na dwa dyski jednego wydawnictwa, które nazwane zostaną Quiet Notes And The Fascination Of What's Complex (Creative Sources, 2017). 29 maja Matthias gra w trio, dzień później w duecie. Na płycie muzykę z tych incydentów zaprezentowano w odwróconej kolejności. Wnikliwa analiza Pana Redaktora dowodzi, iż uczyniono słusznie, umieszczając na dysku pierwszym materiał nieporównywalnie ciekawszy artystycznie.

Zacznijmy od Cichych Notatek. Na scenie jesteśmy zatem dzień później, a wraz z nami Matthias Müller na puzonie oraz Udo Schindler na klarnecie basowym i saksofonie sopranowym. Panowie będą swobodnie improwizować (choć epitet muzyka skomponowana pojawia się pismem drukowanym) w trzech odcinkach, oznaczonych zmyślnymi tytułami, których odsłuch nie zajmie nam więcej niż 39 minut.

Pierwszy. Na początek bardzo rozdyskutowana, ale spokojna narracja dwóch skorych do kompromisów dęciaków. Muzycy podążają w dość rytmicznym szyku, pozostając na skraju sonorystycznych incydentów. Idea tego przedsięwzięcia była chyba odrobinę przegadana przed występem (takie przynajmniej wrażenie odnosi recenzent). Po stylowej introdukcji, puzon tętni na sucho, czemu towarzyszą drobne, imitacyjne zachowania klarnetu basowego (ale iskry lecą!). Pojękiwania i techniczne fajerwerki są udziałem głównie Matthiasa, ale Udo też nie chce być mniej wyrazisty w tej kwestii. Puzon intonuje burzę piaskową. Muzycy brną przez improwizację bez specjalnych eskalacji napięcia. Estetycznie bliżej im nawet do ciszy i ekstremalnego skupienia. Drugi. Puzon atakuje wysokim dźwiękiem (jakaś przystawka, a może czegoś brak?), by za moment przejść do strefy szmerów i korpulentnych przedechów. Saksofon sopranowy kwili nieco przepraszającym tonem, ale jest precyzyjny i akustycznie adekwatny. Puzon potrafi imitować szczoteczki drummera. Sopran w tej kwestii nie ma zdania. Narracja znów wchodzi w stadium ożywionej dyskusji, niebanalnej wymiany zdań na dowolne tematy. Erudyci! Tu każde słowo ma trochę inny smak, a każdy dźwięk zdaje się być artystycznym argumentem nie do odparcia. Im bardziej muzycy stają się spokojni, tym bardziej poziom entuzjazmu recenzenta rośnie. Trzeci. Powraca klarnet basowy. Udo i Matthias prowadzą nieco niedźwiedzią pogawędkę. Dmą, burczą i klekoczą. Ten pierwszy pokazuje, że i on podręcznik technik artykulacyjnych przeczytał ze zrozumieniem (sonorystyka kropelkowa). Nie brakuje drobnych repetycji i chwil zadumy. Puzon ponownie jest suchy jak osiemnastowieczny parowóz. Znów krok w kierunku ciszy zdaje się być mistrzowskim posunięciem muzyków. Dwa akustycznie subtelne kocury na niezobowiązującym polowaniu. Gdy odzywają się głośniej, każdy z nich ma własny punkt widzenia (odrębna polityka brzmienia!) i nie zawsze kompromis jest jedynym rozwiązaniem. Gdy sytuacja sceniczna tego wymaga, potrafią wszakże w mgnieniu oka łapać wspólny język. Jeśli klarnet basowy proponuje głęboko zaszytą melodykę, puzon - w komentarzu - ucieka w skowyt, wieńczony akustycznym dygotem. Finałowa dynamizacja dodatkowo uwypukla jakość tego duetu. Matthias wręcz płonie z emocji (what a game!).

Teraz cofamy się w czasie o 24 godziny. Fascynacja Skomplikowanym. To tytuł spotkania. Do Matthiasa i Udo (ten chwyci także za kornet) dołącza Gunnar Geisse na laptopowej gitarze (cytuję za okładką). Panowie zagrają bardzo swobodną improwizację w jednym ciągu dźwiękowym, która potrwa 55 minut.

Gitara, wetknięta do laptopa od pierwszej sekundy tego koncertu, zawłaszcza lwią część przestrzeni akustycznej. Absorbuje uwagę, ale czy sprawia radość? Dęciaki okopane na przeciwległych flankach, zmuszone są do walki o przetrwanie i ustawicznie przypominanie o swoim istnieniu. Ich incydenty sonorystyczne giną w sosie elektroakustycznym, generowanym przez gitarzystę. Jeśli celem tego ostatniego jest psychodeliczny zaśpiew, puzon i kornet mają parę chwil dla siebie i pięknie kooperują. Gdy rockowe ornamenty i niekontrolowane przestery (w odczuciu nieco skonfudowanego recenzenta) biorą górę, dęciakom pozostaje taplać się w ciszy. Choć z drugiej strony, w momentach eskalacji natężenia dźwięków, jeśli pojawia się choćby odrobina kooperacji na linii skrzydła - centrum, muzyka znacznie zyskuje na wartości. Gdy jednak hardelectronic zaczyna dominować, Geisse zostaje na scenie sam, w obliczu osobistego przerostu kreacji. Jeśli tylko dęciaki zyskają nieco przestrzeni, płyną uroczo i zdolne są do podejmowania prób nawiązania dialogu z gitarą (niestety bez wzajemności). Tak dzieje się, choćby w środkowej części tej zbyt długiej improwizacji (z kajetu recenzenta: puzon i saksofon uwolnione ze szponów gitary i laptopa, dzień później dadzą wyśmienity koncert – ale o tym czytaliście już dwa akapity wyżej). Po 45 minucie muzyka trzech instrumentalistów delikatnie zaczyna się zazębiać, ale to znów skrzydła dostosowują się do dyrektyw z centrum. Następujące tuż potem eksperymenty w estetyce drum&bass recenzent pozostawia bez komentarza. Podobnie, jak finalizujące tę płyty sample z laptopa, które przypominają przegląd zawartości twardego dysku zagubionego artystycznie gitarzysty. Im bardziej recenzent zagłębia się w niuanse tego fragmentu dwupłytowego wydawnictwa, tym bardziej docenia i tęskni za krążkiem numer jeden.




Dowód trzeci. Superimpose

Personalia niezwykle kreatywnego emancypatora prostego zestawu perkusyjnego, Christiana Mariena, padły już w trakcie dzisiejszej rozprawki, przy okazji wspominania tria Astronomical Unit. W tym zaś momencie, jego grze do pary z Matthiasem Müllerem, przy okazji dwóch jakże szczególnych wydawnictw płytowych, będziemy przypatrywać się znacznie intensywniej.

Panowie funkcjonują artystycznie pod szyldem Superimpose (uwaga, słowo to w języku Szekspira nie oznacza wcale superimponujący; tu chodzi o czasownik nakładać się lub rzeczownik nakładka). Start duetu miał miejsce w roku 2007 na płycie wydanej przez Creative Sources, a zatytułowanej właśnie Superimpose. Kolejne dwa spotkania, to krążek Talk Talk dla Leo Records (2010) oraz winyl Edinburgh dla Wide Era Records (2014).

Płyta Talk Talk (Gadu, Gadu) zarejestrowana została w Wiedniu, w okolicznościach studyjnych, pod koniec listopada 2008 roku. Zawiera sześć pasjonujących rozmów na akustyczny puzon i takiż zestaw perkusyjny. Trwa 42 minuty.

Pierwszy. Dynamiczny, nadaktywny, niezwykle kreatywny drumming, któremu wtóruje szaleńczy, groźny puzon na rykowisku. Drugi. W ustach puzonu muzyk zakleszcza jurny tłumik i rusza w swawolną galopadę. Perkusja dudni i dzwoni złowieszczo. Przebieg improwizacji (status: music composed by the musicians) jest intensywny, dźwięki siane są gęsto, ale cała narracja jest zwinna, jak młody kocur i skacze z płotu na płot. Muzycy tańczą na rozgrzanym palenisku, ale nie parzą sobie stóp, ani dłoni. Są niezwykle kreatywni i zawadiaccy w zachowaniu. Trochę na siebie pokrzykują, nieco wzajemnie opukują, ale kierunek ich eskapady jest wspólny i jasno określony. Lubią się tulić do siebie i ocierać łokciem o łokieć. Matthias gra szaleńczo, a Christian dorównuje mu intensywnością przekazu. Trzeci. Jak się okazuje, drummer zdolny jest do sonoryzowania na potęgę i komentowania każdego ruchu puzonisty. Ten snuje swoje imaginacje w tempie karabinu maszynowego. Ma zdanie w każdym temacie, jakże uroczy gaduła. Cztery. Sposób improwizacji i stosowane przez muzyków techniki artykulacyjne są stosunkowo jednorodne, ale ilość akustycznych zdarzeń w jednostce czasu jest superimponująca! Piękno brzmienia puzonu w pełnej krasie! Marien jest kompulsywny i urokliwy, stuprocentowy perkusyjny adhd-owiec, co nie przeszkadza jednak, by sound jego instrumentu był subtelny, a interakcje soczyste i pełnowymiarowe. W tej eskalacji nie brakuje również dźwięków wydawanych otworem gębowym. Ale emocje! Piąty. Zdaje sie, że puzon wraz z perkusją stworzone zostały do pracy w duecie. Ten pierwszy znów zachwyca, gada jak żywy człowiek, nieco skonfudowany, jakby się tłumaczył, jakby przepraszał (z kajetu recenzenta: Matthias, jesteś wielki! zdaje się, że nie ma dźwięku, którego nie byłbyś w stanie wydobyć ze swego blaszaka!). Akurat ten fragment improwizacji, z uwagi na swą dynamikę, ma silny sznyt freejazzowy. Sześć. Szybkie tempo na finał. Jakie zwinne drapieżniki! Jak Tom i Jerry w kreskówkach Disneya! Tu każda sytuacja jest możliwa, każde zachowanie w pełni akceptowalne. Muzycy jakby mieli kilka żyć do wykorzystania. Umierają i rodzą się ponownie. Muzyka, nie dość, że piękna, jest także niebywale lekka, swobodna, bardzo przyswajalna nawet dla mniej obytych w gatunku. Cyrkowa zwinność, inteligencja i przebiegłość. Brak schematów wpisany w DNA każdego z muzyków. Koniec płyty zastaje nas całkowicie upoconych z emocji. What a game!




Czas na wydawnictwo Edinburgh, czas na koncert! Prawie pięć lat później - marzec 2013. Dwa epizody, każdy trwa 18 minut. Part one. O ile gadana płyta była intensywna i dynamiczna, o tyle koncert toczyć się będzie o tempo wolniej, jakby wyższe stadium wtajemniczenia w duetowy incydent improwizowany. Z otchłani ciszy dociera mikroprychanie puzonu, jakby w opozycji do dudniącej perkusji – talerz i werbel w stanie drgania, rżenia i tętnienia (z kajetu recenzenta: już w piątej minucie akustyczny orgazm!). Gęsta narracja, instrumenty na styku. Puzon, niczym pompa ssąco-tłocząca. Perkusja – stado koni w galopie. Improwizacja pięknie się dynamizuje, a eskalacje obu instrumentalistów są pieczołowicie kompatybilne i estetycznie zbieżne. Masywna pulsacja dwóch akustycznych ośrodków zapalnych. Wyciszenie w okolicach 8 minuty, to majstersztyk dramaturgiczny! Czas zatem na wytrawne sonore. Onirycznie, zmysłowo – Christian rezonuje, Matthias sygnalizuje chęć wydawania czystych dźwięków. Piękna fonicznie post-elektronika. Crazy game! Nieco ambientowa, dronowa, kompulsywna narracja, zupełnie pozbawiona jazzowych naleciałości. Puzonista drży i nadyma się, jak purchawka, w imponującym wszak tempie. Drummer szczotkuje grzbiet rumaka, ogiera monstrualnych rozmiarów. Finał fragmentu perfekcyjnie urwany. Part Two. Szum zatrutego ropą oceanu. Statki i tankowce osiadają na dnie. Narasta akustyczny dron, który nie weźmie jeńców. Solid rock! Sonorystyka Matthiasa wchodzi na szczyt. Recenzentowi aż trudno uwierzyć, że po drugiej stronie sceny dokują jedynie dwa instrumenty bez jakichkolwiek amplifikacji. Dron wybrzmiewa boleśnie i przekształca się w mikroincydenty, kreowane przez obu muzyków. Po chwili znów lepią się do siebie i kompulsywnie kopulują! Zwarta, gęsta od potu, mroczna i tłusta rozmowa dwóch niedźwiedzi w cieczce. Jak oni to grają… aż chciałoby się zobaczyć, jakimi metodami osiągają takie efekty foniczne! Dmą i dudnią na potęgę, bo niechybnie czas na finał koncertu. Improwizatorska, istotnie niemiecka dyscyplina święci triumf! Perfectly! Splendidly!




Dowód czwarty. Sesja krzyżowa

Za nami muzyka na puzon solo, na puzon w duetach i trio z innymi instrumentami. Czas zatem najwyższy na … dwa puzony! Towarzyszem tej akurat podróży naszego bohatera będzie inny Matthias, o nazwisku… Muche. Nagranie, które powstało kiedyś i w jakimś miejscu (brak danych w bazie redakcji), wydane zostało całkiem niedawno przez Creative Sources, a zwie się – co oczywiste - MM Squared Session (2015). Cztery fragmenty z tajemniczymi tytułami, niespełna 32 minuty.

. Dwie puzonowe kanonady, każda równie zwarta, jak intensywna. Prawdziwe królestwo niebieskie puzonu! Niemal wniebowstąpienie. Pociski o porównywalnych parabolach lotu i użytych środkach wyrazu. Mu. Oniryczne, plastyczne dźwięki trwające. Naprzemiennie, jeśli jeden stuka, to drugi plami przestrzeń akustyczną tego spotkania. Zaczynają na siebie pokrzykiwać, ale widać, że to przyjaciele z podwórka, niemal rówieśnicy. Wykastrowana melodyka tego fragmentu bije swą wyuzdaną urodą wprost w nos recenzenta! Ma. Czas na dobrze opieczone sonore. Szum w opozycji do pikowania utrąconego na niebie messerschmitta. Jakim kolorem szumi puzon po prawej? – pyta roztargniony recenzent. W odpowiedzi intensywna puzonowa orgia bez niuansów gry wstępnej. Dynamika! Emocje! Zwarcie w półdystansie! Noise! Dwa rozbrojone kałachy walą się po pyskach! Tti. Cisza po burzy, jakże mogłoby być inaczej. Niedźwiedzie zaloty w ramach zabijania czasu. Muzycy lubią się naśladować. Zasada imitacji działa perfekcyjnie, po niemiecku. Dwa samce na pogorzelisku oczekiwań niewprawnego słuchacza, który liczył na tradycyjnie brzmiące puzony. Genialny sound! A który z muzyków, którą flankę nagrania obstawił, niech pozostanie pytaniem retorycznym. Królowie puzonu – gwizd i miałczenie kocurów o lwich pazurach. Z kajetu recenzenta w cieczce entuzjazmu: jakże błyskotliwa i energetyczna może być improwizacja muzyków, którzy nie wyssali jazzu z mlekiem matki! Eskalacja na finał i intensywne wybrzmienie.




Dowód piąty. Kwartet Foils

Na ekskluzywny finał tej dość skromnej prezentacji muzycznych dokonań Matthiasa Müllera, prawdziwa energetyczna petarda, skumulowana w czterech głowach i czterech akustycznych instrumentach, o charakterystykach w pełni atomowych. Czyli Foils Quartet!

Z intrygującym niemieckim saksofonistą Frankiem Paulem Schubertem (nie mylić z Matthiasem Schubertem, równie wyrazistym saksofonistą), nasz bohater zwykł pogrywać głównie w duecie (choćby album Foils, FMR Records, 2010). W trakcie jednej ze swych wspólnych muzycznych podróży, trafili oni do angielskiego Birmingham. Tam, na scenie Lily Langtry Room, 2 kwietnia 2013 roku, spotkali silnie zrelaksowaną, lokalną sekcję rytmiczną, w osobach… Johna Edwardsa i Marka Sandersa. No i się zadziało! Dokument fonograficzny zwie się The Jersey Lily  (Creative Sources, 2014)

Pięć kwadransów niebywałej, free jazzowej erupcji muzycznych emocji! Dwa traki i pięć milionów wrażeń w wymiętolonym kajecie recenzenta. Free jazz z inklinacjami do współczesnej sonorystyki, a nawet nieco wulgarnie pojmowanej kameralistyki. Puzon i saksofon sopranowy w zderzeniu z sekcją, która gotowa jest na każdy przebieg zdarzeń. Dęciaki, mieniące się wszelkimi barwami współczesnej muzyki improwizowanej, są tu eksplozywnie korpulentne i dosadne, tak w działaniu, jak i brzmieniu. Potrafią także przyjmować pozy uroczych nastolatek, buszujących w zbożu i gotowych na każdą ewentualność. Ich niebywała wszechstronność, tak gatunkowa, jak i instrumentalna, prowokuje niezliczone zaskoczenia dramaturgiczne, w których jednak fenomenalnie odnajduje się angielska sekcja rytmiczna. Gra Schuberta godna jest muzyków, którzy także nosili i noszą takie nazwisko. Ciekawie w tym wrzącym tyglu wyzwolonych emocji, odnaleźć można poczynania Müllera. Znów niełatwy w użyciu, duży instrument blaszany jest w jego rękach zwinny i przebiegły, zdolny do generowania każdej dźwiękowej układanki. Sam muzyk świetnie wyczuwa działania partnerów, wchodzi w intrygujące dialogi i zawsze ma pomysł na interakcję. Zresztą te cechy charakteryzują każdego z członków tego – zapewne – jednorazowego kwartetu. Oni grają tak, jakby całe życie muzykowali tylko w tym układzie personalnym. Symbioza ta jest molekularna, pełnowartościowa i trwała. To niechybnie cecha muzyków wybitnych.

Gwoździem programu tej doskonałej płyty są epizody puzonisty w parze z niebywałym Johnem Edwardsem. W każdej części płyty jest jeden taki duetowy popis (choćby okolice 25 minuty Part One). Warta podkreślenia jest także sama produkcja koncertu. Nawet w ekstremalnym nawałnicach free, brzmienie instrumentu każdego z muzyków jest czyste i selektywne, co dodaje nagraniu kolejnego mega splendoru. 



piątek, 7 lipca 2017

Grimal! Ceccaldi! Duboc! Lazro! Cappozzo! Lasserre! – letnia ofensywa ajlerowska! Trois Couleurs Regle Encore! *)


Wielka francuska ofensywa na polu muzyki improwizowanej trwa w najlepsze! Dziś czas na kolejne dwa smakowite krążki znad Sekwany, oczywiście poczynione w składzie… trzyosobowym!

Nie zabraknie naszego tegorocznego faworyta w każdej kategorii, Benjamina Duboca, znajdzie się także miejsce dla ulubieńca redakcji Daunika Lazro! Wydawnictwo – tym razem - zwie się… Ayler Records. Znamy je oczywiście doskonale, ale być może nie wszyscy pamiętamy, iż założony w Szwecji label, od 2009 roku rezyduje już zdecydowanie we Francji (co zresztą widać doskonale po bieżącym katalogu).

Dwie frapujące ekspozycje dźwiękowe, wobec których emocje recenzenta są jednak dwubiegunowe. Jeśli pierwsza z płyt pozostawiła piszącego te słowa w horyzontalnej pozycji konstruktywnego zachwytu, o tyle druga obudziła w nim duszę nieco sarkastycznego komentatora, który zwykł na ogół głosić prymat improwizacji nad kompozycją. Bywa jednak, iż tego rodzaju recenzenckie ambiwalencje są skutkiem nadmiernych oczekiwań wobec muzyków i ich projekcji dźwiękowych. Być może akurat tu mamy do czynienia z takim zjawiskiem.




Czas i miejsce zdarzenia: 24-26 maja 2015r., Ackenbush, Malakoff, Francja.

Ludzie i przedmioty: Alexandra Grimal - saksofon sopranowy i tenorowy, głos, Benjamin Duboc – kontrabas, głos, Valentin Ceccaldi – wiolonczela.

Co gramy: muzyka improwizowana (all music by the musicians); z pewnością jednak na etapie przedprodukcyjnym muzycy ustalili wiele istotnych szczegółów, co do tego, jak będzie przebiegał proces improwizacji. Ważnym elementem tego przedsięwzięcia artystycznego jest tekst poetycki Giuseppe Penone Respirer L’ombre, który został wykorzystany, co prawda bez zgody autora, ale za to niezwykle spontanicznie i z głęboką admiracją dla jego wartości.

Efekt finalny: siedem fragmentów z tytułami, łącznie trwających 58 minut, wydanych w czerwcu br. przez Ayler Records, pod tytułem Bambú. Podmiotem wykonawczym są muzycy, wymienieni z imienia i nazwiska w kolejności, jak dwa akapity wyżej.

Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Toucher. Dotknąć. Szokująco intensywne, wyjące smyki na dwóch masywnych strunowcach, stanowią niezbędne tło dla zmysłowej melorecytacji tekstu poetyckiego w wykonaniu Alexandry. Tajemnicze intro wyposażone w gigantyczny ładunek emocji (ach, ten tembr języka francuskiego!).

Densite. Gęstość. Saksofon sopranowy startuje w bardzo wysokim rejestrze (może to nawet sopranino). Duboc i jego kontrabas dudnią z oddali i nie mają dobrych intencji. Tulą się do eksplodującego saksofonu, jak szarańcza u progu zbyt gorącego lata. Wiolonczela też iskrzy przeładowaniami elektromagnetycznymi. Hałasuje, grzmi, zrywa struny. Ognisty lot ku krzepiącemu zatraceniu. Gardłowe jęki Grimal łączą się w jeden akustyczny miot z kapitulującymi septymami jej dęciaka. Jednocześnie gra i krzyczy! Kontrabas w komentarzu brzmi, jak dziewiętnastowieczna maszyna tkacka, repetując kolosalnym soundem.

Image. Obraz. Gojenie ran po krwawej eskalacji. Otrzepywanie potu, kurzu i czegoś tam jeszcze. Strunowce jadą dołem, niczym dwa zapomniane instrumenty z epoki muzyki dawnej. Ich brzmienie smakuje ciszą, trochę w oczekiwaniu na gniew piekielny. Alexandra czeka. Potem szepcze. Oddycha bezgłośnie. Ślini się w myślach. Recytuje słowa głosem niewinnie skrzywdzonej. Odmienia image przez wszystkie nieistniejące przypadki języka francuskiego. Wiolonczela złowrogo jej wtóruje (zdaje się nawet przeklinać). Kontrabas burczy minimalistycznie (piękne!). Niespodziewany intruz akustyczny, to saksofon tenorowy, który delikatnie, nieingerująco sonoryzuje na boku. Imitacyjnie wkleja się w pasaże obu strunowców. Duboc zaczyna rozszarpywać struny, jego partnerzy postanawiają podkręcić potencjometry. Kameralistyka bezpowrotnie potępionych, która jest tak brutalnie piękna, iż tylko językiem francuskim możnaby to skutecznie zwerbalizować. Z kajetu rozdygotanego recenzenta: ponadgatunkowa perła – intensywna, szczera, bezkompromisowa…

Ombre. Cień. Zaczyna Duboc, molowym, indywidualnym pasażem. Grimal szeleści wargami. Ceccaldi dmie, drży i rezonuje. Śpiew, który jęczy, śpiew, który krwawi – bez otwierania ust. Egzotyczna miniatura.

Empreinte. Odcisk (palca). Najdłuższa historia tej opowieści ewokuje wiolonczelą, która płynie w wysokim rejestrze. Kontrabas traktowany jest smykiem. Kobieta śpiewa głosem dawnym, strojnym, nieco gotyckim. Chorał piekielny. Trzy ciała rzeczywiste muzyków łączą się w trójcę, ale wcale nie świętą. Wiolonczela dodatkowo kręci się wokół własnej osi. Duboc przechodzi na akordy, by po ułamku sekundy wrócić do smyczka. Gada znad gryfu tekst, który nie da się przetłumaczyć na jakikolwiek język świata. Instrument Ceccaldiego wyje, skrobie, eskaluje. Grimal powraca z kolejną wykręconą wokalizą. Ta narracja wręcz cierpi i to trochę na średniowieczny sposób. Ten religijny spektakl, pozbawiony ideologii, brzmi jak dawny rytuał ciszy i dźwięku. Z minuty na minutę intensywność dźwięku każdego instrumentu (i głosu!) rośnie. Alexandra przypomina młodszą siostrę Lisy Gerard. Szczypta szorstkiej sonorystyki na upalonych strunach zdaje się być niezbędnym dysonansem akustycznym. Powraca saksofon sopranowy, muzyka na moment łagodnieje, jak baranek (może to nawet jednorożec!). Na dokładkę głos ucieka bardzo wysoko i znów eksplozywnie zlewa się w narastającym brzmieniem saksofonu. Strunowce ruszają do galopu! Saksofon nie pozostaje w tyle. Eskalacja smakuje pełnowartościowym free jazzem. Kontrabas i wiolonczela, niczym rozpalone gitary. Finał jak rockowe unplugged!

Adherence a la terre. Przywiązanie do ziemi. Recytacja poetycka (jakże piękny jest język francuski!). Wiolonczela skowycze, kontrabas dramatycznie szeleści. Na moment saksofon tenorowy zostaje zupełnie sam i nie wie, co z sobą począć. W sukurs przychodzą mu agresywne i natarczywe strunowce.

Respirer. Oddychać. Perkusyjny wtręt wiolonczeli (biedne struny!). Wokół panuje jakaś nieokreślona meta otchłań bez cech charakterystycznych. Coś drży, szumi, słuchać tajemnicze kroki. Wokaliza z wysokiego pułapu, niepokojąca i na pewno nieboska. Uroda muzyki krzyczy, dudni, skowycze, tętni i lśni. Na finał bezwarunkowy strunowce plotą soczyste drony. Ostatnie dźwięki są złowrogie, kalekie, napastliwe i bezczelnie prawdziwe. Z kajetu recenzenta: brak wpisów (kajet wypadł mu z rąk).




Czas i miejsce zdarzenia: 17-19 czerwca 2016r., Cappozzone, Luzillé, Francja

Ludzie i przedmioty: Daunik Lazro – saksofon barytonowy i tenorowy, Jean-Luc Cappozzo – trąbka i flugelhorn, Didier Lasserre – perkusja.

Co gramy: połowę płyty stanowi trzyczęściowa swobodna improwizacja Garden. Pozostałe pięć utworów, to kompozycje Duke’a Ellingtona (dwie), Johna Coltrane’a, Alberta Aylera i Jean-Luca Cappozzo.

Efekt finalny: osiem fragmentów z tytułami, łącznie 55 minut, wydanych w czerwcu br. przez Ayler Records pod tytułem Garden(s). Podmiotem wykonawczym są muzycy, wymienieni z imienia i nazwiska w kolejności, jak dwa akapity wyżej.

Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Sophisticated Lady na start? Duże wyzwanie dla wielbiciela całkowicie wyzwolonej improwizacji. Na szczęście szorstki tembr barytonu Lazro kompensuje zbytnią śpiewność tego zacnego evergreena. Saksofoniście w trudnym znoju improwizowania do Ellingtona pomaga czujny perkusista. Trębacz milczy. Ciekawy smak upalonej dyszy dęciaka na wybrzmieniu. Drugi. Czas na pięciolinię trębacza – brzmi nieco hejnałowo. Znów wsparcie Lasserre’a jest koniecznie. Melodia kapie z palców muzyka, a recenzent czeka na big entry saksofonisty. Po paru chwilach wyczekiwania, sonorystycznie rozgrzany Lazro wchodzi do gry i krwistą solową ekspozycją znacząco podnosi wartość tej części płyty, przy okazji uwypuklając odmienne, w tym wypadku, charakterystyki trębackiego interlokutora (z kajetu złośliwego recenzenta – tylko zawieszonej narracji Joe McPhee tu brakuje!). Daunik co chwilę zmienia tembr swego instrumentu (albo zwinnie podmienia saksofony w trakcie jednego interwału improwizacji). Trzeci. Wreszcie startujemy bez pięciolinii – fragment pierwszy Ogrodów. Baryton siarczyście burczy, niestety trąbka nie jest w stanie zaimponować mu niczym oryginalnym. Perkusista bije w dzwon, być może jest tuż po lekturze klasyka Hemingwaya. Współczesna kameralistyka, odrobinę bez ognia i temperamentu. Lasserre szczęśliwie ciągle miesza w narracji, dokłada do ognia, podszczypuje dramaturgicznie starszych kolegów. Efektem jego wytrwałych działań są próby dynamizacji improwizacji, szczypta iskier spod bębna basowego. Improwizacja w kolektywie nie do końca się zazębia, dlatego ucieczka całej trójki w sonoryzm zdaje się być zdecydowanie najlepszym rozwiązaniem. Czwarty. Ballada wczesnego Coltrane’a – tenor Lazro nawet piękny, zwinnie podaje temat, znany od czasu epoki kamienia łupanego. Drummer swinguje, a jakże! Trębacz najpierw przysłuchuje się, a potem przejmuje ster i kręci zwinną solówkę na swoim delikatnie (wreszcie!) rozgrzanym blaszaku. W roli komentatora Lasserre, który skromnym drummingiem doprowadza Lament Cioci Loni do finałowego wybrzmienia. Piąty, czyli ogrodowe igraszki, odsłona druga, najkrótsza. Delikatnie dronowa, sonorystyczna narracja (znów jakość oddechu jest udziałem najstarszego z muzyków). Szósty, czyli Duchy Aylera. Tenor brzmi jak alt, hymnicznie i dostojnie, wszak to klasyk króla free jazzu. Trąbka w roli papugi, perkusja – jazzowego zwierza. Być może ta ekspozycja nic nowego do naszej wiedzy o Aylerze nie wnosi, ale w drugiej części, po dedynamizacji, dostarcza sporo smaczków, głównie ze strony barytonu, który ratuje ten pasus nadmiarem plusów. Siódmy, czyli Ogrodów odsłona finałowa. Na początek duet trąbki i perkusji. Takie tam pogawędki o pogodzie, nie mniej Cappozzo wreszcie grzeje krew w żyłach recenzenta i tym, jak gra, i tym co gra! I zwinny flow, i ciekawa sonorystyka. Lazro wkręca się w najlepszy fragment płyty (improwizacja uber alles!) dopiero po kilku minutach. Chytrze przejmuje inicjatywę, dominuje i dręczy kolegów wyśmienitą palcówką po śliskich dyszach. Dzieje się! Lasserre niespodziewanie - na talerzach - zgłasza zdanie odrębne i nakazuje kolektywną i pełnowymiarową wymianę zdań, bez akcentów melodyjno-rytmicznych. Muzycy szukają nowych płaszczyzn porozumienia i są w tym wyjątkowo skuteczni. Zwalniają tempo, łapią oniryczny klimat i brną ku finałowi w skupieniu. Być może wybrzmiewają odrobinę za długo. Ósmy, czyli finał i kolejny gniot Ellingtona (Hop Head). Solo Lasserre’a wprost na jazzowe festiwale, ale wytrawne i kompetentne. Szczypta tematu spod tenorowego i wirująca trąbka, pachnąca lekko sfilcowanym swingiem. Koniec.

Z kajetu dość złośliwego recenzenta: płyta ma dwa oblicza. Blisko półgodzinna swobodna improwizacja w trzech odcinkach, mimo drobnych ambiwalencji, broni się bez zastrzeżeń. Dogrywka (? – płyta powstała w trakcie trzy dni) ze standardami ma walor pytania retorycznego.



*) franc. Trzy kolory wciąż rządzą!