poniedziałek, 16 października 2017

Leandre! Guy! Fernandez! Liquid Quintet! Watts! Crispell! Edwards! 12th Ad Libitum Festival! And so is history! I tak tworzy się historia!


Każdy akt zbiorowego grania i słuchania muzyki ma swoją historię, swoje genialne epizody, tudzież dla odmiany garść prawdziwych gniotów. Warszawski Festiwal Muzyki Improwizowanej Ad Libitum szczęśliwie od lat unika tych ostatnich i na ogół kreuje wydarzenia artystyczne na poziomie trudno osiągalnym dla innych tego typu inicjatyw w naszym pięknie powykręcanym kraju.

Tegoroczna edycja była jednak wyjątkowa! Trzy dni, osiem koncertów i każdy z nich… zasługuje na najwyższą ocenę. Ze statystycznego punktu widzenia, zjawisko to niemal niemożliwe. W praktyce koncertowej – miało jednak miejsce! Poniżej w kilku reporterskich impresjach, postaram się tę szaleńczą tezę uzasadnić.


Dzień pierwszy

Panów Agusti Fernandeza i Barry Guya znamy doskonale. Na tych łamach padły już nawet stwierdzenia, iż z artystycznego punktu widzenia, obaj muzycy są polskimi rezydentami. Koncerty, płyty (zarówno w przypadku katalońskiego pianisty, jak i brytyjskiego kontrabasisty) są naszym częstym udziałem. Nie zmienia to jednak faktu, iż muzycy nie grali tu jeszcze w składzie dwuosobowym. Sam występ duetu, dla tych którzy doskonale znają muzyków, niczym nie zaskoczył, ale poziom artystyczny, umiejętność kooperacji, dźwiękowa wrażliwość, improwizatorska wyobraźnia wzniesione zostały na tak wysoki poziom, iż czujnik zadowolenia recenzenta osiągnął bez problemu stan maksymalny. Z jednej strony szczypta notacji, mikro scenariuszy, z drugiej furia pomysłów, wytrawnych preparacji i szaleństw improwizatorskich. Jeśli ktoś oczekiwał nostalgii i zadumy typowej dla obu muzyków, gdy realizują się wspólnie w ramach tria Aurora, mógł zginąć z nadmiaru wrażeń. Na bis wszakże muzycy zacytowali bodaj najpiękniejszą melodię z debiutanckiej płyty w/w formacji.




Punkt drugi i ostatni wieczoru otwarcia – grupa warsztatowa polskich muzyków improwizujących pod światłym przewodnictwem Joëlle Leandre (kontrabas) i Krzysztofa Knittela (elektronika). Obok liderów (a może jedynie skromnych przewodników) w składzie grupy – niebywały głos kobiecy (Marta Grzywacz), dwie gitary (Marcin Olak, Wojciech Błażejczyk), klarnet (Mateusz Rybicki), trąbka (Olgierd Dokalski), akordeon (Zbigniew Chojnacki), skrzypce i altówka (Patryk Zakrocki), wibrafon (Dominik Bukowski), fortepian (Łukasz Ojdana) i perkusja (Krzysztof Gradziuk). Krótki, ale jakże misternie skonstruowany w czasie rzeczywistym fragment zbiorowej, kolektywnej improwizacji. Smakowita, nieco kameralistyczna narracja, która miała dwunastu dyrygentów i ani jednego nietrafionego dramaturgicznie pomysłu. Wyśmienite!


Dzień drugi

Skrzypce i kontrabas na pierwszy strzał wieczoru. Dagna Sadkowska przyszła na ten koncert od strony muzyki współczesnej, John Edwards - od strony krwistego i niewymownie pięknego free jazzu/ free improvisations. Połączyła ich skłonność do niczym nieskrępowanej improwizacji. Samo spotkanie było elektryzujące i buchało emocjami, choć narracja w wielu fragmentach balansowała na pograniczu ciszy, kleiła się do wielu jej wymiarów i kolorów. Anglik pokazał kunszt i wirtuozerię, których wielu z nas być może nie spodziewało się, znając jego eksplozywną grę na wszystkich europejskich scenach free. Polka nie była nachalna, często z kobiecą gracją czekała na to, cóż zdarzy się po stronie jej partnera. Efekt muzyczny zadowolił wszystkich.




Angielscy weterani gatunku – Trevor Watts (saksofony) i Veryan Weston (fortepian) grają ze sobą już kilka dziesiątek lat. Są prawdziwie pomnikowymi postaciami free improvisation. Tu rozbudowali swój duet o dwa instrumenty smyczkowe – wiolonczelę i skrzypce, a do występu zaprosili dwie duże młodsze panny, ale już o uznanych personaliach – Hannah Marshall i Alison Blunt. Jeśli ktoś oczekiwał, że napotka free jazz przeniesiony do filharmonii, to zawiódł się srodze. Muzyka kipiała energią, kolektywną i intuitywną improwizacją. Tam, gdzie muzyka współczesna styka się ze zdrowym hałasem, tam także, gdzie free jazz wpada w odrobinę kameralnej zadumy. To muzyczne pola rażenia tego niezwykłego kwartetu! Każdy z muzyków iskrzył pomysłami, a historii mieli do opowiedzenia opasłe tomy. Jeden z dwóch najlepszych koncertów festiwalu!

Na wieczór późniejszy trio, które znamy od lat, ale pewnie na żywo nie widzieliśmy nigdy (przynajmniej w kraju). Amerykańska pianistka Marylin Crispell, kobieta, która wyznaczyła kanon pianistycznej improwizacji u boku Anthony Braxtona, Barry Guy (by the way… świętujący na festiwalu 70-e urodziny!) na kontrabasie i Paul Lytton na perkusji. W tym miejscu w zasadzie można powtórzyć słowa, jakimi skomentowałem koncert Guya z Fernandezem. Bez zaskoczeń, jednakże na poziomie artystycznym osiągalnym dla niewielu. Wielka radość recenzenta, móc zobaczyć Crispell na żywo. Wyśmienita pianistka, jak każdy wybitny muzyk, potrafi zagrać wszystko, ale gra tylko to, co zechce.


Dzień ostatni

Z wielu powodów koncert otwarcia dnia trzeciego był dla mnie kluczowy na tej imprezie. I od razu skomentuję – okazał się najlepszy. Katalońskie Liquid Trio, które na tym koncercie wieściło światu ukazanie się trzeciej płyty, uzupełnione o dwóch znakomitych muzyków z polskim paszportem – zatem niechybnie Liquid … Quintet. Personalnie zaś: Agusti Fernandez (piano, głównie preparowane), Albert Cirera (saksofon tenorowy i sopranowy), Artur Majewski (trąbka i flugelhorn), Rafał Mazur (akustyczna gitara basowa) i Ramon Prats (perkusja). Od prawdziwie drapieżnego i wielowymiarowego free improv, po oczyszczającą ciszę, którą muzycy osiągnęli w niebywały sposób, kolektywnie schodząc step by step do ostatniego dźwięku i linearnie ograniczając skalę swoich ekspresyjnych zachowań. Prats grający stopą po werblu, Mazur traktujący smykiem swoją gitarę, która stawała się małym kontrabasem, Majewski z niebywałą umiejętnością wypełniania przestrzeni akustycznej dźwiękami w wysokim rejestrze, Cirera tryskający energią i pomysłami, kluczowy element kongenialnego wybrzmiewania nagrania, gdy pracował na sopranie nie używając ustnika, wreszcie Fernandez, który w każdej sekundzie najbardziej zagmatwanej improwizacji, wiedział jaki zagrać dźwięk. Doskonały koncert!




Duet dwóch kontrabasów - Joëlle Leandre i Barry Guy. Dwie najważniejsze postaci festiwalu, z racji zadań i zakresu obowiązków (każdy po trzy występy!). Nie będę opisywał techniki ich gry, wyobraźni i palety rozwiązań improwizacyjnych. To zawsze najwyższa skala oceny. To nie był koncert. To był spektakl teatralny. Muzycy prześcigali się w pomysłach, w zakresie wzajemnej komunikacji (Barry grał nawet przez moment na kontrabasie Joëlle, choć wcale nie zamieniali się instrumentami!). Finał wyniósł publiczność pod nieboskłon Centrum Sztuki Współczesnej. Guy, nie przestając grać na instrumencie, najpierw ułożył do snu swój kontrabas, a potem już wspólnie z partnerką, kontrabas Leandre. Emocje eksplodowały!

Finał nie mógł nie należeć do tej ostatniej - Joëlle Leandre Tentet. Trochę narracji z partytury, bardziej na zasadzie inspiracji i tworzenia ładu narracyjnego, niż chęci odgrywania gotowego materiału kompozytorskiego. Wybitni muzycy, których nazwisk nie wylistuję w całości, gdyż program festiwalu ich nie opisał, a na koncercie nie notowałem. Może przywołam jedynie tych muzyków, których znałem już wcześniej – zatem Theo i Valentin Ceccaldi (skrzypce, wiolonczela), Alexandra Grimal (saksofony) i Jean Luc Cappozzo (flugelhorn). Szczególnie urokliwe brzmiały instrumenty strunowe, których rola w Tentecie jest fundamentalna. W przeciwieństwie do płyty Can You Hear Me?, którą muzycy twórczo dekonstruowali na koncercie, improwizacja szczęśliwie dominowała nad materiałem skomponowanym. Przywołany wyżej tytuł był przy okazji naczelnym hasłem 12 edycji Festiwalu Ad Libitum.

Tak, słyszeliśmy Cię! I to jak!


poniedziałek, 9 października 2017

Colin Webster & Raw Tonk! Mission Possible!


Brytyjska muzyka improwizowana jest królową gatunku na Starym Kontynencie niemal od zawsze, a przynajmniej od pół wieku, jak to onegdaj ustalił w swych dociekliwych egzegezach Pan Redaktor.

Jak dowodzą najnowsze prace badawcze redakcji, taki stan rzeczy nie ulegnie zmianie zapewne przez kolejne pół wieku, albowiem pokolenia wartościowych sukcesorów muzycznych dokonań Johna Stevensa, Paula Rutherforda, czy Evana Parkera rosną w tempie geometrycznym. Świetnie ma się rynek wydawniczy w Zjednoczonym Królestwie, nie brakuje nowych inicjatyw, a punkowa zasada DIY (zrób to sam!) gdzieżby miała skuteczniej funkcjonować, niż w kolebce muzycznej anarchii, choćby tej spod znaku The Sex Pistols.

Dziś czas na kolejny dowód rzeczowy!!!! Label Raw Tonk obchodzi w tym roku 5 urodziny, wydał właśnie swoje trzydzieste wydawnictwo, a zatem wyjątkowy to moment, by przyjrzeć się muzyce coraz młodszych pokoleń brytyjskich muzyków improwizujących, mających w swych portfolio nagrania dla tej właśnie wytwórni.




Katalog RT poznamy w kilku odsłonach. Najpierw wnikliwie przyjrzymy się trójpakowi koncertowych nowości, który swą oficjalną premierę ma w najbliższy piątek. Potem omówimy zestaw tzw. płyt obowiązkowych w katalogu, tych, które już dziś – z perspektywy kilkunastu lub kilkudziesięciu miesięcy od ich wydania – uznać należy za wyjątkowo wartościowe osiągnięcia. Na moment zatrzymamy się przy wydawnictwach nietypowych dla katalogu, ale artystycznie bardzo cennych, a także nadstawimy ucho nad trzema płytami duetu, który potrafi pęcznieć aż do kwartetu. Na koniec zaś omówimy pozostałe płyty, które winny od czasu do czasu pozostawać w kręgu naszych zainteresowań.

Brytyjska młodzież atakuje! Niemal wszyscy muzycy, których personalia dziś padną, urodzili się w latach 80. wieku dwudziestego. Jednego z nich winniśmy przywołać już w samej preambule tekstu. To Colin Webster – rocznik 1983 - saksofonista, szef Raw Tonk i jego główny muzyk. Oś wszystkiego, co wartościowe w katalogu londyńskiej wytwórni. Dodajmy jeszcze, że z dużą częścią muzyków nagrywających dla Raw Tonk spotkaliśmy już w trakcie omawiania A New Wave Of Jazz Dirka Serriesa, a także dokonań wytwórni Tombed Visions z Manchesteru.


Koncertowy, jubileuszowy trójpak! (Live jubilee triptych!)

Pięć lat funkcjonowania Raw Tonk celebrowano wiosną tego roku. W takim przypadku … oczywistym zdaje się organizacja serii rocznicowych koncertów. Tak też się stało. Obecnie, a dokładnie w piątek trzynastego (!), oficjalną premierą będą miały trzy dokumentacje tychże wydarzeń artystycznych. Wszystkie wydane zostały w formie CD-r, w limitowanym nakładzie 100 sztuk. Na początek odpalmy dysk – nie może być inaczej – z Colinem Websterem w roli głównej!




Webster/ Lisle Live at De Singer (RT029, CD-r). Miejsce przywołane w tytule płyty, Belgia, 18 marca br. Saksofon altowy vs. perkusja! Dwa fragmenty w jednym traku, 33 minuty.

Alt w konwulsyjnym uścisku z pure aktywną perkusją! Start tego krążka musi rwać trzewia! Wyobraźnia Colina, jego brzmieniowy asortyment budzą respekt od pierwszej sekundy. Lisle trzyma krok i błyskotliwie kontrapunktuje. W 10 minucie zwalniają tempo o połowę, ale są równie przekonywujący w dziele niszczenia (… naszych wątpliwości). Dwuskładnikowe free, jakże soczysta edycja! Po chwili alt zostaje sam i snuje piękną, dygresyjną opowieść z licznymi przypisami. Webster udowadnia, że ma końskie zdrowie i niewyczerpalne zasoby energii, co daje mu pewien handicap w kreowaniu emocji na scenie. Przy okazji, jest kompetentny na każdym z saksofonów (patrz: dalsza część tego tekstu), ale zdaje się, że ten altowy, to jego ulubieniec. Rozbija bank! Lisle nie jest tu choćby o ułamek sekundy spóźniony. Łeb w łeb! Dźwięk za dźwięk! (Będziemy mieli okazję za kilka akapitów przekonać, że ich wyczyny nie mają charakteru jednorazowego). W formule duetowej ci dwaj muzycy po prostu eksplodują! Dużo przestrzeni między nimi, multi wyobraźnia w głowie każdego z nich! W drugim fragmencie tego krótkiego koncertu (rodzaj bisu, być może), muzycy płyną w nieco spokojniejszym metrum. Zwinni, jak koty w cieczce, generują po tysiąc dźwięków w jednostce czasu. Lisle jakby czytał Websterowi z ruchu warg. Gigantyczna synergia! Bo to w duecie najszybciej rodzi się jakość. (Za parę chwil wysłuchamy ich także w kwartecie i trio. Niesamowity poziom tamtych nagrań, to nie przypadek). Finałowe wybrzmienie też nie jest banalne. Pasaże altu z nutą free jazzowej melancholii, na tle nadaktywnego, ale subtelnego drummingu. What a game!




Ma/ti/om  Live in London (RT030, CD-r). Dwa koncerty tria z marca i czerwca br. W składzie: Matilda Rolfsson (bęben basowy i perkusjonalia),  Tim Fairhall (kontrabas) i  Tom Ward (klarnet basowy i flet). Łącznie niespełna 52 minuty, wprost z Londynu.

At Hundred Years Gallery. Na dobry początek dostajemy dość skromne pląsy kontrabasu ze smykiem, klarnetu basowego i perkusjonalii, prowadzone na modłę odrobinę kameralistyczną. Całość jest zwinnie improwizowana, ale daleka od jazzowych naleciałości, jakie mógłby sugerować skład instrumentalny tria. Narracja jest cząsteczkowa, molekularna, muzycy lubią dyskutować przy pomocy krótkich fraz lub wręcz pojedynczych dźwięków. Jakby na przekór tezom wstępnym recenzenta, już w 3 minucie Matilda swinguje za pomocą szczoteczek perkusyjnych. Natrafiamy też na intrygujące dialogi kontrabasu i klarnetu basowego, prowadzone, co oczywiste, w bardzo niskich rejestrach. W tak zwanym międzyczasie odnotowujemy wiele wyciszeń narracji i kameralistycznego tłumienia emocji, zwłaszcza, gdy do akcji wkracza flet. Co rusz trafia się ciekawa ekspozycja kontrabasu ze smykiem, także niebanalny i urozmaicony drumming. W ramach niepodzianki, w okolicach 12 min. jedyna kobieta w składzie (Norweżka zresztą) serwuje nam zmyślną i dynamiczną synkopę. Ona sama, kilka minut później zaskoczy nas także próbami gardłowej, pijackiej wokalizy. Narracja toczy się na tyle wolno, iż w 20 minucie doświadczamy nawet kompletnej ciszy na scenie. Szczęśliwe sam koniec pierwszego z koncertów upływa nam w towarzystwie prawdziwie free jazzowych zadziorów ze strony klarnetu basowego, któremu wtóruje walking kontrabasu i hałas na talerzach.

At IKLECTIK. Twardy smyczek i dudniący bass drum, to scena otwarcia drugiego koncertu. Ciekawa rytmicznie narracja, jako skutek tejże, z fletem, niczym wisienką na torcie. Gdyby jednak ktoś zapytał, który z instrumentów ma tu najwięcej do powodzenia, to odpowiedź może być tylko jedna – kontrabas, i to wyposażony w smyczek. W 13 min. czas na kolejną, molekularną wymianę poglądów, która łapie rytm i popada w spory galop, jak na standardy tego składu. Wyciszenie jest jednak szybkie i dość gwałtowne. Tu rolę główną gra akurat klarnet basowy, który płynie brudnym, szemrzącym strumieniem. Finałowe pasaże drugiego koncertu nie budzą jednak nadmiernej ekscytacji recenzenta. Zresztą, w ramach reasumpcji, nie sposób nie zauważyć, iż nie każdy fragment Live in London, obfitował w odpowiednią dawkę kreacji i artystycznego pomyślunku. Ostatnie 120 sekund podnosi minimalnie poziom adrenaliny po obu stronach sceny, ale wybrzmienie finalnego dźwięku nie kieruje wzroku recenzenta w stronę przycisku play again.




Dunning/ Serries  Live In The Lowlands (RT028, CD-r). Dwa kolejne dni marca, ponownie dwa koncerty na jednym dysku (jeden z Belgii, drugi z Holandii). Na blisko 50 minut oddajemy nasze uszy we władanie duetu: Graham Dunning (turntable, dubplates, spring reverbs, objects) & Dirk Serries (gitara).

Live at De Singer. Sample, szczypta field recordingu (?), trzaski na kablach i nieistniejących winylach, w konfrontacji z chilloutową gitarą elektryczną na dużym pogłosie. Narracja elektroniczna nieco rwana, chaotyczna, nielinearna, w opozycji do gitarowych, trwających pasaży. W 8 minucie Serries wycofuje się na jeszcze głębszy plan i generuje niepokojące flażolety, ledwie muska struny, trochę je pociera. Zwinnie eskaluje się w ciszy poprzez błyskotliwe, oniryczne drony. Elektronika aż milknie na moment z wrażenia. Choć już w 17 minucie zdaje się recenzentowi nazbyt inwazyjna, delikatnie kalecząc dotychczasowy nastrój koncertu. Reakcja gitarzysty jest natychmiastowa – intensyfikuje narrację, choć ciągle atakuje z dalekiego planu. Ponieważ na kablach skwierczy już naprawdę silnie, finał pierwszego spotkania upływa nam na czymś w rodzaju eskalacji, w tej dość wszak nietypowej aurze instrumentalnej.

Live at De Ruimte. Na początku drugiego epizodu – tym razem coś na kształt sonorystyki kabli i strun gitary - kluje się piękna historia. Dirk preparuje za progiem gryfu, a po stronie Grahama jakby więcej inwencji i kreacji. W 6 minucie witamy się z ciszą. Aż strach głośniej westchnąć na widowni. Bodaj najbardziej spokojny fragment w całym katalogu Raw Tonk. 12 minuta – rzadka na tym dysku próba wyraźnej interakcji pomiędzy gitarą, a komputerem. Skutkiem tego, odrobina dramaturgicznego zamętu. Gitara buduje nowy dron, który swą urodą tłamsi ambiwalencje recenzenta. W okolicy 20 minuty muzycy grają już głośniej. Podskórny nerw pcha tę narrację na szczebel wyższej oceny. Na finał rodzaj wybrzmienia, które bardzo służy temu scenicznego wydarzeniu: ciche medytacje, artystyczny sarkazm mikronarracji, która buduje entuzjazm recenzenta.


Perły w koronie! (Pearls in the crown!)

Bez zbędnej introdukcji, niezwłocznie przystępujemy do prześledzenia sześciu spektakli muzycznych, których dźwiękowe dokumentacje winny w ogóle nie opuszczać Waszych odtwarzaczy!




Dikeman/ Serries/ Lisle/ Webster ‎ Live At Cafe Oto (RT013, CD-r). Jesteśmy na koncercie kwartetu (kwiecień, 2015), który dobrze znamy z innych opowieści na tych łamach. Dwa saksofony (John Dikeman na tenorze i Colin Webster na barytonie) na przeciwległych flankach, gitara elektryczna (Dirk Serries) i perkusja (Andrew Lisle) atakujące centralnie. Jeden trak, sam konkret – 32 minuty.

Od pierwszej sekundy, dynamiczny free jazz, kreowany przez ostrokanciaste saksofony, rockową perkusję i tłustą gitarę, na gryfie której mają miejsce niezwykle energetyczne zjawiska. Już w 5 minucie dopada nas pierwsze studzenie emocji – drony dęciaków, metaliczny background gitary. Industrialny taniec onirycznych wielodźwięków, które prowokują się wzajemnie do eskalacji (doskonałe!). Dynamiczne wstanie z kolan ma miejsce już w 11 minucie. Kolejne kilka minut i ponowny przystanek, podczas którego hałaśliwa gitara krzyczy, zdziera gardło i rozrywa struny. Saksofon z prawej wyje w wysokim rejestrze, a my poddawani jesteśmy bez chwili wytchnienia emocjonalnemu down and up. Następny bieg pod górę odbywa się w estetyce brotzmannowskiej – konwulsyjne wrzaski z gorejących tub! Jedna z nich zwinnie zapętla się na dronie gitary. Ta ostatnia stoi jednym dźwiękiem, gdy wokół trwa galopada w najlepsze. Muzycy po stanie wrzenia lubią się szybko tłumić, nie pędzą na złamanie karku, ciągle szukają ciekawszych rozwiązań. Finalny orgazm odbywa się przy dźwiękach samotnego saksofonu! Perfekcyjne!




Kodian Trio  Live At Paradox (RT019, CD-r) & Volt / Pletterij  (RT025, kaseta). Trzy holenderskie koncerty tria, jakie miały miejsce między marcem, a majem ubiegłego roku. Akurat te, które ukazały się wcześniej, są tymi późniejszymi, ale to bez znaczenia. Colin Webster (tu, saksofon altowy), Dirk Serries (gitara elektryczna) i Andrew Lisle (perkusja) – konstatacja tych bystrzejszych: Kodian Trio, to kwartet z poprzedniego akapitu, uszczuplony o jedną rurę!

Paradox (37 min.): pretekstem do improwizacji jest tu jazzowe frazowanie gitary i dość wyważonego altu. Tonacja molowa, stukot drummera. Intryga narracyjna buduje się wokół fikuśnych, modulowanych pętli na gryfie gitary i rosnącego dramatyzmu sytuacyjnego perkusji. Alt przyczajony, czeka na żerowisku. Galop zaczynamy w 6 min., a zdobi go świetny dialog saksofonu i gitary! Pod koniec pierwszego kwadransa muzycy schodzą piętro niżej. Piękne pasaże smyka na gryfie, prawdziwe violoncello na kwasie! Alt, przy wtórze orkiestry talerzy, wchodzi na drugiego. Kluje się z tego incydentu prawdziwe ptaszysko o niepoliczalnych walorach estetycznych. Drży, grzmoci i wymiata! Czego, by muzycy nie wymyślili, efekt przerasta ich oczekiwania. Okolice 27 minuty – znów pląsy na gitarze i altowe intrygi na dyszach rozgrzewają długopis recenzenta. Brak zahamowań gatunkowych, jakże służy tej improwizacji. Finałową ścieżkę koncertu tyczy kolejny wartościowy dialog Colina i Dirka, budowany na zwinnej i cierpliwej ekspozycji Andrew.

Volt (36 min.): dynamiczny start szorstko brzmiących instrumentów, zwłaszcza altu. Wyostrzone krawędzie, jedynie słuszne decyzje dramaturgiczne. Drummer idealnie wkleja się w te improwizowane puzzle. W okolicach 13 minuty, Serries zaczyna rozrabiać – pętli się na strunach, moduluje dźwięk, ma tysiące pomysłów na sekundę, stawia też znaki zapytania. Webster jedzie na bezdechu już chyba drugą godzinę. Lisle słusznie zaś czyni, pozostawiając partnerom sporo miejsca. 18 minuta obwieszcza zejście do piwnicy. Narracja staje w miejscu, plamy dźwiękowe wiją się wokół siebie, tańczą złowieszczo (bajka!). Koncert talerzy, cuda na gryfie gitary (Serries każdego sprowadzi na manowce, tu jakże urocze!). Młodzi Anglicy niechybnie czekają na to, co zrobi sporo starszy Belg. Finalna erupcja! Trudno o lepszy, bardziej perfekcyjny komentarz.



Pletterij (29 min.): start bliźniaczy do wyżej omówionego koncertu, ale to nie dziwi, gdyż na osi czasu jesteśmy zaledwie 48 godzin… wcześniej! Może jedynie wejście dynamicznej perkusji następuje nieco wcześniej. W okolicach 4 minuty, intrygujące, wypasione solo gitarowe w oldschoolowych klimatach. Agresywnie, zawadiacko, z ostrogami! Alt także potrafi pohałasować! 10 minuta wyznacza radykalny stop narracyjny. Gitara kompletnie zmienia swój tryb pracy. Gra blue-ambient, cokolwiek to znaczy w ustach recenzenta. Systematycznie plami przestrzeń smugami dymu z papierosów. Alt, bez krzty wątpliwości, chce być partnerem w tej nieśpiesznej rozmowie. Jesteśmy u wezgłowia ciszy i jest nam niewymownie dobrze. Cóż ten Webster nie wyprawa na dyszach?! Cuda niebywałe! Narracja stoi, a Lisle śpi. Serries prostym środkami wzbudza eksplozję wyobraźni u saksofonisty. Ornamenty na talerzach wybudzonego drummera nie mogą tu być lepszym komentarzem. Niespodziewanie zostaje sam na scenie i bez trudu czyni wartość dodaną w tym niezwyczajnym spektaklu ciszy i niepokoju. Powrót gitary jest odrobinę wulgarny akustycznie, ale broni się porcją innowacyjności. Alt pętli się , czyli definitywnie wracamy do świata żywych (19 min.). Wysokogatunkowy galop nie jest zaskoczeniem. Noise where ever you want! 24 minuta i Serries znów bierze na siebie odpowiedzialność za punkt zwrotny. Webster wchodzi w tę pyskówkę i kreśli myśl przewodnią. Kolejny szczyt ze spermą na nieboskłonie! Opus magnum Kodiana, jak do tej pory.




Webster/ Lisle ‎Firehouse Tapes (RT014, kaseta). Proces dekonstrukcji kwartetu, który otworzył ten rozdział, trwa w najlepsze. Jesteśmy w The Old Fire Station w Londynie, a przed nami już tylko dwóch muzyków – Webster, tym razem na barytonie i tenorze, oraz Lisle, niezmiennie za zestawem perkusyjnym. Data dokładna nieznana (‘14 lub ’15 rok). Ważna uwaga edytorska – muzyka jest nagrywana wprost na kasetę magnetofonową! 6 utworów, 42 minuty.

Barytonowe intro, drobne incydenty na tomach i rezonujących talerzach. Majestatyczny dron z rury w opozycji do sonoryzującej perkusji. W drugim odcinku kolektywne, czupurne, dotykowe free improv. W trzecim, zdarzają się szczoteczkowe, swingujące pląsy, podczas gdy tenor rozszerza techniki artykulacyjne. Efektem, wysokogatunkowy free jazz w wersji modelowej. Świetny drummer, zdecydowanie najlepszy partner Webstera na tym instrumencie w katalogu RT (a dwóch jeszcze poznamy). W czwartym udowadnia tezę recenzenta perfekcyjną solówką. Piąty fragment tryska wytrawną sonorystyką na talerzach i gruboskórnym barytonie, którą wieńczy urocza dynamizacja. Finałowy odcinek, konwulsyjny, pełen zdrowych emocji – udana puenta świetnej płyty!




Colin Webster/ Andrew Lisle/ Alex Ward ‎ Red Kite (RT009, CD). Pozostajemy przy duecie Webster & Lisle. Cofamy się w czasie o kilkanaście miesięcy i lądujemy w The Cro's Nest (gdziekolwiek to jest; nagranie raczej bez publiczności). Na trzeciego, w tygiel improwizacji wchodzi Alex Ward na gitarze elektrycznej. Parametry liczbowe wydarzenia wyznacza ta sama cyfra – 4 utwory, 44 minuty.

Tę podróż zaczynamy przy wtórze błyszczącej sonorystyki barytonu, talerzy i gitary, która szuka odpowiedniego sprzężenia, a także właściwej interakcji ze światem akustycznych dźwięków. Gęsto, tłusto, bark w bark. Początkowe działania saksofonisty i perkusisty mają znamiona, być może, nadmiernego szacunku dla nieco starszego i odrobinę bardziej rozpoznawalnego medialnie gitarzysty. Nie brakuje surowego oniryzmu, adekwatnej psychodelii (tu szczególnie ze strony Warda, ale koledzy udanie konweniują). Bez dwóch zdań – pełnokrwiste free improv! 8 minutę zdobi niebanalny hałas, kolektywnie cumowany w zwinnej improwizacji, którą charakteryzują częste zmiany tempa i natężenia dźwięku. Pierwszy odcinek tego nagrania trwa blisko 20 minut, a recenzent rozpoznaje co najmniej 4-5 znaczących punktów przegięcia. W drugim odcinku muzycy perfekcyjnie wchodzą w molekularny dialog (trójlog?) na pograniczu ciszy. W trzecim zaś, zagłębiają się w nieco jazzowe frazowanie, zwłaszcza na linii saksofon – gitara. Wykluwa się z tego wysokogatunkowa free eskalacja. Fragment końcowy zdobią dynamiczne przepychanki, czynione w bogatym sonorystycznie środowisku akustycznym. Muzycy ponownie potrafią, bez szwanku dla swej ekspozycji, zejść na poziom metafizyki godnej AMM. Gęsty finał wyznacza bardzo wysoką cenzurkę dla tej płyty!

George Hadow/ Dirk Serries  Outermission (RT026, CD). W przypadku tej akurat płyty, recenzent pójdzie na skróty i podczepi link, albowiem to świetne - skąd inąd - nagranie było już recenzowane na Trybunie – tu szukaj


Efemerydy (Ephemeris)

Nagranie solowe, a także oktet saksofonów, to z całą pewnością zjawiska nieczęste w katalogu Raw Tonk. Przekonajmy się, czy ich muzyczna zawartość warta jest naszego bezcennego czasu.




Dirk Serries  Etched Above The Bow Grip (RT018, CD). Studyjna rejestracja Dirka (gitara, amplifikacje i efekty), z Anderlechtu, poczyniona w roku 2015 I dedykowana pamięci Dereka Baileya. 11 improwizacji z tytułami, 38 minut.

Dziewięć krótkich i dwie dłuższe opowieści. Każda inna, każda posadowiona w nieco odrębnej stylistyce. Być może drobny koncert życzeń stylistycznych. Pierwsza – szorstka, metaliczna, z odrobiną twardych przedmiotów na gryfie. Druga – pełna rockowych przesterów. Trzecia – eksperymentalna elektronika zakleszczona pomiędzy ołowianymi strunami. Czwarta – intelektualne Black Sabbath, jakby muzyk miał za moment zaintonować Iron Man. Piąta – punkowe zgrzyty, w tle noise’owe improwizacje. Szósta – boogie zatrzymane w kadrze, zręczny jak kot, blues na sterydach. Siódma – kosmiczny sustained fuzz! Ósma – noise and rock and roll! Hendrix na głodzie. Dziewiąta – próba zrównoważonej synkopy w stanie zaniechania. Dziesiąta – brudny dron, który przez ponad 5 minut wije się, jak martwy wąż. Jedenasta – cicha, stonowana opowieść, która ledwie dotyka strun. W tle tętni wzmacniacz, może to jednak cisza oddycha. Po strunach grasuje niesforny smyczek, który generuje nanodrony. Być może najspokojniejszy fragment muzycznego życia Dirka Serriesa.




Saxoctopus  Saxoctopus (RT012, CD-r). Osiem dęciaków drewnianych w stanie zbiorowego orgazmu! Alty - Dee Byrne, Julie Kjær i Oliver Dover, barytony - Cath Roberts i Colin Webster, wreszcie tenory - Rachel Musson, Sam Andreae i Tom Ward. Cztery kompozycje indywidualne (tu: scenariusze improwizacji) i jedna, najdłuższa, przeto zbiorowa. 44 minuty.

Jeden: dyskretny dyrygent czuwa (nazwisko nieznane), muzyka toczy się zwartym szykiem, ale jakby kierowała się własnym porządkiem. Piękne, dęte wielogłosy, piekielne chóry anielskie. Upiorna ballada. Gotycka symetria instrumentalna. Dwa: swingowa zajawka, potem free contemporary' jazz pyskówka. Wymiana jedynie słusznych poglądów. Diabelsko urocze! Trzy: 18 minut emocji. Mróweczki szemrają. Epickie, skupione, wielowątkowe opowieści z ośmiu rur. The most free composition! Ornitologiczny zakład dla pozytywnie obłąkanych. Cztery: energia, garść patosu podawanego unisono, ciało w ciało. Pięć: szczypta krnąbrnej polifonii (inspirowana Roscoe Mitchelem). Chocholi taniec nad przepaścią. Mantra? Yes, It is!


Duet, Trio i Kwartet

W tej właśnie chwili pochylimy się nad wspólnymi nagraniami Colina Webstera z perkusistą Andrew Cheethamem. Recenzent od frontu winien jednak odszczekać fakt, iż pierwsza z omawianych tu płyt, w duecie, nie posadowiona została w rozdziale Perły w koronie. Jest bowiem istotnie doskonała, a za moment przekonacie się dlaczego!




Colin Webster/ Andrew Cheetham  A River Carving Ever Through The Land (RT027, CD). Studyjna, tegoroczna rejestracja (najdłuższa w katalogu - 68 min.!). Siedem odcinków, siedem ton wysmakowanych i wyjątkowych, pod wieloma względami, dźwięków. Free jazzowy duet na saksofon (tu, naprzemiennie baryton, tenor i alt) i pełny zestaw perkusyjny, który swą klasą czyni wypieki na twarzy recenzenta, choć od 50 lat wydaje się, że w tej sytuacji scenicznej, wiemy dokładnie, czego się należy spodziewać.

1. Brudny tenor w stanie permanentnej eskalacji. Czujna i wysoce kompetentna perkusja. Wszelkie komplementy, jakie padły już w tym tekście na temat gry Webstera i jakie jeszcze padną na kolejnych stronach tej epistoły, tu odnajdują rację bytu! Drummer pnie się na jazzowo i jest z Colinem, w każdej chwili tej rejterady, absolutnie na bieżąco. Ma delikatny odczyn adhd, ale ten rodzaj ekspresji dobrze robi gotującemu się saksofoniście. 2. Andrew zwinny jak kot, lubi uderzać w stopę, niczym Tom Bruno. A saksofon płynie i skomle jak oszalały. Pomnikowe postaci saksofonowej historii free jazzu łypią na niego okiem zza światów i nie kryją uznania! Już w 3 minucie, zdecydowane zejście w dół. Talerze drżą, saksofon szuka sonorystycznej riposty. Prycha na dyszach i zasłuchuje się w rezonujące przedmioty partnera. Następujący tuż potem powrót do żywiołowego free – palce lizać! 3. Baryton w wolniejszym tempie, w tle skupiony, precyzyjny drumming. Wykwintne talerzykowanie, podczas gdy dęciak płynie po oceanie i unaocznia urodę swego naturalnego tembru. 4. Dynamiczny alt plecie błyskotliwe pasaże, tym razem bez znaczących zwrotów dramaturgicznych. Czysty popis umiejętności improwizacji na instrumencie dętym, drewnianym. Niczym nie ustępuje perkusista, choć na liście rankingowej drummerów Webstera klasyfikujemy go na drugiej pozycji (zaraz po Lisle!). 5. Petardy z tenoru ścielą się gęsto. W 4 minucie odrobina wyciszenia, jakże adekwatna. Dwa tempa wolniej na ułamek sekundy, ale energia kinetyczna Colina rozsadza ten numer! Udaje mu się wszakże zamilknąć i stworzyć przestrzeń na molekularne solo perkusisty. Separatywne epizody Cheethama powracają co kilka chwil. To zdecydowanie odcinek pod jego dyktando. 6. Altowe pasaże na 200% mocy. Z takim natężeniem emocji Webster nie może nie zostać za kilka lat prawdziwym tytanem free jazzu! 3 minuta – spowolnienie prawdziwie aylerowskie. Wzlot tuż po nim, podobny. 5 minuta – szczypta konstruktywnej ciszy na dyszach. A po chwili, bodaj trzeci sposób artykulacji Webstera, choć to dopiero 7 minuta partii. Tu zdaje się zadumany i chyba ma jednak w ustach saksofon tenorowy. 7. Spokojna, wyważona sonorystycznie rozbiegówka. Ale to tylko pozór – na finał znów tony potu i łez! Świetna galopada! Płyta ma prawie 70 minut, a nie uświadczyliśmy choćby sekundy nudy!




Andrew Cheetham/ Colin Webster/ Otto Willberg ‎ The Small Departs, The Great Approaches (RT020, CD). Fantastyczny duet, który rozpalił do czerwoności kajet recenzenta chwilę temu, zostaje na scenie (Websterowi ubywa jednak saksofonu altowego). Dołącza do nich kolejny brytyjski aspirant/ następca tronu – Otto Willberg na kontrabasie. Wir historii usadowia nas tym razem w Islington Mill/ Salford – jest środek lipca 2015 roku. Dwa odcinki, łącznie 42 minuty.

One. Groźne pomruki kontrabasu zwiastują burzę z piorunami. Póki co, przed nami soczysta narracja free improv. Ojcowie założyciele gatunku mogą być dumni! Smyk na kontrabasie rozrywa podłogę, a istotnie wartościowa eksplozja dęta dopada nas już w 4 minucie. Konwulsyjna, ponadgatunkowa ekspozycja. Na wytłumienie czekamy jakieś 7 minut. Znów błyszczy kontrabasista! Naprawdę intrygujące rzeczy dzieją się na scenie, czemu sprzyja niekonwencjonalny drumming. Two. Kontrabas na czele stawki (tak już chyba musi być w tej historii), dużo eksploruje na smyku. Wulkan energii od startu, muzyka krzyczy i dotkliwie kąsa! Przycisk stop zostaje wciśnięty po 10 minucie – urocze szurania, szepty i oddechy, jakby muzycy w ciszy szukali punktu odniesienia dla swych pomysłów dramaturgicznych. Talerze w kontrataku! Saksofon eskaluje się na kwasie, w czym pomaga mu zwinny walking kontrabasu. Tuż po upływie kwadransa, jakość narracji sięga szczytu i konstytuuje wysoką cenzurkę dla całej płyty. Potem już tylko solowy incydent na kontrabasie i finałowa galopada, bazująca na trzech składowych – progresywnej perkusji, wijącym się wokół siebie kontrabasie i luxtorpedzie na tenorze!




David Birchall/ Andrew Cheetham/ Colin Webster/ Otto Willberg ‎ Plastic Knuckle (RT022, CD). Był duet, było trio, czas zatem na kwartet. Do trójki muzyków sprzed chwili dołącza gitarzysta David Birchall. W grudniu 2015 roku Panowie improwizowali przez niespełna 37 minut. Swoją dźwiękową ekspozycję podzielili na trzy części, dwie dłuższe i jedną nieco krótszą.

Pierwszy. Jazzowe frazowanie na starcie nie powinno zmylić naszej czujności. Swoboda improwizacji szybko odrywa muzyków od schematów narracyjnych. Pierwsza eskalacja wszakże odbywa się wedle starej zasady Kupą Mości Panowie! Gitara czyni hałas w ekspresji godnej mocarzy noise’ rocka, sekcja brnie pełna energii, a saksofon wchodzi w otwarte pyskówki z instrumentem strunowym, wymienionym na początku tej charakterystyki. Starcie wygrywa dęciak i płynie dalej agresywnym, kanciastym tembrem. Refleksja recenzenta: subtelności nagrania w trio, a wcześniej w duecie, nie są, póki co, naszym udziałem. Hałas wygasza się na strunach kontrabasu i gitary, przy chórze talerzy. Saksofon wraca na ubity grunt i ciągnie narrację kwartetu w zdecydowanie ciekawsze zakamarki improwizacji (jakież pocałunki na dyszach!). Wejście do gry smyka jeszcze wzmaga uśmiech na twarzach słuchaczy i strukturyzuje wstępną fazę ponownej eskalacji. A ona sama, po chwili, zdecydowanie bardziej wyrazista niż na wstępie. Drugi. Sprzężenia gitarowe tworzą nowy punkt odniesienia dla improwizacji. Zaczynamy oniryczny, plamisty i wyuzdany Ghost Dance (tytuł utworu). Solowa introdukcja gitarzysty trwa niemal cztery minuty. Saksofon buduje dron, a perkusja ma zaszyty nerw, który możemy interpretować bardzo rytmicznie. Struny metalizują się i wpadają w niebanalny rezonans. Eskalacja w takiej aurze jest błyskotliwa i jedyna w swoim rodzaju. Istotnie taneczna, pod dyktando gitary i niezwykle energetycznej perkusji (głównie talerzy). Saksofon pozostaje w roli komentatora. Każdy z muzyków czyni tu prawdziwie wartościowe rzeczy. Ostatni. Zdecydowany powrót do klimatu pierwszego odcinka. Pięciominutowe resume. Dynamiczny free jazz, czyli konwulsyjnie zawody na linii gitara-saksofon. Ta pierwsza w drobnej przewadze. Power & noise not for everyone!


W kręgu naszych zainteresowań (In our interest)

Przed nami ostatnia odsłona rozbudowanego fjuczersa o Raw Tonk. Płyty, które bez cienia wątpliwości warte są naszej uwagi, jakkolwiek w konfrontacji z wyżej omówionymi, trzymają delikatnie niższy poziom, zatem dopuszczamy możliwość obcowania z nimi nieco rzadziej. Zaczniemy wszakże od kolejnego duetu Webstera z perkusistą.




Colin Webster/ Mark Holub ‎The Claw (RT001, CD). Rury Colina tym razem są następujące: alt, tenor i baryton. Mark zagra na pełnym zestawie perkusyjnym. Nagranie pochodzi z roku 2012, ale więcej szczegółów nie znamy.

Dziesięć zwinnych, nieprzegadanych historii o silnym, jazzowym idiomie. Przebogata paleta artystycznych środków wyrazu, głównie jednak ze strony saksofonisty i jego trzech instrumentów dętych, drewnianych. Agresywny baryton, dynamiczna, rockowa perkusja – to słyszymy od pierwszej sekundy tego nagrania bez oklasków. Zróżnicowane tempa, nastroje, smutki i radości. Dobra kooperacja, choć bez fajerwerków po stronie drummera (jego gra, odrobinę jednowymiarowa). Choć idzie za Websterem step by step, nie gubi śladów i trzyma poziom. W drugiej części płyty natrafiamy na dłuższe opowieści, ze szczyptą nostalgii i brakiem pośpiechu. Saksofon snuje rozbudowane pasaże, w tej roli jest nie mniej smakowity. Drums na wybrzmieniu bez ekscytacji, choć trudno odmówić muzykowi kompetencji.    




Dead Neanderthals ‎ ...And It Ended Badly (Gaffer Records/ Raw Tonk ‎– RT002, CD). Taka nazwa zobowiązuje! Odpowiedzialni: Rene Aquarius na perkusji oraz Colin Webster i Otto Kokke na saksofonach. 31 minut konkretnych emocji, podzielonych na sześć odcinków specjalnych, nagranych na żywo w grudniu 2012 roku.

Od startu, dynamiczny punk & noise, wersja improwizowana! Eskalacja w stanie orgazmu permanentnego (cytując krajowych poetów)! Trochę zawodów, kto głośniej, ale na wysokim, ze sportowego punktu widzenia, poziomie. Brzmienie surowe (raw), jak na Raw Tonk przystało! Ale i brutalnie urokliwe. W wolniejszych tempach (choćby trzeci odcinek), muzycy pięknie łapią dryl i od banalnej z pozoru melodyki, zwinnie biegną w kierunku eskalacji. Dyskusji dwóch rur przy mocnym drummingu nie ma końca. W czwartym fragmencie, ten proceder idzie im jeszcze lepiej. Muzyka bez udziwnień, komunikatywna i pełna pozytywnych emocji. Ayler wstaje z grobu i jest zachwycony!




KTHXBYE ‎ Details (RT016, CD-r). Kolejne trio z Colinem Websterem (tu, saksofon tenorowy), tym razem z przyjaciółmi z Norwegii – na perkusji Brage Tørmænen, na gitarze elektrycznej Stian Larsen. Nagranie studyjne z Londynu, rok 2015 (?), trzy kwadranse z minutami.

Noise attack over Europe! Z gitarą o bardzo rockowej proweniencji w ważnej roli! Siedem konkretnie mocnych opowieści o braku artystycznych zahamowań. Gęstych, kipiących emocjami, iskrzących, ociekających jeszcze ciepłą spermą. W trzecim, najdłuższym fragmencie gitara mantrycznie repetuje, kreując przy tym impulsywny rytm. Saksofon i perkusja budują na nim intrygującą eskalację. Webster przejmuje ster i uroczo wiedzie trio na zatracenie, ale jakże wyśmienite! Galopada z rozkwitającą gitarą, godna wszelkich laurów. Czwarty odcinek jest równie wartościowy i choć tym razem spokojny, to jednak narracyjnie gęsty, ze świetnym, suchym frazowaniem gitary. Jeśli słuchacz przebije się przez ścianę hałasu dwóch pierwszych fragmentów, czeka go prawdziwa uczta w dwóch kolejnych. Piąty i szósty odcinek znów ociekają krwią, są jakże dynamicznym przykładem free jazz-rocka na 120%!  W ostatnim muzycy udowadniają jednak, że również w rejonach bliższych ciszy radzą sobie bardzo dobrze.                                                                                                                                                                                                                                                          


Tejero/ Webster/ Serrato/ Díaz ‎ Spain Is The Place (RT015, CD-r). Kwartet z Colinem Websterem! I zgodnie z tytułem płyty, z silnym akcentem hiszpańskim! A personalnie, bohaterowi dzisiejszej opowieści (saksofon barytonowy i tenorowy) towarzyszą: Ricardo Tejero – saksofon altowy, Marco Serrato – gitara basowa i Borja Díaz – perkusja. Studio w Londynie, wrzesień 2015 roku, ponad 50 minut.

Bas, bas, bas!!!! Chciałoby się zawyć! Baa, gitara basowa, mocno sfuzzowana, cielista i rwąca tynk ze ścian. Heavy metal death! Pierwszy numer, to melodyjne próby przebicia się saksofonów przez mur. Nieskuteczne – dodajmy. W drugim koniec subtelności. Dynamiczna wymiana ciosów.11 minut eskalacji i noise’owej szamotaniny. Zgadnijcie kto wygrał? W trzecim odrobina sonore, które brzmi, jak rżenie konia, który za chwilę i tak pójdzie w galop. W czwartym prawdziwa ulga… całe trzy minuty bez gitary basowej. Popis szorstkich saksofonów (mają dla siebie miejsce!) nie trwa jednak w nieskończoność, bo łobuz z czterema strunami powraca. Złowieszczo burczy, zatem tę akurat opowieść da się nawet polubić. W szóstym ciekawa narracja, jakby jeden duet na drugi duet. Basówka ma nanosekundę innego frazowania i nosi ono znamiona improwizacji! W ósmym, na finał, dwa pokancerowane i okrwawione saksofony, a także jurny bas w stanie akustycznego letargu. Perkusja na tym korzysta.

Na definitywny już finał prezentacji katalogu Raw Tonk pochylimy się nad dwoma duetami. Tym razem już bez udziału muzycznego Colina Webstera (tu, poza faktem bycia wydawcą, jego rola sprowadza się do projektu graficznego okładki). Przy okazji obie płyty, to tegoroczne nowości.




Ripsaw Catfish ‎ Namazu (RT023, CD). Saksofon barytonowy w ustach Cath Roberts, w parze z gitarą elektryczną w dłoniach Antona Huntera. Dwa ubiegłoroczne epizody klubowe, jakkolwiek ten drugi chyba bez udziału publiczności – pierwszy z września, z Cafe Oto, drugi z listopada, z IKLECTIC (oba przybytki kultury, to oczywiście Londyn). Całość zamyka się w 48 minutach.

Oba nagrania są do siebie bardzo zbliżone. Narracja jest umiarkowanie stabilna, a jeśli muzycy popadają w eskalacje, to czynią to na ogół jednocześnie. Jednakże sam poziom kooperacji i wzajemnych interakcji nie jest szczególnie wysoki. Wiele opowieści jest separatywnych i niezazębiających się. Baryton pozostaje w szeroko rozumianej estetyce jazzowej, a wycieczki bardziej kameralistyczne należą raczej do rzadkości. Gitarzysta zdaje się być pozornie bardziej otwarty gatunkowo, sypie pomysłami jak z rękawa obfitości, ale nie wszystkie finalizuje z dobrym skutkiem dla duetowej improwizacji. Ta płyta ma wiele doskonałych momentów, ale jako całość może budzić zastrzeżenia, głównie spowodowane owym nieoptymalnym poziomem współpracy. Między muzykami, choć każdemu nie można nic personalnie zarzucić, moim zdaniem nie ma specjalnej chemii.




Well Hung Game ‎ Traditional Values (RT024, CD-r). Ponownie saksofon barytonowy, używany zamiennie z klarnetem basowym – wszystko za sprawą Jamesa Allsoppa. Duet uzupełnia Ed Dudley, obsługujący elektronikę. Pięć odcinków z tytułami, nagranych prawdopodobnie w studio, nie wiadomo dokładnie, gdzie i kiedy (ot, uroki edycji cd-rowej). Czas trwania da się na szczęście ustalić, niezależnie od poziomu skąpości opisu płyty – niespełna 35 minut.

Z tym nagraniem mam podobny problem, jak z wydawnictwem omówionym akapit wyżej. Każdy fragment z osobna łechta ucho recenzenta w sposób wystarczający, by uznać go za udany eksperyment improwizowany. Idea tego muzykowania polega na elektronicznej dekonstrukcji, a może bardziej – elektronicznej amplifikacji pasaży (niemal dronów w niektórych momentach) granych naprzemiennie przez dwa dęciaki niskich częstotliwości. Momentami efekt jest wręcz ekscytujący. Muzyka jest agresywna, głośna, niemal psychodeliczna (dużo pogłosu definitywnie wzmaga to wrażenie). Nagranie w całości, mimo, iż nie nazbyt rozbudowane czasowo, nie broni się jednak perfekcyjnie. Utwory są do siebie podobne i brakuje choćby drobnej korekty, co do przebiegu konkretnej narracji. Wszelkie ambiwalencje nie zmieniają faktu, iż personalia muzyków (zwłaszcza tego, odpowiedzialnego za żywe dźwięki), zapisane zostaną w kajecie recenzenta tłustym drukiem.


Nagrania Raw Tonk dostępne są do odsłuchu i zakupów w tym właśnie miejsce/ here it is. Tam też możecie zapoznać się ze starszymi płytami z katalogu, które dziś nie zostały umówione.
  
Big Thanks for Colin Webster for sharing this music for me!

Podziękowania także dla Krzysztofa za sukcesywne uzupełnianie mojej kolekcji nagrań!




środa, 4 października 2017

Albert Cirera! - Premiera płyty solowej! Koncert w Poznaniu! Zapraszamy!


Tym razem jedynie zaproszenie na koncert. Okazja jest wyjątkowa. 11 października br. ukazuje się pierwsza solowa płyta jednego z ulubieńców Trybuny - katalońskiego (choć z Lizbony) saksofonisty Alberta Cirery!

Płyta zwie się Lisboa's Work i ukazuje się nakładem wydawnictwa Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series!




Dane niezbędne, by dotrzeć na koncert:

Poznań, Pan Gar/ Centrum Amarant, Słowackiego 19/21.
Godzina: 18.00. Dzień: 11.10.2017r. 

Set pierwszy będzie występem solowym na saksofonie tenorowym i sopranowym. W secie drugim do Cirery dołączy Witold Oleszak na instrumentach klawiszowych.

Serdecznie zapraszamy!!!!

Jeszcze dziś wieczorem można będzie - przedpremierowo - posłuchać fragmentów płyty w II Programie Polskiego Radia, w audycji Czas na Jazz. Godzina 22.00. Zaprasza Tomek Gregorczyk i Janusz Jabłoński.

Dla przypomnienia, historie już opowiedziane na Trybunie o muzyce Alberta Cirery:  tu znajdziesz recenzje .

Opowieść o muzyce improwizowanej z Witoldem Oleszakiem w roli wiodącej: tu znajdziesz


czwartek, 28 września 2017

Yodok III – The Mountain Of Radiance, of course! *)


Gitara elektryczna, przystawki, przetworniki dźwięku - po lewej stronie sceny, patrząc z perspektywy odbiorcy. Tuba i flugabone (instrument dęty, coś pomiędzy tubą a trąbką) podłączone do amplifikatorów wielkiej mocy, po prawej. Na samym środku, pełnowymiarowy zestaw perkusyjny. Niech taki obraz stanie Wam przed oczami. Być może pomocne okażą się fotografie.

Gitarzysta nazywa się Dirk Serries i na ogół siedzi na krześle, mając swój iskrzący prądem instrument strunowy rozłożony na kolanach. Tubista, to Kristoffer Lo. W trakcie koncertu na ogół klęczy. Obok leży wielka tuba, która jest dramatycznie okablowana. Muzyk dmie w nią właśnie w pozycji na kolanach i manipuluje potencjometrami. Perkusista - Tomas Järmyr zasiada za zestawem bębnów i talerzy. W jego przypadku trudno o inną pozycję.

Formacja zwie się zaś Yodok III. Odpowiedź na pytanie, dlaczego akurat ta rzymska trójka w nazwie, a także dwa słowa o samych muzykach, odnajdziecie w tekście opublikowanym na Trybunie nie dalej, jak cztery tygodnie temu. Tekst dość szczegółowo opisał wówczas katalog sublabelu Tonefloat Records - A New Wave Of Jazz, zaś rozdział poświęcony grupie nosił tytuł Let’s rock and go dark. Droga na skróty dla leniwych jest tutaj (look here!)

Ze strony Pana Redaktora padła wówczas obietnica bliższego przejrzenia się dwóm najnowszym płytom Yodok III, które dostępne są światu od roku ubiegłego. Dziś obietnica ta zostaje spełniona.





Legion Of Radiance - Live At Dokkhuset

Koncert w Dokkhuset (Trondheim, Norwegia), 15 maja 2015. Jeden track o długości 68 minut. Dostarcza Consouling Sounds (CD, 2016).

W mroku, od właściwej strony ciszy, zaczyna się ta opowieść, jak każda zresztą, gdy odpowiedzialnymi za efekt końcowy są muzycy Yodok III. Pierwszy dźwięk, to być może szelest szczoteczek perkusyjnych, może to delikatne skwierczenie wzmacniacza tuby. Gitara na razie na bardzo dalekim planie, zbliża się, warząc każdy swój krok. Pierwsze mikrodrony tuby. Wciąż intensywnie nadstawiamy uszu, by cokolwiek dobyć z otchłani tej groźnej ciszy. Mechaniczny rezonans. Gitara nadal w oddali, rytmiczne szmery perkusyjne. Tomy i werble rozmawiają ze sobą szeptem i knują intrygi. Z kajetu recenzenta: na tle poprzednich nagrań Yodok III, instrumenty są bardziej separatywnie umieszczone w przestrzeni fonicznej i nie lepią się w jeden wielodźwięk. Ale i tak, nawet wyjątkowy zaangażowany słuchacz może mieć problemy z precyzyjnym diagnozowaniem źródeł dźwięku. Lo bezwzględni czyni cuda, przepuszczając dęte pasaże przez kilometrowe zwoje kabli, Järmyr przypomina zaś perkusyjną pozytywkę. Upływa 9 minuta, a muzyka wciąż pozostaje niezwykle cicha. Proces narastania dźwięku bywa żmudny, pracochłonny, ale realizowany jest przez muzyków z iście nordycką precyzją. Kolejne jego etapy kontrapunktowane są przez perkusistę, który funkcjonuje na ekstremalnym pogłosie. Złowieszczo pomrukuje i stawia stopy, robiąc bruzdy w podłodze. Okolice 17 minuty – obecność perkusji w zwoju improwizacji jest już akustycznie namacalna. Tak, definitywnie gra żywe dźwięki! Dwa dronowe źródła dźwięku, na przeciwległych flankach, przeczą jednak realności tej sytuacji scenicznej. 20 minuta – dron gitarowy narasta, jest już na krzywej wznoszącej, tuba kontratakuje, w tle zaś upiorna pozytywka, która trwa niczym niekończący się koncert AMM. Järmyr stawia coraz silniejsze akcenty (stopa!), a my, niezłomni odbiorcy tego muzycznego szaleństwa, atakowani jesteśmy dwoma gęstym zwojami melodii (Serries z lewej, Lo z prawej), repetowanymi z uporem godnym lepszej sprawy. To narracja, która kipi namiętnościami i emocjami każdej serii Twin Peaks, która ma twarz wszystkich wartościowych kochanek, jakie mieliście czelność stracić w swym zbyt długim życiu.




W 25 minucie okazuje się, że tuba, tudzież flugabone potrafią zmysłowo pohałasować. Perkusja jest już tak silnie rozgrzana, że iskry lecą, to w prawo, to w lewo. Gitara buduje zaś foniczny kosmos i wyjątkowo dobrze jej idzie. 30 minuta, to już stan pełnego wrzenia. Dźwięki bulgoczą, płyną, eskalują się. Pogłos sprawia jednak, iż ich industrialny ciężar ma metafizyczną wręcz lekkość, ledwie muska nam bębenki uszne. Po kolejnych pięciu minutach czeka nas delikatne wybrzmienie, narracja spowalnia, a na placu boju zostaje tuba i jej upiorna, ale czysta melodia, powtarzana w nieskończoność. Oczyszczająca moc melodii! Reszta milczy, dyszy, łapie oddech po ustaniu hałasu. A w tle buduje się już nowa narracja. 37 minuta zwiastuje nowy świt! Mocny dron tuby stawia nas do pionu. Na nim wznoszony jest blok skalny nowej improwizacji. Powraca pozytywka (może to sekwenser?), a gitara buduje separatywny dron. Perkusja czeka na przebieg wypadków, ociera pot z czoła. Ta nowa opowieść jest bardziej zadziorna, nawet agresywna fonicznie i początkowo całkowicie wyzbyta melodii. Stopa znaczy teren i porządkuje wydarzenia na scenie. Po 45 minucie rodzą się jednak nowe zarysy melodii, które nakładają się na siebie, jak plastry miodu, a rzeczona stopa dba o poziom cukru (jesteśmy na powrót w dużym już hałasie!). Konwulsyjny drumming pnie się środkiem i rozdziela akustycznie, samoeskalujące się porcje melodii na flankach. Wszyscy pniemy się już po drabinie intensywnie narastających dźwięków! Mija godzina koncertu, a szczyt jest już bliski. Järmyr ma w rękach lejce i gotów jest użyć bata! Noise for ever! Muzycy są wyjątkowo konsekwentni i na pewno zrealizują plan tego wieczoru w 100%! Finał, to już prawdziwa eksplozja bębenków usznych, w idealnej symbiozie z egzystencjalnym oczyszczeniem! Noise makes perfect! Jeszcze tylko orgazm, a potem już same oklaski.




The Mountain Of Void - Live At Roadburn 2016

Koncert w ramach Roadburn Festival 2016 (Tilburg, Holandia). Dokładna data nieznana. Jeden track (CD) lub dwa traki (LP). Około 47 minut. Dostępny dzięki Tonefloat Records (2016).

Part One. Intensywnie, hałaśliwie, wielodźwiękowo od pierwszego oddechu – dość nietypowo, jak na kanony Yodok III. Sprzężenia i interakcje na flankach. Perkusja aktywna od startu, drumminguje niezwykle szeroko w przestrzeni fonicznej koncertu. Gitara i tuba posadowione jakby bliżej siebie. Już po paru chwilach odnotowujemy incydent na kształt solówki na bębnach! Czynionej, dodajmy, na tle połyskujących smołą, wyważonych dronów gitary i tuby. Ta ostatnia emituje środkiem, ma matowe, wręcz elektryczne brzmienie. Narracja toczy się szybko, jakby dotychczasowy Yodok III odtwarzany był na 45 obrotów (słuchamy wersji winylowej, zatem skojarzenie jakże zasadne). Oczywiście sama narracja, tradycyjnie narasta i gęstnieje, ale ów proces nie jest chyba równie spektakularny, jak choćby na płycie wcześniej omówionej. W podstrefach akustycznych, pojawiają się drobne zarysy melodii, ale wszystko odbywa się pod pręgierzem aktywnej pracy perkusyjnej. Muzycy zdają się być mniej cierpliwi, eskalują w pośpiechu, są bardziej pobudzeni, a adrenalina buzuje w ich żyłach. Czyżby gotyccy wyznawcy dark-ambientu trafili na death-metalowy festiwal? 16-17 minuta – improwizacja nabiera rozpędu i popada w energetyczny galop. Wybrzmienie przychodzi dość szybko, niespodziewanie, ale jest tłuste, wielopłaszczyznowe, otwarte stylistycznie, pełne uroczych znaków zapytania.




Part Two. Wyłaniamy się z mgławicy ambientu, zapewne powracamy do stanu na koniec pierwszej strony czarnego krążka. Tym razem dźwięki wyłaniają się z otchłani piekielnej dużo spokojniej, w estetyce bardziej typowej dla tych trzech muzyków, w tej konfiguracji personalnej. Zwinna perkusja, płynna, stabilna fonicznie gitara, eksplodujący, mutowany, ale czysty dźwięk tuby. Cool silent non-anarchy ambient! Pięknie płyniemy, co za widoki! Tuba realizuje urocze pasaże w wysokim rejestrze. Po 15 minucie pierwsza próba niezobowiązującej eskalacji. Napęd daje Tomas, Dirk i Kristoffer zdają się być odrobinę oporni na wiedzę. Ale systematyczna praca procentuje – muzycy spinają się perfekcyjnie. I znów, na finał, wcale nie skromna galopada. Doom more than dark ambient metal! Intrygujące sprzężenia na gryfie gitary, tłumienie emocji przy skomlącej i gasnącej tubie. Szybkie wybrzmienie i … burza oklasków, jak na prawdziwym rockowym koncercie!



 *) ang. Góra blasku

wtorek, 26 września 2017

John Butcher! – The Last Dream of Raw Nightingale! *)


Jak wskazuje statystyka, brytyjski saksofonista John Butcher był już gościem Trybuny trzynastokrotnie. Tu drobne przypomnienie look at this!

Bez zbędnych zatem wstępów, proponuję uważny odsłuch trzech nowych lub stosunkowych nowych płyt tego muzyka. Ta muzyczna przygoda będzie tym ciekawsza, iż każde z wydawnictw zaprezentuje Johna w trochę innej konwencji gatunkowej. Zaczniemy niechybnie freejazzowo, potem zatopimy się we współczesnej kameralistyce, by opowieść zwieńczyć konstruktywnym free improv.




The Last Dream

Trudno wyobrazić sobie lepszy początek dla dzisiejszej opowieści. John Butcher w szponach sekcji rytmicznej, która wyniesie na wyżyny każdego saksofonistę. Tym bardziej tak wybitnego, jak nasz bohater. John Edwards na kontrabasie i Mark Sanders na perkusji! Muzycy zwarli swoje szeregi w listopadzie ubiegłego roku, w miejscu zwanym The Fish Factory (Willesden, Zjednoczone Królestwo). Nic nie wskazuje na to, iż spotkanie odbyło się z udziałem publiczności. Efekt fonograficzny dostarcza Relative Pitch Records, a krążek zwie się Last Dream Of The Morning (2017). Pięć improwizacji, czas trwania 52 minuty. Zaglądamy do środka.

Wstęp do pierwszej opowieści niczym nie zaskakuje. Tremola Butchera na tenorze, twarda, gęsta, istotnie dynamiczna sekcja rytmiczna, delikatnie oparta na wybuchowym smyczku. Muzycy nie gonią się wzajemnie, z rozwagą stawiają każdy krok, albowiem do ostatniego pociągu powrotnego jeszcze daleko. Są wielowymiarowi, pełni improwizacyjnego pomyślunku. Narracja wszakże aż kipi z nadmiaru dźwięków. Pierwsze, jakże zmysłowe wyciszenie proponują już w piątej minucie. Na moment robią się jednak groźni akustycznie (niemal industrialni!). Eskalują się równie szybko, jak przed momentem osiągnęli stan wzmożonego skupienia. A zatem drugi odcinek -  cisza, konsternacja, wewnętrzne tarcia, rodzaj specyficznego inside music. Gęsty sos, tłuste obcierki w ślimaczym tempie. Smyk na gryfie kontrabasu, zanurzony w głębi piekielnej, tyczy szlak kolejnej eskapady. Butcher jakby grał jedynie na ustniku - wysokie, ptasie zaśpiewy. Na finał galopada, bo z taką sekcją nie można inaczej. Trzecia, najdłuższa piosenka – mimo braku niespodzianek muzyka wbija w fotel nawet najbardziej wytrawnego słuchacza. Muzycy znają się jak łyse konie (choć po prawdzie, w takim trio grają bodaj pierwszy raz!), zatem każdy pomysł skutecznie wprowadzają w stan realizacji. Zmiany tempa, metod frazowania, stylu improwizacji – raz za razem, w mgnieniu oka (i ucha). Wonderful! W okolicach 9 minuty, jakże piękny przystanek! Kontrabas drży, saksofon piszczy, perkusja zaś staje się na moment wielką orkiestrą talerzy. Rwane frazy Butchera, jakże wyrafinowane. Muzycy tak zwinnie się imitują, iż recenzent ma problemy ze wskazywaniem źródła dźwięku. Tempo jest tu pogrzebowe, zatem mnóstwo czasu na niuanse brzmieniowe. Edwards zrywa podłogę, prawdziwy nalot dywanowy! Butcher skowycze i woła na ratunek! Sanders i jego talerze w stanie rezonującego orgazmu! Soczysta dynamizacja - trudno o lepsze rozwiązanie dramaturgiczne w tej właśnie chwili! A Butcher, jak to ma w zwyczaju na każdej prawie płycie – znów jest w stanie zaskoczyć nowym dźwiękiem, czy barwą brzmienia! Czwarty, krótki numer, choć wcale nie relaksacyjny – kojenie nerwów po Piaskowym Tańcu (tytuł poprzedniego odcinka) idzie jak po grudzie, bo muzyków rozsadza energia kinetyczna. Urywane frazy, przepychanki, drobne swawole. Nieźle hałasują w ramach tego ukojenia. No i finalny, piąty fragment – znów jakby szczypta akustycznego noise & industrial! Globalny atak fonii! Doskonałe! Z kajetu recenzenta: ta płyta na ogół toczy się dość powoli, ale jest gęsta od emocji, leje się jak niestygnąca lawa. Improwizacja potrafi wręcz stanąć w miejscu, głęboko się zawiesić, by po chwili nieśpiesznie ruszyć w kolejną podróż. Sanders i Edwards są bardzo szeroko rozstawieni, pozostawiają dużo przestrzeni saksofoniście, a ten nie marnuje choćby chwili. No i to perfekcyjne brzmienie! Na ostatnie dźwięki, zwyczajowe wybrzmiewanie z detalami na gryfie i dyszach.




Raw

Miejsce zwie się Offene Ohren. Jesteśmy w Monachium, pod koniec stycznia 2015 roku. Na scenie trio smyczkowe pod nazwą własną Trio Kimmig-Studer-Zimmerlin oraz John Butcher. Pod względem instrumentalnym rzecz ma się następująco: skrzypce, kontrabas, violoncello oraz saksofon tenorowy naprzemiennie z sopranowym. Koncert podzielony na cztery odcinki (wypauzowane), potrwa czterdzieści pięć minut i tyleż sekund. Dostarcza Leo Records pod tytułem Raw (2016).

Suchy saksofon i iskrzące się trzy strunowce – to punkt wyjścia do niezwykłej przygody akustycznej, która wiedzie trzech muzyków, osadzonych we współczesnej kameralistyce, na manowce istotnie uwolnionej improwizacji. A przewodnika mają prawdziwie diabelskiego! Komórkowa narracja, pytania i odpowiedzi, celne riposty i soczyste niedopowiedzenia. Artystyczny konsensus osiągnięty zostaje ledwie po kilku minutach dźwiękowych przymiarek. Jakby całe życie tylko razem, we czterech muzykowali. Improwizowana kameralistyka na styku z pro-jazzowym saksofonem. Zmiany tempa, trybu narracji, splatają się ze sobą i udanie konweniują. Muzycy lubią ciszę i zadumę, nie stronią jednak od ostrych dźwięków na krawędziach swoich instrumentów. Akcenty zawahania, tłumione emocje i wewnętrzny ogień piekielny. Walka przeciwieństw z dobrym efektem dla skupionego odbiorcy. W 12 minucie startuje drobna eskalacja pod dyktando Butchera. Strunowce nie mają jakichkolwiek problemów poznawczych. Baa, nawet potrafią przejąć inicjatywę. Fragment drugi zaczyna się złowieszczą ciszą. Rodzaj sonorystyki, która nabiera barw z upływem czasu. Taniec na strunach i dyszach, w wysokim rejestrze. Ptasia artykulacja na kontrabasowym stelażu. Wytrawne, czerwone wino! A galopada na finał, przepyszna! Trzeci interwał toczy się wedle podobnego scenariusza, co poprzednie. Suche sonore saksofonu na tle perkusyjnych strun w stanie drżenia. John sięga po sopran, a to dobrze wróży tej improwizacji. Dużo kreacji na strunach, nie mało emocji w wąskiej tubie dęciaka. Modulowany sound jako zaskoczenie. Sporo dźwięków w oparach ciszy, choć swąd eskalacji snuje się po sali koncertowej. Jednak ostatnie sekundy iskrzą emocjami i ładunkiem fonii. Gwałtownie, raptownie, dotkliwie! Czas na finałowe 5 minut tego koncertu. Start wprost z gryfów strunowców, czystym tembrem, a tuż obok nieco zawadiacki tenor. Opowieść snuje się minimalistycznie, sound by sound. Szczypta oniryzmu spod smyczków, pięknych, zrównoważonych emocjonalnie pasaży i mikroetiud. Saksofon też jakby płynął po wezbranej rzece. Ostatni dźwięk nie pozostawia złudzeń, co do wartości tej rejestracji. Wyśmienite! Delicious!




Nightingale/ Nachtigall

Jakże trafna ptasia konotacja zawarta w tytule płyty! Skowronek w rozkwicie! Baa, nawet trzy skowronki. Ale do rzeczy: Antwerpia, dwa dżdżyste, marcowe dni w Belgii, w roku 2013, okoliczności studyjne. Trzech muzyków. Dwaj weterani, mistrzowie gatunku z Anglii – Paul Lytton na perkusjonaliach i John Butcher na saksofonie tenorowym i sopranowym oraz skromny aspirant z tejże Antwerpii – Joachim Badenhorst na klarnetach i saksofonie tenorowym. Osiem fragmentów z tytułami, 47 minut i krążek Nachtigall. Wydawcą jest Klein Records, label założony przez ostatniego z muzyków, właśnie na potrzeby wydania efektów fonograficznych sesji z dumnymi synami Albionu (2013, numer katalogowy 001). A w środku prawdziwie ptasia eksplozja!

Zaczynamy od trzyczęściowej suity! Burczenie, syczenie, cmokanie, smoła w ustach. Dwa dęciaki na przeciwległych flankach i żywe, jak srebro, perkusjonalia po środku. Prawdziwie owadzi świat improwizacji! Mikroeskalacje na skrzydłach, motyle i świerszcze. A Lytton chytrze dynamizuje poczynania Butchera i Badenhorsta. Czyni to w zasadzie od pierwszej do ostatniej minuty. I to jak! Noże i widelce, szczotki, mopy i chusteczki jednorazowe! W międzyczasie pyskówka dęciaków i świetna puenta klarnetu. Drugą część suity stempluje klarnet, czyniąc próby melodyzacji tej wciąż filigranowej improwizacji. Wygładzanie kantów, wytłumianie emocji. Rozszerzone techniki artykulacji ze strony Butchera – dodaje bystry recenzent! A Lytton tworzy dynamiczne sytuacje na potęgę! Skutek? Kolektywna eskalacja, niczym czołg. Trzeci utwór zaczyna się introdukcją perkusjonalną, w którą wkleja się Butcher na sopranie, mając melodię między zębami. Badenhorst powraca w czwartej minucie i szorstko imituje starszego kolegę. Czwarty odcinek – aż gęsto od dźwięków! Ale wszystkie one lekkie, swobodne, akustycznie drobne w dotyku. A Lytton podpowiada, inspiruje. Wiedzie pozostałych na pokuszenie dynamiką swoich działań. A oni, gdybyście zapytali, bardzo subordynowani, ale równie kreatywni. W piątym, szóstym i siódmym fragmencie (wszystko to miniatury) znów perkusjonalista tyczy szlak bojowy. Na flankach konkurs piękności. Kto zagra ładniej dla oka, piękniej dla ucha. Sonorystyczne wzmagania. Rodzaj suchej ballady free improv. Od ciszy do głośnych ekspozycji. Świetny tembr Joachima, niegorszy Johna, choć bardziej … perkusjonalny. Wreszcie dziewięciominutowy finał – dęciaki delikatnie się imitują. Lytton stawia im stemple na czole i pyta o pogodę. Szczypta udanego kolektywizmu w trybie bezmelodyjnym. Ach, te suche dysze! Spokojna narracja, pojedyncze, intrygujące dźwięki na bokach. I znów ten szaleniec Lytton! Czym byłaby ta płyta bez jego permanentnego stawiania na baczność kolegów, pozostanie pytaniem retorycznym. Na finał powraca klarnet basowy i komentuje wyczyny starszych (ci śmiało mogą się rewanżować szerokim wachlarzem komplementów - Joachim brnął przez to nagranie na pełnych prawach!). A galopada na ostatniej prostej, to już tylko wyjątkowo udana puenta całej, jeszcze lepszej płyty!



Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań!


*) ang. Ostatnie marzenie surowego skowronka – oczywiście ten tytuł brzmi nonsensownie, ale jest przecież językową zbitką tytułów płyt, recenzowanych w tej opowieści. 

piątek, 22 września 2017

Daelman! Serries! Troch! – Two hours (+ extra time) of living death! … for rotting vegetables, of course!*)


What a game! - należałoby krzyknąć i bez zbytniej zwłoki przejść do ponownego odsłuchu niezwykłego wydawnictwa, firmowanego przez trzech muzyków z Belgii.

Jego niezwykłość ma podwójny wymiar – po pierwsze to muzyka, która rwie trzewia recenzenta zdecydowanie ponadnormatywnie. Decyduje o tym jakość, świeżość i artystyczna nieprzewidywalność dźwięków tu zamieszczonych. Po drugie – bo dostajemy je w formie podwójnego zestawu … kaset magnetofonowych w nakładzie… 37 sztuk! **)

Aktorzy tego muzycznego spektaklu są następujący: Jan Daelman - multiinstrumentalista, tu tenorzysta, flecista i … skrzypek (baby violin), Thijs Troch – pianista, no i ten trzeci, bez dwóch zdań najważniejszy, Dirk Serries na gitarze elektrycznej. To ostatnie nazwisko pada tego roku na Trybunie na tyle często, że nawet mniej bystrzy Czytelnicy winni je kojarzyć. Choćby z rozbudowanej epistoły o inicjatywie A New Wave Of Jazz, opublikowanej ostatniego dnia sierpnia br.

Podwójna kaseta bez tytułu składa się z czterech separatywnych opowieści. Kaseta pierwsza zawiera dwie sesje studyjne, poczynione w duetach (Sunny Side, Anderlecht, Bruksela), zaś kaseta druga - koncert tria zrealizowany w belgijskim klubie De Singer oraz post-produkcyjne, recyklingowe dzieło niejakiego Fear Falls Burninga (znawcy historii europejskiego ambientu wiedzą doskonale, iż pod tą nazwą ukrywa się od wielu już lat…Dirk Serries). Wszystkie nagrania zostały zarejestrowane prawdopodobnie w roku 2015 (opis wydawnictwa tego nie precyzuje). Edytorsko dostępne są od ostatniego dnia października 2016 roku, dzięki doskonale nam już znanemu labelowi z Manchesteru - Tombed Visions.

Za moment prześledzimy, minuta po minucie, zawartość obu kaset. Na tę czynność potrzebować będziemy dwóch godzin zegarowych. Potem – w ramach dodatkowej porcji przyjemności (ów extra time w tytule!) - sprawdzimy, cóż wydarzyło się w trakcie 35 minutowego koncertu tego samego tria, już w roku bieżącym (tym razem dzięki operatywności wydawnictwa Nachtstuck Records - premiera 17 lipca br.).




Anderlecht Session II. Duet Daelman & Serries już stoi w blokach startowych. Od pierwszej sekundy na ostro, z maksymalną drapieżnością, dwa instrumenty w stanie nieustannej pyskówki. Saksofon tenorowy, jak ostrze brzytwy, tnie niezwykle precyzyjnie. Gitara elektryczna zapętlająca się i zgrzytająca, w stanie permanentnego, dynamicznego sprzężenia. Psychedelic knives! Narracja jest stała, zawieszona niczym wielka pętla na szyi niewinnego skazańca, być może na całe 36 minut. Eksplozywnie, kompulsywnie, śmiertelnie! Szorstkie, punkowe, wręcz noise’owe brzmienie obu instrumentów. Po 15 minucie Serries zmienia nieco strategię działania. Nie eskaluje hałasu w pełnym zwarciu, raczej wycofuje się i przyjmuje rolę komentującego recenzenta. Snuje delikatnie synkopowaną opowieść, jest o pół tonu spokojniejszy i dzięki temu akustycznie bardziej wyrazisty. Daelman idzie w zaparte, jest konsekwentny i zabójczo precyzyjny. Atonalny wulkan energii! On także potrafi zmieniać metody frazowania, bardziej wnikliwie wgryzać się w przebieg duetowej improwizacji. Obaj muzycy świetnie się słuchają, intensywnie reagują i wchodzą w eskalujące się interakcje. Niespodziewanie do gry wchodzi flet! Być może wymiana instrumentu odbyła się on-line (co za tempo!), być może mamy do czynienia z klejeniem poszczególnych części nagrania (sesja jest jednym trakiem, jedną stroną kasety, ale prawdopodobnie nie jednym ciągiem dźwiękowym). Doom-heavy-flute! Dirk gra teraz nieco inaczej, mniej sonicznie, stara się pozostawiać więcej przestrzeni słabszemu fizycznie dęciakowi. Ucieka w dość wysoki rejestr. Przypomina upaloną wiolonczelę? Nie, to jednak kolejna zmiana instrumentu. W rękach Jana lądują dziecięce skrzypce! Soczysta sonorystyka, gwałtowne zmiany tempa. Galopada na całego! Ciarki na plecach recenzenta! Radykalna zmiana klimatu, tempa narracji następuje całkowicie niespodziewanie (znów klejenie traków?). Powrót do fletu, który brzmi wręcz barokowo. W tle oniryczna waltornia, która jest oczywiście tylko gitarą elektryczną Dirka. Muzycy w trakcie tej sesji zdają się być gotowi na każde rozwiązanie dramaturgiczne! To samo proponują słuchaczowi. Wybrzmienie tej jakże noise’owej ekspozycji duetu jest ewidentnie true-ambient. A umiejętność przechodzenia z fazy a do fazy b każdej narracji budzi prawdziwy respekt – wszystko odbywa się tu z kocią zręcznością (nawet abstrahując od post-produkcyjnego klejenia). Flet potrafi tak szybko stawać się skrzypcami, że już w oparach ciszy po tym niesamowitym secie, mamy wrażenie, że to jest jednak jeden i ten sam instrument.




Anderlecht Session I. Czas na duet Serries & Troch! Akordy piana, z dna instrumentu, szelest pojedynczych dźwięków na strunie gitary, którą stać na każdy kaprys narracyjny. Cisza i spokój godny wirtuozerskiej eskalacji na poprzedniej stronie tej kasety. Precyzja, skupienie, ale i tak jest gęsto, i tak tłusto. Ta sesja także składa się z kilku części, tu jednak odseparowane są one sekundowymi spacjami ciszy. Inwazyjna, plamista gitara w opozycji do coraz silniej preparującego fortepianu. Muzycy depczą sobie po piętach, są jednak ekstremalnie wiarygodni w tym, co sobie czynią. Serries szaleje na gryfie, niemal na nim leży i skowycze. Nie inaczej czyni Troch, siedząc w piekielnej otchłani swojego wielkiego instrumentu. Gdy gitara idzie w hałas, piano komentuje z klawiatury, z dużą dawką zadziorności i to też ma niebywały urok. Ciało w ciało, sound by sound! Ile tu historii, ile zwrotów dramaturgicznych. Cała współczesna literatura faktu. Od 13 minuty zaczyna się główny fragment tej sesji, który zawładnie naszymi receptorami słuchu na blisko kwadrans. Narracja jest skupiona, intensywnie wyciszona. Oniryzm i psychodelia w służbie improwizacji. Gitara ucieka w swój świat. Daje nura w ocean ambientu. Światła zostają wygaszone, uciekamy od rzeczywistości i budujemy kosmiczną drogę mleczną. Delikatne głaskanie strun fortepianu i smak gitarowego drona, który zagłębia się w sobie, owija się wokół własnej osi. Tu, na najcichszym padole tego wydawnictwa, muzycy zdają się być ujmująco wyraziści i niebanalnie piękni. Czynią to na minimalistyczną modłę, bo ta metoda kreacji jest tu najbardziej właściwa. Ten pasus dźwięków snuje się i zdaje się nie mieć końca. Pachnie dobrym Yodok III! Ambient Serriesa jest wielobarwny aż po granice impresjonistycznego kiczu. Drży i płacze, rwie się do lotu i krzyczy. What ever you want! Ostatnie dziesięć minut sesji, to kolejne perły w formule 2-3 minutowych epizodów. Hałas i zgrzyt świetnie konweniują tu z kontemplacją i mantrycznym zaśpiewem. Finał znów przywołuje oniryczne klimaty kute w skale. Piano czyni delikatne kontrapunkty klawiszowymi akordami, bądź szeleści strunami w pudle rezonansowym. Gitara szuka dna i jest nieprzejednana w swojej postawie. Ciekawy dysonans akustyczny – odkrywcza gitara i tradycyjne piano. Cóżby jednak muzycy nie czynili, w złoto zamieniają!




Live at De Singer. Na koncercie stawia się już cała trójka naszych dzisiejszych bohaterów. Jedno wszakże zastrzeżenie – Jan Daelman na koncert zabiera jedynie flet. I to on, spokojnym tembrem, wprowadza nas w nastrój wydarzenia koncertowego. W tle brzęczą przetworniki gitarowe, blat fortepianu (piana) delikatnie rezonuje, zaś sam muzyk ostrzy struny wewnątrz instrumentu. Muzyka wykluwa się, niczym pisklę z wyjątkowo twardej skorupki. Szczypta mikroeskalacji na pograniczu ciszy. Minimalistyczne dyskusje o bladym świcie. Współczesna kameralistyka zbuntowanej, acz ugrzecznionej młodzieży (liczę, że Dirk wybaczy mi ten epitet pokoleniowy). Molekularna, kropelkowa improwizacja. Gitarzysta pozostaje na razie w cieniu, poleruje struny i czeka, co zrobią koledzy. Flet trzyma się roli tytułowej, piano młoteczkuje. Niechybnie Panowie ze współczesnej edycji AMM przechodzili gdzieś obok i pozostawili mokre ślady. Narracja nieznacznie nawarstwia się dopiero przed upływem kwadransa. Aż trudno sobie wyobrazić, że ci sami muzycy, w dwóch separatywnych duetach, narobili tyle hałasu na pierwszej kasecie tego zestawu. Z kolei, to być może kolejny dowód na to, że tych doskonałych muzyków stać na mezalians z każdym gatunkiem. Po 18 minucie działania twórcze naszej trójki zaczynają się intensyfikować. Dźwięk goni dźwięk, choć nadal na scenie jest dość spokojnie, jak na kanony tego wydawnictwa. Muzycy trochę droczą się na siebie, trochę do siebie tulą. Zwinna solówka Dirka, cicha, niezwykle wyrazista (21 minuta). Potem dwa, trzy słowa od pianisty, bardzo kameralne i dramaturgicznie odpowiedzialne. Niezbędny komentarz ze strony gitary i fletu, zdaje się tu koniecznością, a przy okazji finałem koncertu.

Live at De Singer (remix). Oto i jakże dostojny, zrównoważony emocjonalnie set trzech gentlemanów sprzed chwili, zostanie teraz elektronicznie zdewastowany przez Fear Falls Burninga. Ostry atak gitary, kosmicznie zmutowanej! Brutal ambient! Jakże uroczy dysonans w stosunku do pierwszej strony drugiej kasety. Tłumione na koncercie emocje gitarzysty, tu w zwojach kabli, wprost eksplodują. W tle soczyste drony, plamiste pasaże w pełnym dygocie egzystencjalnym. Ciekawy metadźwięk klawisza. Jakby ekstremalnie upalone piano Fendera. Dirk! Prawdziwy król Midas! Master of non-reality! Krążymy wokół gitarowego sprzężenia i jest nam z tym wyjątkowo dobrze. I wciąż ten urokliwy tembr Fendera, jakby z tył głowy. Drony gęstnieją, nakładają się na siebie – perfekcyjna symbioza wielu artystycznych punktów widzenia.




Live At Koffie & Ambacht. Czas na zapowiadaną dogrywkę. Jesteśmy w Rotterdamie. Tym razem znamy datę – jest 3 czerwca br. Trio Daelman, Serries i Troch przyjmuje dość oczywistą nazwę DST Trio. Od razu spoglądamy na okładkę wydawnictwa, które zwie się, jak tytuł tego akapitu. Żadnych postaci, jedynie same instrumenty. Pianino, nie fortepian! Zestaw fletów, także małych, prostych. Tenor. Skrzypce, także dziecięce. Gitara i przetworniki oraz talerz! Możemy startować w 35 minutową podróż. Podobnie jak na koncercie z kasety, znów wchodzimy w klimaty AMM, może jednak nieco mniej geriatryczne. Talerz w natarciu (w rękach Jana!). Wykwintne, repetytywne piano. Dirk milczy. Zwinna eskalacja w wysokim rejestrze, szaleństwa na talerzu (Eddie Prevost może być dumny z poziomu inspiracji). Serries wyłania się niezwykle powoli, ale wciąż jest na trzecim planie. Muzycy znów wolą ciszę i skupienie niż hałas i nadmiar ekspresji. Pląsy na baby violin (okazuje się, że ma dość solidne struny!). W tym akurat momencie wszyscy zdają się być dość perkusjonalni. Skromny rytm, który kodyfikuje standard improwizacji. Onirycznie, ale bez zbytniej psychodelii. Muzycy sprytnie wiją się w zeznaniach i szukają odrobiny transu (zwłaszcza Troch). Flet zaburza ten ciąg przyczynowo-skutkowy i szuka zwady. W okolicach 18 minuty Serries zaczyna wreszcie zaznaczać swoją obecność na scenie. Rodzaj deep ambient, który narasta i opada. Duch wielu pokoleń muzycznych minimalistów unosi się nad naszą trójką improwizatorów (Le Monte Young wręcz klaszcze w dłonie!). Może i serialistów… - suponuje niedouczony recenzent. A Dirk znowu idzie na kawę…  Flet kwili, piano akorduje, repetycja w ślad za repetycją. Gitara… to już chyba czwarty plan. Coś trzeszczy wyjątkowo delikatnie na suchych strunach (AMM?). Na finał Jan bierze do ust saksofon. Dmie po dyszach. Szumi i wzdycha. Drży i szeleści. Minimal będzie z nami do końca. Saksofonista stara się bardzo, pianista gra melodię, a gitarzysta ledwie dotyka strun i rezonuje. Jest eskalacja, mikroszczypta emocji na samo zakończenie. Źdźbło hałasu. Być może o parę minut za późno. Daelman ma sekundę na erupcję i wykorzystuje ją skrupulatnie. Stempel z gorącej spermy. Ostatnie 180 sekund koncertu, to czas na wybrzmiewanie piana i gitary, a może tylko piana.


*) ang. Dwie godziny (plus dogrywka) żywej śmiercidla zgniłych warzyw, rzecz jasna!

**) Muzyka jest oczywiście dostępna w formie plików elektronicznych, w tym miejscu   oraz  w tym także miejscu