piątek, 15 grudnia 2017

Shelton! Tarwid! Jacobson! Berre! – Strachy na Lachy! Tylko Nadzieje!


Szczęśliwie muzyka improwizowana nie ma narodowości, nie zna granic, ani nie toleruje wulgarnie kolorowych flag, tudzież innych przejawów nadtoższamości lokalnej. Jest wolna, jak jasna cholera, a wszystkim jej partycypantom wyjątkowo dobrze z tym faktem!

Dziś płyta, która jest efektem duńskiego spotkania muzyków polskich, muzyka amerykańskiego i norweskiego, pod intrygującym tytułem Hopes and Fears. Poniżej w kilku żołnierskich, ponadnarodowych słowach, Trybuna postara się udowodnić tezę, iż bezwzględnie warto sięgnąć po to nagranie i niejednokrotnie zanurzyć się w nim po sam koniec nosa.




Ad rem zatem – jesteśmy w Monastic Studios w Kopenhadze, jest 25 stycznia br. Przypięci do swoich instrumentów, następujący mężczyźni: Aram Shelton - saksofon altowy, Grzegorz Tarwid - fortepian, Tomo Jacobson - kontrabas i Hakon Berre - perkusja. Muzycy będą improwizować przez niespełna 39 minut, a efekty ich pracy zostaną nam przedstawione w trzech częściach z tytułami. Wydawcą jest Multikulti Project (seria Improvised Music), zaś tytułem wykonawczym same nazwiska muzyków, wydrukowane na okładce w kolejności, w jakiej przed momentem ich przedstawiłem.

Hopes and Fears. Kontrabas drży i pomrukuje, saksofon i perkusja plamią przestrzeń drobnymi dźwiękami, piano zaś droczy się z pozostałymi uczestnikami zabawy bystrymi akordami. Pozorny zdaje się być spokój pianisty, który operuje bardzo oszczędnie, ale ewidentnie prowokuje kolegów do działania. Wolna improwizacja wyrastająca z jazzu na kilometr! Uwolniona od lukrowanego swingu i natarczywych synkop. Rwana, krótkodcinkowa narracja. Zwinne, demokratycznie kolektywne mikroeskalacje. Od lewej do prawej – piano, sekcja i saksofon. Już w 6 minucie piękny krok w chmury! Precyzyjny Tarwid, narowisty Shelton! Tuż potem, szybkie, udane wybrzmienie. Kwartet kompetentnych i elokwentnych muzyków w stanie permanentnej wymiany poglądów, dźwiękowych przekomarzań. Alt zaś, w częstej dla siebie roli, napędzającego improwizację (świetny moment w 15 minucie).

Daydreams and Terrors. Skromna, ale precyzyjna preparacja wewnątrz fortepianu (recenzent w pełnym uśmiechu!). Tłumione emocje z czterech równoprawnych ośrodków decyzyjnych. Drobne, molekularne incydenty, drobinki sonorystyki. Pójście na wymianę ciosów z materią dźwięków, to doskonały, na tę chwilę, pomysł dramaturgiczny. Alt płynie silnie zabrudzonym soundem, piano skacze do chmur, a sekcja kotłuje się ze sobą i pętli, nie żałując pary! Dobra komunikacja podkreśla jakość tej improwizacji. Na finał znów udane wytłumienie, błyskotliwe zejście w ciszę.




Ambitions and Doubts. Dominacja twardych dźwięków nad próbami ekspozycji sonorystycznych. Skoczna, nawet taneczna, bardzo jazzowa narracja. Świetny, głęboki tembr kontrabasu, przyklejona do niego perkusja o kocich ruchach, soliści na flankach w żywiole eskalacji (szczególnie, doskonały alt!). W 4 minucie ciekawa ekspozycja kontrabasu, który wychodzi przed szereg i ma kilka niebanalnych pomysłów do zrealizowania. Ale reszta też nie stroni od dźwięków. Największy instrument kwartetu zdaje się rządzić tą częścią improwizacji. Ponownie świetna komunikacja na flankach – jakże udane próby imitacji piana i saksofonu. Piano like drums! Sax like zoombie! 10 minuta – kolektywny flow, trochę przypominający melodykę najlepszych kwartetów Williama Parkera sprzed nastu lat. Eskalacja na finał na wagę dodatkowej gwiazdki w recenzji! Shelton! What a game! Expose Tarwida - błyskotliwe! Duży konkret! 39 minuta i koniec, który brzmi, jak wyrok dla słuchacza. Ciąg dalszy bezwzględnie oczekiwany!



niedziela, 10 grudnia 2017

Ganga! Lopez! Birchall! Anker! Roca! Dickaty! The Owl! Sundog! Shiroishi! Jerve! Requiem Records! Leblanc! - the december summary, czyli zbiorówka przedświąteczna


Ostatni miesiąc roku 2017 w pełni. Czas podsumowań, reasumpcji i rozliczeń. Roczne the best of zaczynają już hulać w sieci globalnej. Pełni ekscytacji muzycy i wydawcy liczą, że ktoś wreszcie doceni ich ciężką pracę.

Trybuna Muzyki Spontanicznej swoje podsumowanie zaprezentuje dopiero na przełomie roku. Tak, by jak najmniej tytułów datowanych na rok 2017, umknęło uwadze redakcji. A zatem Siedemnaście Mgnień Roku 2017 szukajcie na stronie w okolicach zabawy sylwestrowej.

Dziś natomiast stosunkowa obszerna zbiorówka recenzji płyt, które trafiły tej jesieni – najprzeróżniejszymi kanałami – do redakcyjnych odtwarzaczy. Zestaw będzie wielogatunkowy, o dużej amplitudzie jakości, ale bez wątpienia nienudny. Jak to ostatnio często bywa na tych łamach, padnie sporo nowych, godnych zapamiętania nazwisk i tytułów wykonawczych. A od tych bodaj najbardziej frapujących, przegląd ten zaczniemy.

  
Josue Amador/ Arvind Ganga/ Dirar Kalash ‎ Fading Ground  (al-bayān)

Zaczynamy zatem z naprawdę wysokiego C. Spotkanie muzyczne, jakie miało miejsce w holenderskiej Hadze w roku ubiegłym. Arvind Ganga – gitara elektryczna (kanał lewy), Dirar Kalash – skrzypce i elektronika (pasmo środkowe) i  Josue Amador – gitara elektryczna (kanał prawy). Pięć opowieści o dużym ładunku emocji, trzy kwadranse bez kilkudziesięciu sekund.




Gitarowo-skrzypcowa symfonia na paręnaście strun, sporą dawkę prądu i szczyptę elektroniki. Rodzaj konstruktywnego hałasu, który zdecydowanie nie boli. Wykluwa się z tej narracji, jak pisklę ze skorupki, zwiastując nadciągające pokłady psychodelii. Repetycje, zgrzyty i wiolinowe pochody dźwięków niebanalnych i często zaskakujących dramaturgicznie. Umiarkowanie drapieżny rock, który kocha improwizować. Skrzypce zdają się być w tym gronie najgroźniejsze, przypominają strzelistą, zmutowaną na kablach gitarę. Płyną środkiem i permanentnie prowokują obie prawdziwe gitary, które suną przeciwległymi flankami.

Narracja trzeciego utworu brnie w ciężkich butach po kolana w błocie, ale każdy gest, każdy pomysł ma swoją wartość. Mantryczność zachowań i interakcji, kłuje w oczy trupią radością życia w stanie ciągłej podróży. To improwizacja, którą napędza repetycja. Obowiązki w tym zakresie muzycy dzielą między siebie demokratycznie. Ich pasaże dźwiękowe mają lisią zwinność i wciąż topią się w bystrej psychodelii (przy czym, to znów skrzypce mają największe ciągoty ku transowi i kwaśnym rozwiązaniom). Dialog gitar w czwartym fragmencie ma niemal barokową urodę. Rodzaj noise streaming po lewej i quasi synkopy po prawej. Wejście zaś skrzypiec boleśnie piękne! Dużo prądu, mało elektroniki, wiele żywych dźwięków. No i błyskotliwy, post-rockowy finał! Wyśmienite!


Brandon Lopez/ Chris Corsano/ Sam Yulsman  Holy, Holy (Tombed Visions)

Jedno z lepszych w tym roku nagrań muzyki improwizowanej zza Wielkiej Wody, wydane w manchesterskim Tombed Vision (tym razem CD)! Szefem przedsięwzięcia jest kontrabasista Brandon Lopez, a wspierają go Chris Corsano na perkusji i Sam Yulsman na fortepianie. Trzy tytuły, trzy kwadranse muzyki, która wedle autora jest skomponowana (rodzaj notowanych sugestii), a potem twórczo rozwijana przez muzyków, którzy są w całym procesie najważniejsi (innymi słowy – po prostu improwizacja!).




Od startu trzęsienie ziemi, a potem jest już tylko lepiej. Trzyminutową introdukcję czyni sam kontrabasista, który zachowuje się, jakby grał sonaty Bacha na black metalowym festiwalu dla penitencjariuszy domu dla pozytywnie obłąkanych. Kosmiczny, groźny, brutalnie piękny sound. Wejście partnerów jest równie błyskotliwe. Corsano nie stroni od sonorystyki, Lopez zrywa podłogę, czyniąc cuda na smyku, a pianista stara się pełnić rolę dynamicznego komentatora, który potrafi być też subtelny, niczym rozpalona nastolatka (choćby popisowy pasaż w 11 minucie pierwszej części).

Lopez grzmi i dynamizuje każdy fragment notowanej improwizacji. Z gorącym smykiem w dłoniach jest prawdziwie doskonały! Rzec można przedświątecznie – New King of double bass is born! Corsano jest równie perfekcyjny w swoich poczynaniach. Może mniej niekonwencjonalny zdaje się być sam pianista, ale to niczego płycie nie ujmuje. Sekcja L-C szczytuje raz za razem, a kto im pogrywa na trzeciego nie wydaje się szczególnie istotne. Baa, myślę, że świetnie radziliby sobie nawet w towarzystwie zimnego trupa Elvisa Presleya! Finałowy wycieczka do świata free jazzowej estetyki, już bez smyka, to także Mountain of Bass! Muzyka gęsta, jak olej silnikowy!


Sam Andreae/ David Birchall/ Otto Willberg ‎ A Hair In The Chimney (Vernacular Recordings/ Heavy Petting)

Młoda (stosunkowo młoda) brytyjska scena improwizowana w stanie permanentnego wzrostu. Nowe nagrania rodzą się jak grzyby po deszczu, a nie jedno z nich zasługuje na miano wydarzenia artystycznego na Starym Kontynencie. Dziś trio złożone w muzyków, których personalia nie raz już pojawiały się na tych łamach, jakkolwiek nigdy w takiej właśnie trzyosobowej konfiguracji. Sam Andreae na saksofonach, David Birchall na gitarze elektrycznej i Otto Willberg na kontrabasie. Ponad godzinna, swobodna improwizacja podana w trzech odcinkach.




Molekularna, dotkliwa akustycznie, gęsta i sowita improwizacja. Akcja – reakcja – akcja - sanacja! Wyzwolona muzyka o delikatnie punkowym zabarwieniu, pełna wewnętrznej anarchii i niezgody na proste rozwiązania dramaturgiczne. Igraszki, przepychanki, swawole, trochę w klimatach ojców założycieli gatunku, choćby w ramach formacji People Band lat temu pięćdziesiąt.

Kontrabas ostro szarpie za struny. Gitara plami teren, lubi wchodzić w klimaty slide, jest zdolna do każdej reakcji, przygotowana na każdą sekwencję dźwięków. Drobne przestery, smakowite i płynne potoki muzycznej świadomości. Saksofon kanciasty, zaczepny, pyskaty, o brzmieniu, które lubi zawisnąć na dyszy, pomyśleć, co dalej. A wszystko ubarwione czymś, co moglibyśmy nazwać instrumentalnym field recordings. Narracja uzupełniana jest szeregiem dodatkowych dźwięków, które niekoniecznie mają swoje źródło w podanym na wstępie instrumentarium. Mimo braku zestawu perkusyjnego, nie brakuje tu dźwięków o właśnie takim charakterze. Powstają one na gryfie gitary, dudnią w pudle rezonansowym kontrabasu.

Gęsta narracja, w której uczestniczy każdy z muzyków, mający przy okazji tysiąc pomysłów na sekundę w zakresie tego, co ma za chwilę nastąpić. Muzyka dość szybko osiąga na tej płycie stan permanentnej zmiany. Rana kłuta, rwana i szarpana! Nie brakuje udanych zejść w sonorystykę ciszy (choćby 20 minuta pierwszej części). Gitara Birchalla zdaje się być multigatunkowa. Nie stroni nawet od upalonego blues grassu! Smakowitym kąskiem są głosy wydawane przez muzyków otworami gębowymi (No borders! No limits!). A klasyka brytyjskiego free improv, i tak kłania się na każdym kroku. Recenzentowi najbardziej podoba się ostatni fragment nagrania, gdy muzycy chętniej sięgają po dłuższe, niemal free jazzowe frazy. Emocje gotują się, energia ścieka ze ścian. Na finał kilka doskonałych dźwięków z rozgrzanych dysz saksofonu!


Lotte Anker  Plodi (Klopotec)

Płyta Plodi, firmowana przez duńską saksofonistkę Lotte Anker, to bodaj najdłuższe wydawnictwo w dzisiejszej zbiorówce. Pełne 75 minut! Ale to nie jedyny… kłopot z nią związany. Łączy ona w sobie aż trzy muzyczne spotkania, a ja nie do końca rozumiem, co przyświecało Anker i wydawcy słoweńskiemu, by je pomieścić na jednym krążku, dodatkowo w proporcjach czasowych, które nie pomagają w odbiorze całości.






Na początek dostajemy blisko 35 minutowy set solowy Anker, zarejestrowany w obiekcie sakralnym (czyli ze sporym pogłosem).  W ocenie nieco złośliwego recenzenta, nie wszystkie fragmenty nagrania warte są tak obszernej prezentacji. Występ solo jest wyzwaniem dla każdego muzyka. I to niestety słuchać w trakcie koncertu w Kościele św. Marcina w Smartno.

Kolejne pół godziny na krążku wypełnia duet Anker ze Zlatko Kauciciem (perkusja, perkusjonalia, zgodnie z opisem). Rejestracja z Domu Kultury, także w Smartno (już zatem bez pogłosu). Wartość artystyczna rejestracji rośnie znacząco. Anker gra kąśliwie, zadziornie i miejscami naprawdę niebanalnie. Kaucić pięknie eksponuje walory swojej drummerskiej maszyny, która zdolna jest wydać dowolny dźwięk. Każdy z czterech fragmentów jest odrobinę inną narracją, a całość kupujemy bez mrugnięcia okiem.

Na finał dostajemy zaś prawdziwą wisienkę na torcie – to samo miejsce, być może ten sam czas (brak dokładnych danych), a do duetu z poprzedniej części dołączają … Artur Majewski na trąbce i Rafał Mazur na gitarze basowej (zgodnie z opisem). Fragment trwa niestety tylko 10 minut (dlaczego tylko tyle?). Błyskotliwa ekspozycja free improv, która na pewno byłaby świetną całością na samodzielnej płycie. Ale nie jest. Szkoda.


Oriol Roca Trio  Mar (El Negocito Records)

Pure jazz trio! Powiedzmy to od razu - by rozwiać wszelkie wątpliwości - jazz, jak najbardziej w swoim głównym nurcie. Oriol Roca – perkusista, główny kompozytor, postać tytularna tego trzyosobowego składu, pochodzi z Barcelony, Giovanni Di Domenico – pianista, to muzyk włoski, rezydujący w Belgii, wreszcie Manolo Cabras – kontrabasista, jest obywatelem właśnie tego ostatniego kraju. Dodajmy, iż na froncie okładki pojawiają się także personalia pianisty i kontrabasisty.





Płyta Mar zawiera siedem kompozycji i płynie przez nasze uszy wartkim, acz nieśpiesznym strumieniem. Wrażliwość, skupienie, dbałość o szczegóły konstytuują mainstreamową jakość tej muzyki. Oczywiście jeśli tak jest w istocie, recenzent może nieco ponarzekać na brak stałego dopływu spontaniczności w ekspozycjach tych trzech dżentelmenów (jesteśmy wszak na Trybunie!), ale samej muzyce nic to nie ujmuje.

Jeśli szukać punktu odniesienia dla tego nagrania, to koniecznie wskazać winniśmy na trio Aurora Agusti Fernandeza, Barry Guya i Ramona Lopeza. To podobna estetyka, porównywalna dbałość o melodykę, harmonie i tonacje, także ów wewnętrzny, szlachetny spokój narracji, w której zaszytych jest wiele wyrafinowanych improwizacji. Oczywiście nie jest to propozycja dla free jazzowych zapaleńców, ale to już problem tych ostatnich.


Noise Of Wings  Frozen Songs (bandcamp/selfreleased)

Nazwa formacji i jej skład instrumentalny (dwa tenory, goła sekcja) wskazywałby na prawdziwie free jazzową jatkę na płycie Frozen Songs. A jednak to właśnie tytuł wydawnictwa bardziej oddaje nastrój tego nagrania.

Tak, nastrój, albowiem kwartetowy incydent dokonany przez Raya Dickaty’ego (saksofon tenorowy), Macieja Rodakowskiego (saksofon tenorowy), Wojtka Traczyka (kontrabas) i Huberta Zemlera (perkusja) zawiera istotnie spokojną i nad wyraz refleksyjną muzykę.




Sekcja rytmiczna jest niezwykle czujna i intrygująco plącze opowieści snute przez dwa tenory. Opowieści oparte na kompozycjach jedynego niepolskiego muzyka na krążku i zdecydowanie głównej siły sprawczej tej muzyki. Dodajmy, że tenory  - w trakcie 44 minut nagrania - najczęściej snują lekko melodyzujące pasaże, rzadko (niestety) wchodząc w szranki improwizacji. Ten artystyczny wybór z jednej strony pozbawia muzykę kwartetu jazzowej krwi, z drugiej jednak - nadaje jej inny, nieco medytacyjny, chwilami wręcz transowy wymiar. Gdy Frozen Songs brną w tym kierunku, robi się naprawdę ciekawie. Najlepszym przykładem, najdłuższy na płycie Hymnal. Repetycje i symultaniczność saksofonów, na tle ruchliwego kontrabasu i niebanalnego drummingu, sprawiają, iż ta muzyka zaczyna żyć zupełnie w innym wymiarze, niż moglibyśmy oczekiwać od kwartetu jazzowego, czy free jazzowego.


The Owl  On The Way (Fundacja Słuchaj!)

Nie brakuje w dzisiejszej opowieści jazzu środka! Oto kolejny przykład. Krajowe trio The Owl - Marcin Hałat na skrzypcach (autor skomponowanej części tego dwupłytowego wydawnictwa), Maciej Garbowski na kontrabasie i Krzysztof Gradziuk na perkusji (przy okazji zatem, w składzie formacji 2/3 RGG Trio).




Skrzypce, jak zresztą większość instrumentów strunowych, należą do moich ulubionych przedmiotów wydających dźwięki, zatem nie ukrywam, iż On The Way słucham z ogromną przyjemnością. Brzmienie skrzypiec jest czyste, tłuste, ale lekkie jak pawie pióro. Tematy - pełne melodii i niebanalnych harmonii - zgrabne i dające się bezboleśnie podśpiewywać przy goleniu. Kompetencje muzyków, jakość wzajemnej komunikacji, umiejętność błyskotliwego reagowania na poczynania partnerów, nie budzą wątpliwości w jakimkolwiek wymiarze.

Obok utworów skomponowanych przez Marcina, płyta zawiera także pięć fragmentów nazwanych Vision Fugitive, pod którymi podpisuje się cała trójka muzyków. Ta ponad półgodzinna część On The Way nosi wyraźne znamiona swobodnych improwizacji. Chyba nie zaskoczy nikogo na tych łamach konstatacja recenzenta, iż te chwile zdają się być na płycie najbardziej frapujące.


Sundog  Sundog (Fundacja Słuchaj!)

Kolejna (prawie) krajowa nowość Fundacji Słuchaj! Z duetem klarnetowo-kontrabasowym Mateusz Rybicki – Zbigniew Kozera spotkaliśmy się całkiem niedawno, przy okazji ich debiutu fonograficznego Xu. Słowa recenzenta były wówczas ciepłe i rokowały na przyszłość.

Na tej płycie spotykamy obu muzyków z podobnym instrumentarium (przy czym obaj dodają preparacje), w towarzystwie trzeciego muzyka, jakim jest Samulel Hall, który uprawia rozbudowaną perkusjonalistykę, także z użyciem elektroniki, dokonując przy tym stosownych preparacji.




Nagrania dokonano w Galerii na Czystej, we Wrocławiu, wykorzystując naturalną akustykę tego dość obszernego (jak sądzę) pomieszczenia. Echo i interaktywna przestrzeń w procesie swobodnej improwizacji. Muzyka Sundog brnie wyjątkowo spokojnie, jest nieinwazyjna i mile łechta ucho nawet zmęczonego słuchacza. Narracja stąpa z nogi na nogę, dostarczając wielu ciekawych dźwięków, także na polu szeroko rozumianej elektroakustyki. Jednak jako całość (blisko godzina muzyki) pozbawiona jest odpowiedniej dawki emocji i dramaturgii, by recenzenta zagonić w kozi róg i wzbudzić większy entuzjazm.


Patrick Shiroishi  Tulean Dispatch (Mondoj)

Saksofonista z Los Angeles, o japońskim nazwisku i polskich korzeniach. Dodatkowo publikujący w nowym… polskim labelu na kasecie magnetofonowej! To nie może nie być intrygujące.




Solowy, półgodzinny set na baryton, alt i … preparowane piano. Ciekawe, lekko zmutowane pogłosem, zabrudzone brzmienie. Długie, rozbudowane pasaże, niestroniące od wycieczek w kierunku całkiem konstruktywnego hałasu (choćby w drugim fragmencie). Ekspresja, emocje, rockowe doświadczenia i ... wspomnienia przodków, którzy więzieni byli w Polsce w trakcie drugiej wojny światowej. Szczere, bolesne, dynamiczne podmuchy prostych instrumentów dętych, drewnianych.

Narracja tej czteroutworowej płyty nie jest nadmiernie skomplikowana. Bazuje na ładunku energii, która eksploduje raz po raz i brnącym w brutalnie przestrzenie, ostrym jak brzytwa, tembrze barytonu. Improwizacja daleka od jazzowych synkop, przepełniona post-rockowym potem i znojem.


Kjetil Jerve/ Jimmy Halperin/ Drew Gress ‎ New York Improvisations (Dugnad Rec) ‎

Kolejna dziś płyta z zagadką w środku. Miejsce muzycznego spotkania zdaje się być oczywiste w świetle tytułu płyty. Co do improwizacji, też mamy zgodę. Muzyka osadzona w jazzowym mainstreamie zdaje się mieć kształt kompozycji, które ulegają interesującemu rozwarstwieniu w procesie żmudnych improwizacji. W jej kontekście nie użyjemy jednak słowa free, swobodna, czy innego bliskoznacznego sformułowania.




Teraz muzycy: Kjetil Jerve na fortepianie, Jimmy Halperin na saksofonie, Drew Gress na kontrabasie (to zdecydowanie najbardziej uznany muzyk na płycie) i … postać nieznana na perkusji (gra w trzech, z czterech utworów, ale nie zasłużyła sobie na ujawnienie danych personalnych). Płyta zawiera rozbudowane liner notes, które być może wyjaśnia tę zagadkę, ale niestety … napisane jest w którymś z dalekowschodnich języków.

Sama muzyka, jej stonowany, dość przewidywalny przebieg, brak ciekawszych, bardziej dynamicznych pasaży, czy choć odrobinę zaskakujących zwrotów dramaturgicznych, sprawia, że chęć recenzenta do zgłębiania dźwiękowych tajemnic tej sesji maleje z każdą minutą odsłuchu. Zdaje się, że gdyby ta sesja odbyła się w Nowym Jorku jakieś 60-70 lat temu, jej wartość poznawcza byłaby dużo większa.


Hati & Mazzoll Teruah (Requiem Records)

Przyznam się szczerze, iż nie pamiętam, czy Jerzy Mazzoll, pomnikowa postać muzyki yassowej, niepokorna dusza krajowej sceny improwizowanej od stuleci, kiedykolwiek zmierzył swe siły z wyjątkową formacją avant-folkową Hati. Dziś, gdy słucham ich wspólnej płyty Teruah, mam wrażenie, że klarnecista i Rafał Iwański wraz z Rafałem Kołackim są po prostu dla siebie stworzeni.




Błyskotliwa, skupiona, pełna zdrowej mantry improwizacja Mazzolla doskonale lepi się z przebogatym instrumentarium Hati, zbudowanym na perkusjonaliach i wielu innych, także dętych, egzotycznych instrumentach. Ta muzyka pulsuje, żyje, krzyczy i płynie. Klarnety Jerzego całkowicie naturalnie wgryzają się w głęboką fakturę muzyki wielkiej orkiestry niespodziewanych dźwięków, jaką jest duet Hati.

Na płytę składają się dwie sesje nagraniowe z lat 2014 i 2016. Pierwsza (Inspiracje) zastaje muzyków w stanie permanentnej improwizacji, by wraz z upływem czasu uciekać w trans, niepozbawiony meta folkowych anegdot. Druga sesja (Ekspiracje) konsekwentnie ucieka od improwizacji w psychodelię, a kierunek wycieczki jest zdecydowanie wschodni. Zanik zachowań improwizacyjnych dodaje samej muzyce walorów duchowych, wręcz mistycznych.


Immortal Onions  Ocelot Of Salvation (Requiem Records)

Widziałem ich koncert na ostatnim festiwalu Jazz Jantar. Młodość, wigor, rockowy temperament, artystyczna bezczelność, nuta trójmiejskiego humoru. Na koncercie tłum przyjaciół i ekspresyjnie wiwatującej publiczności. Wygrane konkursy dla młodych zespołów jazzowych, grant na debiutancką płytę. No i świetna nazwa kapeli. To na razie tyle…




Tomir Śpiołek na fortepianie i instrumentach klawiszowych, Ziemowit Klimek na kontrabasie i gitarze basowej oraz Wojtek Warmijak na perkusji. Nieśmietelna Cebula. Improwizacja na razie na etapie prenatalnym. Grają, szczęśliwie swój repertuar, bacznie naśladując kilka popularnych tego typu składów na szeroko pojętej niwie jazzu stosunkowo popularnego.

W ocenie recenzenta, ta płyta przydarzyła się tym młodym muzykom zbyt wcześnie. Ale tenże obiecuje, iż będzie pilnie obserwował, co wydarzy się w kolejnych latach pod szyldem Immortal Onion. The Youth Are Getting Restless, cytując dobrą płytę nowojorskiej kapeli Bad Brains, przy okazji także własny komentarz po koncercie, zamieszczony na fejsbuku.


Paulo J Ferreira Lopes/ Karoline Leblanc  Kumbos (atrito-afeito)

Na finał naszej grudniowej zbiorówki odrobinę odejdziemy od improwizacji. Czeka nas bowiem… kompozycja elektroakustyczna na dwie persony i spory zestaw przedmiotów, gotowych wydawać dźwięki.

Z kanadyjską pianistką Karoline Leblanc zetknęliśmy się w tym roku, przy okazji jej kwartetowej, pełnowymiarowej improwizacji w towarzystwie trzech Portugalczyków (A Square Meal, m.in. z udziałem Luisa Vicente i Hugo Antunesa). Tym czwartym był Paulo J Ferreira Lopes, który na płycie Kumbos zdaje się być postacią wiodącą.




On jest autorem 46 minutowej kompozycji, a generuje rozliczne dźwięki elektroakustyczne za pomocą syntezatorów, urządzeń elektromechanicznych, perkusjonalii, a także reel-to-reel recorders. Jego partnerka korzysta zaś z fortepianu, organów, klawesynu, a także wykorzystuje nagrania terenowe.

Trzy kwadranse w takich oto okolicznościach instrumentalno-narzędziowych mijają doprawdy uroczo. Paulo w ramach kompozycji wykazuje się dużą przedsiębiorczością, niemałym pomyślunkiem i dostarcza nam szereg frapujących dźwięków. Karoline mocnymi akordami piana sieje ferment i nie pozwala, by elektroakustyka całkowicie zdominowała utwór. Muzyka pełna jest smaczków, ciekawych zwrotów dramaturgicznych, nie stroni od emocji i intrygujących konstatacji. A recenzent wcale nie odczuwa braków w zakresie należytej porcji improwizacji.



środa, 6 grudnia 2017

Joe Morris! Ultra! Intense! Utter! Utmost! *)


Dziś czas na płytę wyjątkową! Nie tylko z uwagi na zawarty na niej materiał muzyczny! Również z uwagi na … długość procesu edytorskiego! Oto bowiem nagranie, nad którym za moment się pochylimy, czekało na ujrzenie światła dziennego całe sześć lat!

A historia jest mniej więcej taka. Amerykański gitarzysta i kontrabasista Joe Morris (domniemuję, iż w świecie free jazzu, postać niewymagająca specjalnych rekomendacji) powziął koncepcję, by zagrać muzykę w dużej mierze komponowaną, która skonfrontuje gitarę akustyczną z innymi instrumentami strunowymi, wspartymi także odrobiną dźwięków dętych. Pierwszy efekt prac nad koncepcją Ultra nie zadowolił Morrisa. Do tematu powrócił po pewnym czasie, w trakcie spotkania z doskonałym katalońskim pianistą Agusti Fernandezem. Ten drugi zaproponował skład (już bez akcentów dętych, ale z fortepianem) i w roku 2011 dokonano nagrania w kwintecie, które z moment poznamy. Efekt także tej sesji nie zadowolił do końca kompozytora i improwizatora. Znów musiało upłynąć trochę czasu, znów w zasięgu artystycznego domostwa Morrisa musiał pojawić się Katalończyk. Zapadła decyzja o dalszej pracy nad tym materiałem. W roku 2014 zrealizowano mix, po kolejnych trzech latach mastering, by wreszcie – dzięki operatywności polskiego wydawnictwa Fundacja Słuchaj! – w październiku br. płyta Ultra trafiła do odtwarzaczy melomanów. Uff… Poznajmy koniecznie tę muzykę!




Siedemnastego lipca 2011 roku, w Phillips Andover Academy (Massachusetts, USA) zjawia się piątka muzyków – Joe Morris na gitarze (akustycznej, czego nie podkreśla opis płyty), Agustí Fernández na fortepianie, Yasmine Azaiez na skrzypcach, Tanya Kalmanowitch na skrzypcach i altówce oraz Junko Fujiwara na wiolonczeli. Muzykę na sesję przygotował gitarzysta i on jest tytułowym podmiotem wykonawczym (jednakże nazwiska pozostałych muzyków także widnieją na froncie okładki). Na płytę Ultra składa się siedem utworów, które trwają łącznie 70 minut. Z rosnącą ciekawością zaglądamy do środka!

Ultrafied. Fortepian i cztery strunowce! Zapowiada się intrygująca konfrontacja! Od pierwszego dźwięku wszystkie instrumenty pozostają w stanie permanentnego zwarcia. Produkują dużą ilość dźwięków w jednostce czasu. Piano tańczy nad strunami, niczym baletnica, której nie przeszkadza rąbek spódnicy. Dynamika, emocje, basowe kontrapunkty Agustiego.
           
Ultraesent. Morris w roli organizatora tego nagrania (nie zaś kompozytora, co silnie akcentuje w liner notes). Ten fragmenty płyty zaczyna się dużo spokojniej, choć same pasaże na strunach są głębsze, bardziej dobitne akustycznie. Odrobinę nostalgiczne i bogate w treść w niemal barokowym stylu (uwaga! ta nostalgia może kąsać!). Gęsta, narowista narracja (parytet kobiecy nie daje o sobie zapomnieć!), piano wciąż pląsa jedynie na klawiszach, bez zaglądania do środka instrumentu. Spanizująca gitara Morrisa pojawia się dopiero pod koniec trzeciej minuty i od razu kreuje błyskotliwą ekspozycję. Classic Strings, które uciekły z filharmonii i absolutnie nie wyrażają chęci powrotu! Rosnąca dynamika nagrania (po 6 minucie) kładzie się cieniem doskonałości na quasi nostalgicznej introdukcji. Jesteśmy już bowiem w sporym galopie. 9 minuta – rodzaj dramaturgicznego wyciszenia pod batutą szeleszczącej gitary. Inne strunowce aż gotują się na gryfach. Popis instrumentalny goni popis, prawdziwa wirtuozeria na pięć fajerwerków! Finał piosenki jest wręcz agresywny, eksplozywny!
           
Ultracious. Struny już płoną, piano milczy, trwa intensywna improwizacja, ale jeszcze nie popadająca w galop. Trudno w tej narracji doszukać się kompozytorskich szwów. Muzycy pięknie się wzajemnie inspirują, nie unikając lokalnych eskalacji. Oto, jak zagubione myśli i idee kompozytorskie znajdują swoje miejsce w kolektywnej improwizacji. Piano powraca z dna piekła i po raz pierwszy tego dnia stawia na dotkliwe preparacje (5 minuta). No i zaczyna się prawdziwa batalia! Strunowce w kobiecych rękach wchodzą w ten mess around bez chwili zawahania. Eskalacja niemal w industrialnym wydaniu, z silnie rezonującym pudłem największego z instrumentów. Wejście gitary jest drastyczne i precyzyjne! Smyczki gotują się na wolnym ogniu! Co za emocje!
           
Ultratude. Piano inside, przyczajone, głęboko osadzone w przestrzeni akustycznej nagrania. Struny krwawią, ale to nie jest wydarzenie o charakterze menstruacyjnym. Opowieść z krypty, która sugeruje galop. Gitara jakby biegła drugim planem i tylko zmyślnie komentuje. Odrobina sonorystycznego przeciągania strun na wszystkich instrumentach. Death prepare! W 8 minucie Morris wychodzi przed szereg i tnie akustykę koncertu ostrą brzytwą. Prawdziwe Ultra! Jakże piękna eskalacja! – wzdycha recenzent!. Dirty dancing! Boleśnie błyskotliwe tarcia i obcierki. 12 minuta przynosi jakże zasadne wyciszenie. Subtelne akustycznie solo na strunach (gitary? wiolonczeli? altówki? – recenzent w totalnej konfuzji). Nowa improwizacja, tuż potem, szyta jest już innym ściegiem. Choć ekspresji jej nie brakuje. Gramy jakby odrobinę wyżej, bez niskich preparacji piana. Ostatnie sekundy, to jednak ostry zjazd w dół (a jakże!).



           
Ultraand. Piano po dłuższej przerwie znowu z klawisza. Wiolonczela pilnie klasycyzuje. Odrobina oddechu dla muzyków i słuchaczy. Jakkolwiek nie jest to wcale spokojny duet. Finalna dynamizacja tej dość krótkiej ekspozycji jest także udziałem skrzypiec.
           
Ultraism. Strunowce rządzą (zwłaszcza te w rękach kobiecych!). Skowyt i moralne zatracenie! Piano z klawisza stawia wszystkich pozostałych do pionu! Gitara wyznacza swój szlak, wracając po dłuższej chwili odpoczynku. Acoustic voice of music! Pięknie dosadne komentarze skrzypiec i wiolonczeli. Taniec na rozgrzanym dachu! Rodzaj strunowego hałasu (7 minuta!). Konwulsje na gryfach, przy niemal milczącym piano. Gdy ten ostatni instrument wraca do gry, pichci dynamiczny pasaż w wysokim rejestrze. Zaraz potem uroczo wybrzmiewa.
           
Ultraocity. Na finał płyty, drobna, trzyminutowa ekspozycja gitary i skrzypiec (altówki?). Całują się w alkowie z dużą ekspresją! Jakaż to namiętna para!



*) ang. wszystkie określenia, to synonimy czegoś krańcowego

wtorek, 5 grudnia 2017

Phicus! A short view after tour events!


Polska mini trasa koncertowa katalońskiego tria Phicus za nami. Gitarzysta Ferran Fages, kontrabasista Alex Reviriego i perkusista Vasco Trilla zagrali w Łodzi, w klubie Format (z gościnnym udziałem Pawła Sokołowskiego na saksofonach), w Warszawie, w trakcie 13-ego Mózg Festiwalu, a także w Poznaniu, w ramach The Phicus Residence in Poznan, gdzie obok koncertu głównego, sety solowe zaprezentowali Fages i Reviriego, a Trilla zagrał duet z Pawłem Doskoczem na gitarze elektrycznej.

Wrażenia artystyczne były niebywałe, emocje po obu stronach sceny w pełnej erupcji. Trybuna Muzyki Spontanicznej była organizatorem koncertu poznańskiego, zatem nie wypada na tych łamach zagłębiać się w szczegóły tych muzycznych wydarzeń.

Koncert warszawski można obejrzeć właśnie pod tym linkiem:



Poniżej kilka ciekawych momentów koncertu z Poznania, uwiecznionych na zdjęciach Maksa Krybusa.








Więcej zdjęć szukajcie na moim profilu fejsbukowym. Oto skrót:


****

Warto także na koniec oddać głos samym muzykom. Wywiad został przeprowadzony dla portalu Jazzarium.pl tuż przed trasą koncertową grupy. Oto jego pełna wersja.


Phicus – fauna i flora improwizacji w rozkwicie 

Phicus to nazwa, która pojawiła się na improwizowanej scenie katalońskiej dopiero w tym roku. Wszakże pod tą nazwą kryją się muzycy, którzy funkcjonują artystycznie nie od dziś. Doskonały perkusista Vasco Trilla, to z pewnością najbardziej znany u nas muzyk z tamtego rejonu świata (zaraz po Agusti Fernandezie!). Niemałym dorobkiem poszczycić się może także gitarzysta Ferran Fages, choć ten przede wszystkim na polu eksperymentalnej muzyki elektroakustycznej (choćby pokaźne portfolio dla angielskiej wytwórni Another Timbre). Wreszcie Alex Reviriego, najmłodszy w tym gronie, ale już niebywale kompetentny kontrabasista, bez którego trudno wyobrazić sobie dobrą płytę free jazz/ free improv, nagraną w stolicy Katalonii.

Debiutancka płyta tria Phicus, zatytułowana „Plom”, ukazała się wczesną jesienią tego roku, za pośrednictwem serii wydawniczej Multikulti Project i Trybuny Muzyki Spontanicznej.

Obecnie grupa przylatuje do Polski na trzy koncerty. Pierwszy odbędzie się w Łodzi (Format, 30.11), drugi w ramach warszawskiej edycji 13th Mózg Festiwal (Mózg Powszechny, 1.12), a mini trasę zwieńczy koncert poznański (Amarant, 3.12).

Na okoliczność tego wydarzenia przeprowadziłem wywiad z muzykami Phicus. Głównym odpytywanym był Reviriego, ale w odpowiedzi swoje bystre myśli wplatali też Trilla i Fages.


Alex, jak zauważyłem, improwizowana scena Barcelony jest rozległa, ale muzycy znają się wzajemnie bardzo dobrze. Skąd pomysł, by grać właśnie w takim układzie personalnym?

Improwizowana scena w Barcelonie rozrosła się w trakcie ostatnich lat, ale jest relatywnie
mała, gdzie prawie wszyscy znają się wzajemnie, wielu muzyków gra i nagrywa w kilku różnych grupach. Oczywiście ten rodzaj endogamii ma swoje wady. Dość łatwo bezwiednie adaptować się do pewnych, spodziewanych ról, co kończyć się może ograniczaniem kreatywności lub poczuciem pewnej stagnacji, wynikającym z grania wiele razy w takich samych konfiguracjach osobowych. Ale pozytywne aspekty tego zjawiska, moim zdaniem, przeważają. To (relatywnie) ograniczone pole muzyków, w połączeniu z dającymi się ogarnąć rozmiarami samej Barcelony *), sprawia, iż łatwo jest rozwijać silne personalnie i muzycznie powinowactwa, nawet pomiędzy muzykami w różnym wieku i z różnym zapleczem muzycznym.  Moje relacje z Ferranem są dobrym tego przykładem; poza tym, że jesteśmy z różnych generacji, że mamy odmienne doświadczenia (Ferran jest kilka lat starszy ode mnie, jest też ekstremalnie ciekawym świata i świetnie zorganizowanym samoukiem awangardzistą, podczas, gdy ja jestem przykładem „dziwnego” produktu konserwatorsko-akademickiego), od czasu naszego pierwszego spotkania rozwinęliśmy silne powinowactwo, przede wszystkim oparte na tych samych zainteresowaniach i celach artystycznych.. Po miesiącach cotygodniowego grania w tym samym miejscu, relacje artystyczne przekształciły się w osobistą przyjaźń. Vasco to inna historia, ale takie same efekty. To jeden z najbardziej aktywnych i innowacyjnych perkusistów w Barcelonie. Grałem z nim razem dziesiątki, setki razy w różnych sytuacjach (sesje Discordian Records, koncerty, sesje organizowane przez El Pricto w klubie Soda Acoustic, itd.), nim odbyliśmy pierwszy odsłuch Phicusa. To fakt, Phicus to dobry przykład produktu, będącego konsekwencją sytuacji, o której rozmawiamy: znaliśmy się wzajemnie całkiem dobrze (tak osobiście, jak i artystycznie), nim zauważyliśmy, że założenie tej grupy było dobrym pomysłem.

Myślę, że dla Ferrana, który jest zaangażowany w inny rodzaj improwizacji, na przykład we współczesną, awangardową elektronikę, taki model grania jak w Phicus jest czymś nowym. Czy mam rację?

Jeśli spojrzymy na to, co dzieje się lub wydarzyło się w Barcelonie, odpowiedź brzmi: tak. Phicus podąża nowymi, nieodkrytymi ścieżkami, zwłaszcza, jeśli chodzi o walory brzmieniowe tej muzyki i jej wysoki poziom energetyczny. Fakt, że gitara nie jest zdominowana (dosłownie: „nieodurzona” - przyp.red.) przez efekty i podąża równolegle z kontrabasem i perkusją (jeśli nie grasz, nie ma dźwięku), sprawia, że Phicus daleki jest od zwyczajowego brzmienia „the power trio”, które na ogół mamy w głowach, gdy myślimy o tego rodzaju formacjach.

Istnieją także pewne kompozytorskie strategie nakierowane na inne sytuacje niż zwyczajowa akcja-reakcja, których wielu muzyków nie rozumie w kontekście muzycznej kreacji. Warto także podkreślić, iż Phicus udoskonala swoje brzmienie i rzemiosło muzyczne intensywnie na każdej próbie, od momentu, gdy ta koncepcja powstała w roku 2016. To kwestia trzech instrumentów, które sytuowane są w innych rolach, niż na ogół się spodziewamy, i to prawdopodobnie stanowi rodzaj nowego paradygmatu, który pcha Phicusa w kierunku tych horyzontów stylistycznych, o których wspomniałeś.

Skąd nazwa „Phicus”? Czy chodzi tylko o to, że to słowo dobrze brzmi, czy coś jeszcze? I ta chemia w tytułach utworów. Powinniśmy doszukiwać się jakiś niezwyczajnych doświadczeń?

(Vasco): Chcieliśmy krótkiej nazwy, niezwiązanej z tradycyjną muzyczną nomenklaturą: grupa, trio, projekt, itp. Szukaliśmy nazwy dla zespołu od momentu, gdy projekt zaczął swoje życie. „Phicus” brzmiał dla nas jako nazwa kompletnie niezwiązana z jakimkolwiek gatunkiem, szczegół, który może być interesujący w przyszłości. Jestem szczęśliwy myśląc, że pewnego dnia będę mógł powiedzieć moim wnukom, że grałem w bandzie, którego nazwą była roślina.

Tytuły utworów (chodzi o pierwiastki chemiczne – przy. red.), zostały pierwotnie zaproponowane przez Alexa. On ma obsesję na punkcie natury i procesów z nią związanych od młodości (prawdopodobnie to konsekwencja niemożności zrozumienia nauki na lekcjach w szkole), to stały element jego osobowości. Miał dwie grupy ze zwierzęcymi nazwami, także wiele z jego wczesnych kompozycji miało zwierzęta, rośliny i naturalne zjawiska w tytułach (koty, ptaki, trawa, meduza, wiatr, króliki). Elementy układu okresowego pierwiastków są po prostu logicznym rozwinięciem tych zainteresowań. My naprawdę czujemy pewną relację pomiędzy muzyką i jej tytułami, a także nazwą całej płyty: od pierwszego odsłuchu płyty, było jasne dla nas, że to siedzi w jej rdzeniu. A także ładnie brzmi.

Phicus często funkcjonuje koncertowo w formule trio plus jeden. Myślę tu na przykład o trasie koncertowej i nagraniach z Martinem Küchenem. Czy trio, to za mała grupa dla was, czy tylko poszukujecie dodatkowych wrażeń artystycznych?

Phicus to trio i bardzo lubimy tę formułę, ale jesteśmy zainteresowania rozwojem, czerpaniem korzyści z wszechstronności, jaką daje nam granie z dodatkowym muzykiem. Instrumenty dęte dają nam dodatkowe możliwości brzmieniowe, które poszerzają muzyczny język, który chcemy zgłębiać. Ale to dla nas ważne, by pozostać identyfikowani jako trio.

W tym szczególnym przypadku, związanym z Martinem Küchenem, szukaliśmy muzyka, którego osobisty język mógłby dobrze komponować się z naszą poszerzoną paletą brzmieniową, ale także muzyka z silnym charakterem, stanowiącym wyzwanie dla nas, muzyka, który wyrzuci nas ze strefy komfortu. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tej trasy i niebywale podekscytowani nadchodzącą wspólną płytą (prawie zakończyliśmy wczoraj proces miksowania tego nagrania).

W jednej z recenzji Waszej pierwszej płyty, dziennikarz napisał, że drugi utwór na płycie („Plom 1”) jest „może najbardziej punk rockową improwizacją, jaką słyszeliśmy w tym roku”. Co myślicie o tej punkowej konotacji? Czy graliście tę muzykę w młodości? (wiem, że Vasco grał death metal!).

(Ferran): Być może winniśmy rozważyć, jakie to konkretne odniesienia stylistyczne pojawiły się w głowie dziennikarza, gdy pisał tego słowa. Jakkolwiek, jeśli chcielibyśmy uniknąć pytania retorycznego, to rzecz jasna łatwo zrozumieć, iż ktoś używa takiej etykiety, by nas kategoryzować. W mojej opinii „Plom 1” i „Plom 2”, to dwa przykłady tego, co mogłoby być hipotetycznym mostem pomiędzy free jazzem i surową energią rocka. Jeśli miałbym być bardziej precyzyjnym, powiedziałbym, że to rodzaj „niedbałej: gitarowej energii, kojarzonej z brzmieniem amerykańskich bandów z lat 80., takich, jak Fugazi, czy też naszego ukochanego The Ex **). Ale muszę też przyznać, nigdy nie siedziałem w tej muzyce na tyle mocno, by móc przyznać, że miała na mnie realny wpływ. Nie grałem punk rocka w mojej młodości, gram go teraz, w piątej dziesiątce mojego życia.

(Alex): Pierwsza grupa, w której grałem, to było coś w rodzaju punkowej załogi nastolatków. Potem, w latach, które muzycznie mnie kształtowały, grałem mnóstwo rocka i metalu (od coverów Led Zeppelin, po tak niechlujne i szalone grupy death metalowe, jakie tylko można sobie wyobrazić). Nigdy nie siedziałem mocno w punk rocku, ale absolutnie uwielbiam europejski black metal lat 90., także wczesny amerykański death metal (wciąż nie potrafię zrozumieć, jak coś tak dobrego, jak „Blessed Are Sick” jest zakazane ***), a także wszystko, co generalnie nazywamy muzyką „noise” (japońska wersja, „harsh noise”, „power electronics”…). Ostatnimi czasy dobrze odnajduję się w trendzie doom i pozostaję pod dużym wpływem takich muzyków, jak Dylan Carlson, czy Electric Wizard.
Tak więc, według mnie, to oczywiste, że te doświadczenia w pewnym stopniu znajdują odzwierciedlenie w naszej muzyce.

Rodzaj pytania o filozofię improwizowania. Jakie sprawy są najważniejsze w procesie improwizacji, zwłaszcza swobodnej improwizacji?

Natura improwizacji jest zawsze czymś niejasnym i trudnym do ogarnięcia. W naszym specyficznym wypadku, chcieliśmy rozwijać szczególny rodzaj „phicusowego” języka, który wypływa ze stosowanych przez nas indywidualnych środków wyrazu, ale który sprawia jednocześnie, że to po prostu spotkanie Fagesa, Reviriego i Trilli. Dobrym przykładem może być choćby słuchanie jednocześnie płyt „Völga” ****) i “Plom”. Zauważmy, iż 50% składu kwartetu Völga, to 66% składu tria Phicus, zatem tym bardziej interesującym jest dostrzeżenie, jak bardzo różnią się od siebie te płyty (mimo, iż obie grupy grają muzykę całkowicie improwizowaną, nagraną w tym samym studiu, tego samego roku). Podczas, gdy muzyka Völgi płynie spokojnym strumieniem, po ciemnym krajobrazie, z pewną dozą folkowego piękna, ukrytą w muzycznych zakamarkach, Phicus dla odmiany jest przykładem zderzenia różnych sił, czasami rodzajem delikatnej równowagi na skraju chaosu, innym razem dziwnego i upartego tańca tajemniczych postaci (całe zdanie w dosłownym tłumaczeniu – przyp. red.). Te różnice ujawniają zasadniczą kwestię, o którą pytasz, co takiego kontekst i intencje czynią w procesie wolnej improwizacji: mogę być relatywnie gotowy na akt spontaniczności, ale wydarzenia wokół filtrują „znaczenie” mojego działania i dają informację zwrotną, która wpływa na moje kolejne decyzje (warunkuje to, co zdarzy się potem), tworząc bardzo szczególne i indywidualne okoliczności.

Dziękuję Wam bardzo za rozmowę i do zobaczenia na koncertach w Polsce!



*) miasto jest tak naprawdę bardzo duże, ale świetnie skomunikowane (zwłaszcza licznymi liniami metra)

**) The Ex, to oczywiście załoga holenderska. Myślę, że Ferran wie o tym doskonale. Przy okazji, to z pewnością ulubiona punkowa grupa muzyków improwizujących.

***) nie czuję się kompetentny, by ten temat zgłębić i wyjaśnić Czytelnikom, a Alexa dalej nie odpytywałem, gdyż z punktu widzenia muzyki Phicus i tego wywiadu, nie jest to kwestia szczególnie istotna.

****) Kwartet w składzie: Fernando Carrasco, Ivan Gonzalez, Alex Reviriego i Vasco Trilla. Ich debiutancka płyta także ukazała się w tym roku, również w ramach polskiego wydawnictwa Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series.


piątek, 1 grudnia 2017

Trevor Watts! All There Are Dialogues! Not Only With Strings!


Postać angielskiego saksofonisty Trevora Wattsa wykuta jest na Trybunie Muzyki Spontanicznej w złotej skale! Muzyk ten nie potrzebuje jakichkolwiek introdukcji, pisanie o jego muzyce nie wymaga powtórki z historii muzyki improwizowanej. Bowiem on sam jest tą historią i to bodaj jedną z tych najważniejszych!

Dziś czas odpowiedni na omówienie dwóch tegorocznych premier płytowych Trevora! Kwartet i duet! A na koniec drobny suplement na piano solo, oczywiście bez udziału saksofonisty, poczyniony przez jednego z jego współczesnych partnerów w żmudnym procesie improwizacji.




Dialogues With Strings!

Pytanie, czy formuła improwizowania w kwartecie może być twórczym rozwinięciem takiejż czynności, uprawianej w duecie, jest oczywiście retoryczne, ale gdybyśmy usilnie potrzebowali powodu rzeczowego, przykładem niech będą Dialogi ze Strunami. Wieloletnia i wielopłytowa współpraca Trevora Wattsa z pianistą Veryanem Westonem właśnie osiągnęła stan wzmożonej potrzeby czegoś więcej. Doproszenie do duetu dwóch wyjątkowo atrakcyjnych muzycznie artystek, jakimi są skrzypaczka Alison Blunt i wiolonczelistka Hannah Marshall, jest zatem naturalną konsekwencją wyżej zastanej sytuacji.

Pierwszy koncert nowego kwartetu odbył się wiosną tego roku. Potem pojawiła się płyta, która miała swą premierę w trakcie koncertu czwórki na warszawskim Festiwalu Ad Libitum. A na rzeczonej płycie, właśnie ów pierwszy koncert.

Rzecz działa się 23 kwietnia br. w Cafe Oto w Londynie. Dziś słuchamy tego na CD, wydanym przez Fundację Słuchaj!, a zatytułowanym właśnie Dialogues With Strings. Trzy odcinki muzyczne (tytuły sugerują, iż są to fragmenty większej całości). Godzina zegarowa i jedna minuta konkretnie wartościowych doznań muzycznych przed nami.

Każdy z muzyków płynnie wchodzi w zadaną konwencję estetyczną (gramy muzyką komponowaną, stworzoną oczywiście w drodze jak najbardziej swobodnej improwizacji!). Wiolonczela ma delikatnie upalone brzmienie, czym łechta zmysły recenzenta od pierwszej do ostatniej minuty koncertu. Piano stąpa pojedynczymi akordami, wprost z klawiatury, skrzypce na boku, w stanie łagodności,  a saksofon w oczekiwaniu na pierwszy podmuch swojej tuby. Jakby wzdychanie narkotyzującej się filharmonii przed pierwszym uderzeniem w batutę. Alt Wattsa wchodzi ostrożnie, jest odrobinę słodki, nienachalny. Skupienie, ale i odwaga, nawet bezczelność. Gęsta narracja, ciało w ciało, bez pustych przebiegów. Piano ewidentnie nawołuje do tańca, strunowce nie mówią „nie”. Trevor stara się tonizować emocje młodszej falangi tego kwartetu, ale nie jest w tym do końca skuteczny. Czupurność Alison i Hannah, pewna zuchwałość Veryana, sprawiają, iż alcista puszcza wodze fantazji i pozwala, by cały kwartet poszedł na całość! Dwóch starszych Panów i dwie bystre Panny na wydaniu. Trochę kabaretu damsko-męskiego z wyjątkowo dobrym skutkiem dla tej improwizacji. Narracja płynie wytrwale, trochę w stylu down and up, ale bez kameralistycznych dłużyzn – dzieje się! Czasami to narowisty strumyk, innym razem rwący potok. Jedynie piano Westona zdaje się być w tym zestawie mniej wywrotowe. 10-minuta, pierwszy głębszy oddech improwizacji, ale w dobrym guście, smakowite five o’clock. 14 minutę zdobi szalona jazda saksofonu sopranowego. Brudne, wyuzdane brzmienie strunowców wzmaga efekt dramaturgiczny fragmentu. Na finał pierwszego Dialogu, dynamiczne incydenty w pełnym galopie, a potem szybkie down to the silence.

Perkusyjne piano budzi do życia kwartet po sekundzie przerwy regeneracyjnej. Filtrujący przestrzeń saksofon. Odrobina agresji i zabawy na strunach. Skrzypce brzmią jak dęciak. Dęciak pachnie strunami. Prawdziwe kameleony! Jakby się wszyscy wzajemnie imitowali. Artystyczny mezalians! Idą w urocze tango i mizdrzą się do siebie! Synergia i empatia szczytują bezboleśnie. Jakby całe życie tylko w tym gronie trwonili czas.

Znów Weston – jurnymi uderzeniami w klawiaturę - ogłasza start kolejnego Dialogu. Stawia rytm, jest precyzyjny i raczej nieskory do akceptowania zdań odrębnych. Taneczny krok dobrze służy także tej improwizacji (strunowce znów w zalotach, urzekająco piękne). Boogie? Ragtime? Watts rozwiewa jednak wszelkie wątpliwości – dmie w tubę i przypomina, że gramy krwiste free improve! Wybrzmienie tej akurat eskalacji okraszone sonorystyką skrzypiec i wiolonczeli (ach! – wzdycha recenzent). W 6 minucie Panie giną w konwulsjach nieoczywistych dźwięków, Panowie mają zaś ochotę na kameralistyczny spacer! Ot, ciekawy dysonans! W 10 minucie Strings wchodzą w dół, Panowie brną raczej górą. Wymiana poglądów, że aż iskrzy! Konsensus osiągnięty w mgnieniu oka (to częsty przypadek w tym kwartecie). Jakby kolejny orgazm tej improwizacji. Zaraz potem szczypta hałaśliwego galopu. Gęsto i soczyście! Po 20 minucie, spowolnienie, które nie nosi cech kameralistyki, jest bowiem ogniście piekielne! Cztery zwarte ciała, błyskotliwe interakcje! Watts, jak przystało na najstarszego w tym gronie, napędza improwizację i nadaje jej freejazzowy wręcz sznyt! Brutalny, acz piękny stop, to okolice 24 minuty, wprost w otchłań sonorystyki. Także one step to chamber! Na dużej swobodzie! Tak, na tej płycie zdarzyć się może doprawdy wszystko! Finał jest dynamiczny, pełnowymiarowy, bez niedomówień. Tłusty od tylko dobrych reakcji, czupurnych odpowiedzi i sążnistych znaków zapytania. Na wybrzmieniu, uszy stają nam dęba! No, i burza oklasków!





All There Is!

W nieco innych okolicznościach artystycznych odnajdujemy Trevora Wattsa na płycie poczynionej w duecie z pianistą Stephenem Grew. Poprzedniej zimy zawieszaliśmy ucho na ich duecie Con Fluent …nagranym korespondencyjnie. Na nowej płycie muzycy grają już zdecydowanie w tym samym miejscu i czasie, a czynią to w trakcie dwóch tegorocznych, styczniowych popołudniówek w kościele w Lancaster. Dokument fonograficzny nazwali All There Is (Discus, 2017). Siedem improwizacji (z czystej przekory nazwanych composed by…), godzina zegarowa. Dodajmy, iż Watts gra oczywiście na sopranie i alcie, Grew zaś na kawai mini grand piano

Chytry sopran, pnący się ku górze w opozycji, a może w kompozycji, z nadpobudliwym, szybkim piano, wprost z klawiatury. Błyskotliwa technika, lisia zwinność i lamparcia dynamika. Piano ma lekkie, nieco mniej przestrzenne niż zwykle brzmienie. Alt i sopran niczym woda święcona. Rzec można, nieskomplikowana, free jazzowa ekspozycji z dużą porcją emocji i wzajemnego szacunku (można to nazwać empatią). Maksimum efektu dramaturgicznego, osiąganego przy ograniczonym nakładzie sił i środków, zwłaszcza w spokojniejszych odcinkach muzycznych. Grew używa całego spektrum dźwiękowego swojego mini grand piano, choć jeśli w ogóle stosuje preparacje, to są one subtelne, nieoczywiste i raczej okazjonalne. Woli smak niedopowiedzenia, niż nadmierne gadulstwo. Ten rodzaj artystycznego minimalizmu dobrze robi improwizacjom Wattsa, zostawia im czas i przestrzeń, bez zbytniej kontroli. Także klasycystyczne naleciałości w pianistyce Grew stawiają saksofonistę w obliczu konieczności podejmowania intrygujących decyzji. Watts gra swoje, wiecznie rozpoznawalne pasaże (zwłaszcza na sopranie), ale nie sposób nie zachwycić się ich tembrem i dramaturgią. Także wysoką dyspozycją dnia!

W trzecim fragmencie muzycy plotą uroczy dialog w niemal stojącej narracji. Niskie piano, silnie sonorystyczny alt! Grew silniej pobudza do aktywności improwizatorskiej Wattsa, niż choćby bardziej wycofany, chwilami klasycyzujący Veryan Weston. Potrafi grać agresywnie, pyskato, nie przestaje być dynamiczny, nawet gdy gra wystudzone pasaże. W czwartym utworze piękne pasaże bardzo szorstkiego altu, z odpowiednią dawką melodii na dyszach i potu w samej tubie. Zachwyty recenzenta nie kończą się w trakcie piątej ekspozycji – krzepiące galopady pianisty komentowane wyrafinowanymi eksplozjami saksofonu. W szóstym, przykład sytuacji akcja! reakcja! eksplozja! w dobrym, free jazzowym idiomie. Siódmy, ostatni numer to stempel, sygnatura jakości! Brawo!




The Delicate Gates Of The Spirit 

Jeśli zdołałem dziś zaintrygować Was postacią Grew, warto byście sięgnęli po jego ostatnią płytę solową The Delicate Gates Of The Spirit (póki co, nagranie ma status selfreleased, dostępne do odsłuchu na stronie muzyka). Sześć improwizacji pochodzi z roku 2016, trzy kwadranse do odsłuchania.

Nagranie cechuje proste, szorstkie, ale niebywale płynne brzmienie fortepianu. Krótkie, nieagresywne palcówki z klawiatury, z zaszytym wewnętrznym nerwem, rodzajem artystycznego niepokoju. Narracja na ogół jest szybka, pozbawiona romantycznej zadumy, z pewną dozą angielskiej powściągliwości, wyposażona wszakże w odpowiednią dawkę ekspresji. Muzyk nie stroni od bystrych galopad, ale szczęśliwie daleko mu do natręctw, typowych dla pianistów free jazzowych. Czuć w tej muzyce posmak klasycznego wykształcenia muzycznego.

Bez wątpienia Grew, to przykład pianisty osobnego, który podąża swoimi indywidualnymi ścieżkami. Często jego wybory dramaturgiczne są nieoczywiste i potrafią zaskakiwać. Nie stroni od poszukiwań nowych środków wyrazu, bazując jednak na tym, co dać może zwykła klawiatura fortepianu. Czerpie z doświadczeń współczesnej kameralistyki, pozostając wszakże przede wszystkim zwinnym improwizatorem. Grew potrafi być silny, jak tur, by za moment sprawiać wrażenie bezbronnego słowika na gałązce jemioły.

Gdy decyduje się na pozostawienie na moment klawiatury, wchodzi w minimalistyczne preparacje i czyni je z dużym smakiem. Szczypta repetycji, może zapach serializmu (?). Na pewno konsekwencja, precyzja, technika gry, to atuty muzyka. Także krnąbrność i rzadka cecha muzyków korzystających z tego instrumentu – nie potrafi przynudzać!

Na finał tej płyty znów dostajemy skromną porcję preparacji. Choć ekspresja w tym momencie zdaje się czuwać na zaciągniętym ręcznym, wybrzmienie jest stylowe i naprawdę smakowite!


środa, 29 listopada 2017

Vasco Trilla! – The Thriller Realy Comes to Town!


Katalońskie trio Phicus już w powietrzu! W szybkim locie do Polski! Przed nami trzy koncerty, o szczegółach których informowaliśmy już na tych łamach, a które przypomnimy także na zakończenie dzisiejszej opowieści.

Phicus, czyli Ferran Fages na gitarze elektrycznej, Àlex Reviriego na kontrabasie i Vasco Trilla na perkusji. Ich debiutancka płyta zwie się Plom i została omówiona w … poprzedniej opowieści Trybuny.

Niewątpliwie najbardziej rozpoznawalnym muzykiem formacji jest ten ostatni, czyli Vasco Trilla. Jego dotychczasowe dokonania artystyczne zostały na tych łamach odmienione przez wszystkie przypadki. Dziś pochylimy się nad najnowszymi płytami z udziałem tego niezwykle kreatywnego muzyka improwizującego. Trio i kwintet, a tuż po nich short lista innych płyt, datowanych na rok 2017. Także zapowiedź jeszcze dwóch kolejnych, których premiery będą miały miejsce właśnie w trakcie najbliższego pobytu Vasco w naszym pięknym kraju.




Chain

Na początek przypadek skromnej reakcji łańcuchowej. Piorunujące, reaktywne i drastycznie mobilne trio w składzie: Yedo Gibson na saksofonie barytonowym i sopranowym, Hernani Faustino na kontrabasie i Vasco Trilla na perkusji i perkusjonaliach. Muzycy przyjęli nazwę własną Chain i nagrali (ubiegłego lata w Lizbonie) album o takimż właśnie tytule, umieszczając dodatkowo na okładce płyty osobiste imiona i nazwiska. Krążek dostarczył NoBusiness Records, a pomieszczono na nim sześć odcinków z tytułami, o łącznym czasie godziny zegarowej i dwóch minut.

One. Start jest dynamiczny, z prawdziwie free jazzowym przytupem. Agresywny walking kontrabasu (Faustino tak lubi, tradycyjnie rwie parkiet tembrem swojego dużego strunowca), konwulsyjny drumming Trilli i sopran Gibsona, który płynie wysoko i szerokim strumieniem. Intrygujące pyskówki, wymiana zdań nie tylko podrzędnie złożonych. Zaskakujące efekty foniczne osiąga saksofonista, jakby grał jednocześnie na obu swoich tubach. Zejście w dół i wyhamowanie narracji – jakże smakowita improwizacja prowadzona krokiem tanecznym!

Two. Burczący kontrabas, dygoczące klapy na dyszach, kłute i ciągnione membrany - prawdziwie sonorystyczna sceneria. Gibson wciąż na sopranie, maluje delikatną melodię z eksplozywnymi zadziorami na krawędzi ustnika. Improwizacja szyta gęstym ściegiem, trochę up and down z adekwatną dawką emocji. Precyzyjna wymiana myśli i spostrzeżeń akustycznych. Ciężki kontrabas pod smykiem. Saksofon tańczy, perkusja rezonuje. Artystyczna demokracja w rozkwicie, z delikatną - incydentalnie - hegemonią niskich częstotliwości. Na finał galop sopranu oczywistej urody.

Three. Cisza, rezonujące parsknięcia powietrza. Pojedyncze akordy kontrabasu porządkują przestrzeń. Baryton snuje niewesołą opowieść, podczas gdy pozostałe instrumenty ledwie znaczą swoją obecność, wzdychając pasywnie. Ich smutek smakuje żywym bluesem w trakcie nieudanego poranka. Baryton czuje się jednak w tych okolicznościach, jak ryba w wodzie i sukcesywnie idzie po swoje. Rytm ekspozycji ciekawie się pętli, zawiesza w ambientowej nicości.

Four. Solowy taniec sopranu, z elementami sonore. Wejście pozostałych instrumentów zwiastuje burzę z piorunami. Dynamika, energia, polot i krew! Trochę w klimatach Steve’a Lacy, ale tych z pierwszej połowy lat 70. Spory galop, free jazz na ustach, pot na sztandarach! Po 5 minucie stopowanie – jak zwykle urocze zejście w sonorystyczne zabawy i chwytanie ciszy pełnymi garściami. Zdaje się, że to cecha charakterystyczna tej wyśmienitej płyty. Długie, konsekwentne wybrzmiewanie, które nie wieńczy jednak czwartego epizodu. Muzycy żmudnie budują nową improwizację w ramach najdłuższego odcinka na płycie. Sucha akustyka trzech wylęknionych kojotów, jak opowieści z krypty. Wejście na wyższy poziom intrygująco wyrafinowane i artystycznie precyzyjne (chyba szczyt emocji tego dysku). A w tubie Gibsona dzieją się rzeczy niesamowite!

Five. Gardło tejże samej tuby, a może tego samego muzyka, wydaje dźwięki! To baryton, czy sopran? – pyta zdezorientowany recenzent. Pasaż kontrabasu znów smutny, ale świecidełka Vasco ratują nastrój (wibratory?). Wszystkie instrumenty porzucają swoje typowe szaty akustyczne i dobywają dźwięki wbrew naszym przyzwyczajeniom. To jednak sopran! – konstatuje dzielny recenzent. Trudno tę opowieść nazwać balladą, ale tempo improwizacji jest doprawdy wyjątkowo dostojne. Choć emocje kipią, zwłaszcza, gdy smyk Faustino poci się na słodko.

Six. Skromne macanki na boku. Kontrabas, minimalnym nakładem sił, wyznacza rytm finałowej opowieści. Baryton buduje melodię i jest zdeterminowany, by przy niej pozostać. Ale i tak popada w sonorystyczny rechot. Gęsta, dość dynamiczna, nieco spekulatywna opowieść. Yedo stawia stemple perfekcji, budując kolejną ekspozycję. Zdaje się, że baryton to jego prawdziwie tajemna broń! Po 5 minucie niezwykle zwinnie powraca do sopranu, a kajet recenzenta aż pęka w szwach od górnolotnych epitetów. Vasco i Hernani mogą już tylko popaść w akompaniament i z rozwartymi ustami wydać tchnienie zachwytu!




Nepenthes Hibrida

Przed nami niezwykła hybryda! Pięciogłowy stwór swobodnej improwizacji, na który składają się: Ernesto Rodrigues – altówka, Yedo Gibson – saksofon sopranowy i frula (flet bałkański), Miguel Mira - wiolonczela, Luis Lopes – gitara elektryczna, Vasco Trilla ‎– perkusjonalia. Spotkanie muzyczne zrealizowane u progu ubiegłorocznych świąt grudniowych, w Lizbonie (O'culto da Ajuda), na koncercie. Cztery utwory potrwają 46 minut, płyta z dokumentacją fonograficzną zwie się Nepenthes Hibrida, a ukazała się dzięki Creative Sources. Podmiotem muzycznym są personalia całej piątki, wymienione w kolejności, w jakiej prezentowałem muzyków kilka wierszy wyżej.

I. Tłusty ścieg perkusyjny jako tło, kontrastujące pasaże trzech strunowców (w tym jednego pod prądem), jako danie zasadnicze. Saksofon sopranowy zaplątany w wewnętrzną improwizację, niczym Trevor Watts u boku Johna Stevensa, jakieś 45 lat temu. Ze strony każdego z muzyków aż iskrzy pomysłami. Ciekawe mikrodysonanse elektroakustyczne ze strony Lopesa. W 5 minucie zwinna ekspozycja Miry, na tle pląsów altówki, wiedzie orszak improwizacji samym środkiem galaktyki. Strings Rules! Zejście w ciszę ambientu i sonorystyki mistrzowskie! Powrót z błyskotliwą repetycją sopranu (rodzaj pętli). Kolektywna, konwulsyjna droga na szczyt, który muzycy osiągają w 10 minucie.

II. Oddech ciszy. Pojedyncze dźwięki, szepty, chroboty, tarcia i mikroiskrzenia. Step by step muzycy wchodzą w interakcje i serwują większe partie dźwięków. Ale nadal posuwają się do przodu… stojąc na palcach (8 min). By nie spłoszyć ciszy, by na powrót się w niej zanurzyć. Epizody po 11 minucie znów przypominają recenzentowi niezwykłe czasy Spontaneous Music Ensemble, tym razem tego strunowego, po roku 1975. Eskalacja, która następuje tuż potem, smakuje perfekcją i niebywałą wrażliwością. Spora aktywność Trilli i Gibsona stale dynamizuje poczynania kwintetu i nie pozwala strunowcom (zwłaszcza akustycznym) na kameralistyczne grepsy.

III. Rezonans na gryfie Lopesa! Trzaski na tomach Trilli! Suchy oddech Gibsona! Zwinne palcówki Miry i Rodriguesa! Spokojna, ale gęsta narracja, definitywnie niehałaśliwa. Akustyczne strunowce przejmują dowodzenie! Odrobina pojękiwania w estetyce call & response. Piękny finał!

IV. Vasco popada z rezonans. Miguel i Ernesto wchodzą mu w pół zdania i pyskują. Yedo snuje separatywną opowieść w molowej nietonacji. Altówka ciągnie w raz z nim ten nostalgiczny pasaż. Niespodziewana zmiana narracji – strunowce idą w galop (ale bez Lopesa), prawdziwy taniec na gryfach! Struny aż iskrzą! Trochę molekularnych interakcji, dużo dźwięków w jednostce czasu. Strings rules again! W tle frula Yedo (a może to sopran?). Eskalacja zdaje się tu być najlepszym rozwiązaniem – pnie się ku górze, krwawiąc obficie nieoczywistą doskonałością. Muzycy spleceni w jedno ciało, stawiają stempel za stemplem. Znów szczypta molekularności w estetyce SME. Trilla podłącza jazzowy drumming! Jakże świetny komentarz! Mira idzie z nim w to wulgarne tango! Gibson dorzuca do ognia niebanalne trzy grosze. Konkretnie free jazzowy galop! Whaw! Konwulsyjny finał doskonałej płyty! Puenta ze strony Vasco i Yedo (okaryna?) wyśmienita!


****

W uzupełnieniu tegorocznej dyskografii perkusisty z Barcelony, warto podkreślić, iż wyżej omówiona płyta nie jest jedyną, jaką nagrał on dla Creative Sources, w towarzystwie Ernesto Rodriguesa. Tą drugą jest krążek Blattwerk, a muzykami ją współtworzącymi: Harald Kimmig (skrzypce), Guilherme Rodrigues i Miguel Mira – wiolonczele. Prawdziwy String Quartet w perkusjonaliami w roli piątego strunowca.

Dla nikogo z odwiedzających te łamy nie jest tajemnicą, iż obok Plom Phicusa, Trilla wydał także w naszym kraju intrygujący kwartet Völga (wraz z Fernando Carrasco, Ivánem Gonzálezem i Àlexem Reviriego). Wydane przez Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, do przypomnienia tutaj.

O płycie poczynionej z Szilardem Mezei i Mariną Dżukljev Still Now (If We Still), wydanej przez FMR Records, pisaliśmy w tej opowieści.

Wreszcie czas na wspomniane wcześniej, tegotygodniowe nowości! Na koncercie piątkowym tria Phicus (Mózg Powszechny, Warszawa, 1.12) swoją światową premierę będzie miała płyta Catapulta De Pols D’estrelles, nagrana przez Trillę z Mikołajem Trzaską (Fundacja Słuchaj!).

Na koncercie niedzielnym (Poznań, Dom Tramwajarza, 3.12) odbędzie się premiera kolejnego duetu perkusisty, tym razem z Yedo Gibsonem. Płyta zwie się Antenna, a wydawcą jest Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series.

Trasę Phicus po Polsce otwiera koncert w łódzkim klubie Format (30.11). ZAPRASZAMY!

****

Relacja z pierwszego oficjalnego koncertu Phicus, jaki miał miejsce w Barcelonie, w marcu br., a także koncertu promującego płytę Völga dostępna jest pod tym adresem.

Dla odświeżenia naszych zasobów informacyjnych, drobny skrót do tekstu opisującego niektóre dokonania artystyczne Ferrana Fagesa. To tutaj.

Tu i  tu zapoznacie się z innymi opowieściami, które za podmiot główny obrały sobie również Vasco Trillę, a które nie zostały przywołane już wcześniej.


czwartek, 23 listopada 2017

Phicus! - Plom, czyli chemia roślinności!


Uwaga! Trybuna Muzyki Spontanicznej i jej przemądrzały Pan Redaktor, są współwydawcą tej płyty! Wszelkie słowa zachwytu, jakie za chwilę przeczytasz, mogą być podyktowane jedynie chęcią zwiększenia sprzedaży! Innymi słowy – dalej czytasz na własną odpowiedzialność!


Czas i miejsce zdarzenia: 4 listopada 2016r., Saudades Studio, Canovelles (prowincja Barcelona).

Ludzie i przedmioty: Ferran Fages – gitara elektryczna, Àlex Reviriego – kontrabas i Vasco Trilla – perkusja.

Co gramy: muzyka swobodnie improwizowana, pod którą podpisują się jej twórcy, czyli muzycy tworzący trio (all music by Phicus).

Efekt finalny: siedem improwizacji, opatrzonych tytułami (łącznie niespełna 44 minuty), wydane pod szyldem Phicus, a zatytułowane Plom (Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, 2017).




Wrażenia subiektywne/ przebieg wydarzeń:

Clor 1. Rock zatrzymał się w miejscu i pyta o drogę. Jego gitara, w znoju nieoczywistych decyzji stylistycznych i kolokwialnych rozwiązań dramaturgicznych, stoi na rozdrożu, niczym bohaterowie Down by Law Jima Jarmuscha. Kontrabas i perkusja brną z mniejszym pokładem wątpliwości i od startu poszerzają granice możliwości tej opowieści. To rozmowa, w której ilość pytań nie sumuje się z ilością odpowiedzi. Gitara elektryczna, która brzmi jak akustyczna, kontrabas, który kręci się wokół własnej osi i perkusja, która jest armią talerzy w stanie permanentnego rezonansu. Dźwięki wydawane przez instrument Fagesa pachną chlorem, konstytuując tytuł utworu. To żywy blues, który pęcznieje z każdym uderzeniem Trilli w werbel.

Plom 1. Sekcja rytmiczna stawia się do pionu i gna dynamicznie na złamanie karku. Reviriego wisi na strunach, Fages eskaluje w estetyce zdrowego punk & noise. Krótka, nieoczywista narracja, która z czasem zakleszcza się do wewnątrz.

Crom 1. Stop narracyjny, ze wszystkich stron otoczony ścianą oniryzmu. Każdy napotkany przedmiot sonoryzuje, choć nie wszystkie zdają się być instrumentami w dosłownym rozumieniu tego pokrętnego terminu. Chrom czyli śmierć. Głęboki smyk maltretuje struny kontrabasu. Gitara spowita w ambientowy metal, wydobywa dźwięki jakby spoza pudła rezonansowego. Talerze w konwulsji. Narracja gęstnieje, stanowiąc połączenie klimatów wczesnego Sonic Youth i silnie upalonego Charlesa Mingusa, który zapomniał, co to swing. A może Petera Kowalda, wyzbytego wszelkich skrupułów. Pod koniec numeru, odważny krok w kierunku tablicy Mendelejewa. 9 minuta – mamy wrażenie, jakby muzycy odsłuchiwali utracony soundtrack do kolejnego sezonu Twin Peaks. Ostre zejście w dół.

Crom 2. Znów spokój, który jest niepokojem. Narracja snuje się po gryfie kontrabasu, gitara pobrzmiewa z odległości trzech galaktyk. Trilla ledwie dotyka krawędzi swych tomów. Skupienie, bo każdy krok może być tym ostatnim. Smyczek w rękach Reviriego wpada w drobną konwulsję. Instrument Fagesa skrzy suchym entuzjazmem. Wibratory perkusji ruszają do tańca. Misterium słońca, które nigdy nie wschodzi. Black doom improv! Wybrzmienie wisi na smyku, oświetlanym feerią świecidełek z magicznej walizki Vasco. Ferran pojękuje dźwiękami nieartykułowanymi. Te dwa depresyjne Chromy, to prawie pół płyty, a będzie jeszcze trzeci!




Plom 2. Powrót na tron punkowej estetyki. Nowojorski no wave chciałby mieć w swoim portfolio takiego gitarzystę jak Fages! I z takim backgroundem niskich częstotliwości. Gitara iskrzy się do wewnątrz i wyprowadza ten numer na estetyczne manowce, czemu towarzyszy urocze wybrzmiewanie kontrabasu.

Clor 2. … Chlor ponownie roznosi swój odór. Narracja, niczym odrobinę spokojniejsza repryza pierwszego fragmentu na płycie. Smyk skowycze i tańczy na gryfie krokiem wspak. Dzwonki, mini wibratory i tłuste plamy krwi ogorzałej gitary. Kontrabas gra sonaty Bacha, które bezpowrotnie utraciły dziewictwo, a chcą jeszcze więcej! Kobiece uda instrumentu pełne są słodkiego potu, a gitarowe wiosło od dłuższej chwili pozostaje w stanie silnej erekcji.

Crom 3. Permanentny rezonans wywołuje z lasu trzeci i ostatni już Chrom. Kontrabas jęczy i plącze się w zeznaniach. Reakcja gitary pełna jest chłodu i apatii. Każdy instrument gra tu nietypowe dla siebie sekwencje dźwięków. Kto wejdzie w ten tygiel po raz pierwszy, nie rozpozna źródeł dźwięku, ani nazw przedmiotów je wydających. Finałowa narracja wręcz stoi w miejscu, ale jej uroda wygrywa wszystkie konkursy piękności. Wybrzmienie, jak krople chromowanego deszczu o poranku. 


****



Phicus zagra w Polsce trzy koncerty:

30 listopada w Łodzi (Klub Format) - z gościnnym udziałem Pawła Sokołowskiego (saksofony).
1 grudnia w Warszawie, w ramach 13ego Mózg Festiwalu (Mózg Powszechny).
3 grudnia w Poznaniu (Dom Tramwajarza) - cztery sety, w tym dwa solowe,
a także duet Vasco Trilli z Pawłem Doskoczem (gitara elektryczna).

Zapraszamy!