środa, 28 grudnia 2016

Szesnaście powodów, dla których zapamiętamy rok ‘16/ The Sixteen Reasons to Remember the Year ’16


Iberia va al cielo!!!


Agusti Fernandez/ Albert Cirera/ Ramon Prats Liquid Trio  Marianne (Vector Sounds) read the review!

Agusti Fernandez/ Yasmine Azaiez  Revelation (Fundacja Słuchaj!) read!

Discordian Community Ensemble  Contrast/ Movement (Discordian) read!

Albert Cirera/ Carlos Zingaro  Croniques 4 (Discordian) read!

Rodrigo Amado Motion Trio  Desire & Freedom (Not Two) read!

Susana Santos Silva/ Jasper Stadhouders / Goncalo Almeida/ Gustavo Costa  Buku (Cylinder Recordings) read!






Old England has an immortal power!!!


Barry Guy Blue Shroad Band – Small Formations  Tensegrity (Not Two)  read!

Evan Parker/ John Russell/ John Edwards/ Pat Thomas/ Alison Blunt/ Benedict Taylor/ David Leahy/ Kay Grant/ Alex Ward  Mopomoso Tour 2013: Making Rooms  (Weekertoft)  read!

Evan Parker/ Mikołaj Trzaska/ John Edwards/ Mark Sanders  City Fall (Fundacja Słuchaj!)  read!

Sylvie Courvoisier/ Mark Feldman/ Ikue Mori/ Evan Parker  Miller’s Tale (Intakt) read!



The global hero !!!


Nate Wooley  Seven Storey Mountain V  (Pleasure Of The Text)  read!

Nate Wooley  Polychoral (MNOAD)  read!





As brilliant, as well !!!!


Fred Lonberg-Holm/ Adam Gołębiewski  Relephant (Bocian)  read!

Michał Dymny/ Rafał Mazur/ Vasco Trilla  Tidal Heating (Not Two)  read!

Biliana Voutchkova  Modus Of Raw (Evil Rabbits)  read!

Joëlle  Leandre/ Theo Ceccaldi  Elastic (Cipsela)  read!




Happy New Year!!!!

wtorek, 27 grudnia 2016

Nate Wooley – Chorał polifoniczny


Jakżeby inaczej zwieńczyć pierwszy rok egzystencji Trybuny w sieci globalnej i setną już opowieść tu zamieszczaną, jeśli nie kolejną doskonałą płytą w dorobku Nate’a Wooleya, wyjątkowego trębacza, a także istotnego innowatora w zakresie podejścia do generowania dźwięku z prostego instrumentu dętego, blaszanego.

Doskonale się zatem składa, bo najnowsza płyta nowojorczyka świetnie wpisuje się w ów wątek innowatorski. Płyta zawiera muzykę na dwie akustyczne trąbki, nagrane w wersji live, czyli ewidentnie na żywo. Jednakże muzyków w procesie tworzenia przestrzeni akustycznej koncertu, wspiera specjalna, ośmiokanałowa instalacja. Stworzona ona została przez Wooleya na potrzeby Knockdown Center’s Auditorium Series. Czymkolwiek nie byłaby, zarówno ta inicjatywa, jak i owa zmyślna instalacja, z punktu widzenia słuchacza, zanurzającego się w dźwięki zawarte na płycie, nie ma to większego znaczenia. Dodajmy, iż drugim trębaczem jest tu Peter Evans, a całość nagrał, a potem zmiksował Jake Nussbaum. Trudno nam z perspektywy domowego zacisza ocenić poziom ingerencji w/w osobnika w materiał muzyczny na etapie postprodukcji. Ten wątek też proponuję dziś pominąć. Nie jesteśmy wszak w filharmonii, nie jesteśmy tym bardziej znudzonymi odbiorcami, pozbawionej wszelkich emocji muzyki współczesnej, byśmy musieli wspaniałą muzykę obudowywać tomem wyjaśnień, inspiracji kompozytorskich, czy opisu procesu wykonawczego. Przed nami Polychoral, niespełna 46-minutowa opowieść, podana w jednym traku i wydana przez belgijską oficynę MNOAD na srebrnym krążku, w limitowanym nakładzie.




Polifoniczny chorał rozpoczyna czysty, akustyczny dron, generowany przez dwie (?) trąbki. Brzmienie jest krystalicznie szkliste, a w głowie przemyka całkowicie zbędna myśl, by zapytać o szczegóły procesu wykonawczego. Puśćmy wodze fantazji. Ta podniebna akustyka wiedzie nas ku nieokreślonemu, w zupełnym oderwaniu od rzeczywistości. Słyszymy chór składający się z niezliczonej ilości głosów, który ma całkowicie nieludzki wymiar, docierają do nas dźwięki muzyki organowej, która ewidentnie nie ma cielesnej powłoki.

Jeśli chcielibyśmy w tym właśnie momencie otworzyć kajet recenzenta i odnieść Polychoral do innej, podobnej produkcji Wooleya (wtedy na trąbkę solo) The Almond, to ta muzyka, zwłaszcza na wstępnym etapie płyty, jest zdecydowanie bardziej delikatna, wręcz ulotna. Jeśli szukamy porównania do innej płyty duetu Wooley/ Evans (choćby High Society), to nie uświadczymy tu elektroniki, ani specjalnych amplifikacji. Żywa muzyczna struktura wiedzie nas za nos, budując swą narrację przez antynomie cicho-głośno, czy pojedynczy dźwięk-wielogłos. Muzyka jest monotonna, ale to przykład braku zwrotów dramaturgicznych, którego efektem jest rosnący poziom koncentracji po obu stronach sceny. Jeśli tylko starczy nam dziecięcej wyobraźni, poczuć się możemy częścią soundtracku do niepowstałej jeszcze części Gwiezdnych Wojen.

Gdy towarzyszący nam od pierwszej sekundy dron, ostatecznie wybrzmi, dostajemy się w wir skromnej wojny na trębackie przedechy (doświadczamy tego mniej więcej w 17 minucie). Po krótkiej chwili dron wraca, ale ma bardziej … anielską charakterystykę. Przekora doskonałych muzyków karze w tym miejscu postawić stempel przesteru. I tak się dzieje w istocie, dzięki czemu popadamy w delikatny dysonans poznawczy. To jest wszak żywa muzyka i ta oczywista konstatacja skutecznie buduje podwaliny pod nasz końcowy entuzjazm. Atmosfera koncertu z każdą chwilą robi się mniej anielska i ciekawie gęstnieje. W zaułkach dostrzegamy uśpione demony, które tylko czekają na moment swojego zaistnienia. Brzmienie instrumentów systematycznie się brudzi, a akustyczne, czyste dźwięki obu trąbek przesuwają się jakby na drugi plan, za kotarę pogłosu, atakując nasze receptory słuchu z oddali (30 minuta). Dźwięk się multiplikuje i mamy wrażenie, że trąbki zostały sklonowane (osiem kanałów robi swoje!). Znów dopada nas myśl, by dowiedzieć się, jak powstają takie akustyczne historie, ale boimy się postawić znak zapytania. Wielka orkiestra symfoniczna nieistniejącego radia publicznego gra multifoniczny, diabelski chorał, niczym nieuzasadniona nadzieja na przetrwanie dla tych, którzy genetycznie są jej pozbawieni. Tajemnicze głosy z offu, niczym stukot upadłych aniołów, bezskutecznie szukających swojej golgoty, drapią nas po karku. Na drodze stają nam kolejne akustyczne cuda – pokrętny bit (?), coś pulsującego, co próbując niszczyć membrany naszych uszu wysoką amplitudą drgań, po chwili przepoczwarza się w dron, który ma za zadanie stłamsić równomierny dotąd oddech słuchacza. Jakbyśmy zaczynali nową opowieść. Postaci niby takie same, ale narrator próbuje zaproponować nowy wymiar dla tej podróży. Spokój, jaki nas dopada jest jednak pozorny, to raczej defekt poznawczy, budujący lęk przed nieznanym. Czas uzmysłowić sobie jednak, dość oczywisty w sumie fakt, że wystawieni jesteśmy na pastwę … jedynie dwóch trąbek i pewnej tajemniczej, ośmiogłowej instalacji. Wooley i Evans, niczym krwiożerczy demiurgowie, prowadzą nas na skraj akustycznej nieoczywistości. Pulsacje, zmiany narracji intensyfikują nasze doznania. Finał koncertu zostawia nas zupełnie samych, z długą kolejką znaków zapytania, które pozwalają na obranie jedynie słusznego kierunku… Play It Again!!!!


****

Nate Wooley każdą swoją nową płytą podkreśla oczywistość tezy, iż jest jednym z najwybitniejszych współczesnych muzyków improwizujących. Niewątpliwie zaś w kategorii twórcze eksploracje możliwości sonorystycznych trąbki dzierży berło króla i nic nie wskazuje na to, by sytuacja ta w najbliższych latach mogła ulec zmianie.

Nie mniejszą radość niż obcowanie z nowościami Wooleya, sprawia także Panu Redaktorowi śledzenie starszych płyt, do których dotąd nie udało się dotrzeć. Dziś z niekłamaną radością chciałbym zarekomendować formację Blue Collar. Dekadę temu z okładem, w trakcie dwóch edytorskich ujawnień, tworzyła ją trójka muzyków. Doskonały nowojorski puzonista Steve Swell, japoński perkusjonalista Tatsuya Nakatani, no i nasz bohater na trąbce. Pierwszy krążek nosi tytuł Is An Apparition, a wydał go włoski label Rossbin, drugi zaś to Lovely Hazel, który dociera do nas dzięki kanadyjskiemu Public Eyesore (też stykacie z nazwami tych wytwórni po raz pierwszy?).




To drugie wydawnictwo przynosi dziewięć zwartych opowieści w czystej estetyce free improv, zatytułowanych wyłącznie przy użyciu cyfr. Niewiele wiadomo o samym nagraniu, co najwyżej domyślamy się, że powstało w warunkach studyjnych (w każdym razie bez oklasków). Swell i Wooley dokonują tu sonorystycznych cudów, iskrzy między nimi, nie brakuje konwulsyjnych przepięć energetycznych (dodajmy – całkowicie akustycznych). Japończyk drepta trochę z boku i raczej trzyma się swojego terytorium, udanie komentując szaleństwa dęciaków. Gdy w niektórych fragmentach stara się istotniej sygnalizować swoją obecność, a nawet próbować przejmować inicjatywę (rytm?), atmosfera całości spada o kilka kondygnacji, ale i tak trzyma się zdecydowanie nad ziemią i cieszy ucho od pierwszej do ostatniej minuty. Jeśli jakimś cudem znajdziecie się w pobliżu tego krążka, kupcie koniecznie i zróbcie kopię wszystkim znajomym!

Kończąc dzisiejszą opowieść, trzeba koniecznie zasygnalizować kolejną nową płytę Nate’a Wooleya. Tym razem będzie to trio z udziałem Chrisa Corsano (perkusja) i Sylvie Courvoisier (fortepian). Ukazała się ona dzięki Relative Pitch Records, a nosi tytuł Salt Task. Zapewne tuż po nowym roku, płyta ta do mnie dotrze i wtedy trochę o niej porozmawiamy.


Podziękowania dla Krzysztofa za umożliwienie odsłuchu omówionych dziś płyt. Liczymy na krótki komentarz w kwestii tajemniczej, 8-kanałowej instalacji, która wsparła w  istotny sposób finalny efekt Chorału Polifonicznego.



czwartek, 22 grudnia 2016

Fred Lonberg-Holm! Adam Gołębiewski! Red Trio! Gerard Lebik! Piotr Damasiewicz! New Monuments! Blip! – późnojesienna BOCIANia inwazja


Słowo się rzekło (kilka tygodni temu), kobyłka u płotu! Tym razem ptasia przesyłka docierała do mnie chyba jedynie krajowymi okowami, zatem już u progu finalnego miesiąca roku, nowa muzyka tryumfalnie zagościła w domowych odtwarzaczach, przy okazji także, rozdziewiczając gramofon produkcji niekrajowej.

Cechy, którymi obdarzyłem płyty z poprzedniej paczki z Bocian Records, w przypadku tej nowej, zdecydowanie nie tracą racji bytu. Każda płyta trzyma wysoki poziom artystyczny, dodatkową będąc bardzo oryginalnym i osobnym głosem w nurcie współczesnej muzyki improwizowanej.

Skupmy zatem naszą przedświąteczną uwagę na kolejnych pięciu płytach z katalogu wytwórni, zaczynając ów przegląd absolutną i dalece smakowitą świeżynką.


Fred Lonberg-Holm/ Adam Golebiewski  Relephant (Bocian Records, CD 2016)

Na płytę tego duetu ostrzyłem moje recenzenckie siekacze od momentu, gdy stałem się dobrowolnym świadkiem doskonałego koncertu tych muzyków w poznańskim Dragonie, dokładnie dwa lata temu (ślad po nim odnajdziecie na Trybunie). Głód oczekiwania od tamtej chwili, podsycał także odsłuch płyty, którą Ci dwaj muzycy popełnili … w kwartecie (z Piotrem Mełechem i Witoldem Oleszakiem Divided by 4).




Teraz przede mną nagranie powstałe jeszcze wcześniej niż ów koncert – w maju 2013r., także w Dragonie – które z bocianią zwinnością, raczy nas 35 minutową ekspozycją dalece frapujących i istotnie swobodnych improwizacji, w wykonaniu wiolonczelisty (wspomagającego się tradycyjnie elektroniką) i perkusisty, perkusjonalisty, cymbalisty, a także operatora przedmiotów różnych. Ta muzyczna opowieść podzielona została na cztery części (każda wyposażona w osobliwy tytuł).

Od pierwszego dźwięku dostajemy się w wir sonorystycznego zwarcia dwóch muzyków i ich naelektryzowanych instrumentów. Macanki, tarcia, zgrzyty i zdzieranki w gęstym, jak świeży miód, tyglu pomysłów i wzajemnych inspiracji. Jeśli tylko wiolonczela unika tradycyjnego frazowania (czyli prawie zawsze), trudno nam wskazać prawidłowo na źródło dźwięku. Ta iście szatańska zabawa ma swój rytm, swoją dramaturgię, jest ekspresyjna, wulgarna i krwista. Odnosimy wrażenie, że na scenie jest duża orkiestra, nie zaś dwóch, w sumie dość niepozornych mężczyzn, wyposażonych jedynie w kilka strun i parę bębnów. Dzieje się tak wiele, że przydałaby się dodatkowa para uszu (słuchając tej muzyki na koncercie, mając do dyspozycji sprawne oczy, percepcja była odrobinę ułatwiona). Mnóstwo dźwięków i incydentów akustycznych, szmery na kablach i surrealistyczne przepięcia energetyczne. Gołębiewski ma sto pomysłów na sekundę, jak zainspirować starszego kolegę. Łyżeczkowanie, talerzykowanie, polerowanie - wszystkie przedmioty w rękach Adama stają się agresywne. Prawdziwa dzikość serca! Fred swobodnie nadąża, gra swoje i jeszcze pręży muskuły! Fragment drugi stanowi delikatne, elektroakustyczne interludium. Adam nie daje się zwieść próbie zasygnalizowania rytmu i ochoczo narusza trzeci fragment opowieści. Muzycy zacieśniają skalę akustycznego zwarcia, szorują się wzajemnie, zakładają dramatyczny suples. Próba oswobodzenia ma klimat świątecznej wigilii w domu dla obłąkanie chorych. Niespodziewanie robi się jednak z tego bombastyczne Halloween. Depresyjny finał fragmentu wieńczy prawdziwa wojna światów. Na sam już koniec płyty dopada nas turpistyczna wersja trwania dźwięku w estetyce późnego AMM, która zwinnie przeradza się w udaną próbę odszukania konstruktywnej – na przekór całemu światu – nieoczywistej puenty. Doskonałe!


Red Trio + Gerard Lebik + Piotr Damasiewicz  Mineral (Bocian Records, LP 2015)

Oto przed nami migawki z trasy koncertowej portugalskiego Red Trio, poczynionej w roku 2014, z gościnnym udziałem Gerarda Lebika (saksofon) i Piotra Damasiewicza (trąbka). Piszę migawki, bo fragmenty dwóch koncertów (Kraków, Wrocław), zgrabnie usadowione na dwóch stronach czerwonego winyla, trwają łącznie… 22 minuty. Szczęśliwie, to jedyna ambiwalencja dotycząca tego wydawnictwa.




Epizod krakowski zaczyna nienatarczywa narracja kwintetu, akustycznie dewastowana jednak przepięciami energetycznymi Hernaniego Faustino na kontrabasie. Krajowy zaciąg instrumentalny sunie zgrabnym, sonorystycznym dwugłosem. Standardowa enigmatyczność edytorska Bociana sprawia, iż nie jesteśmy raczeni opisem wykorzystywanych środków wyrazu, wszakże wprawne uchu i szczypta doświadczenia recenzenta, pozwalają wskazać, iż pierwszy z polskich muzyków dmie w saksofon tenorowy i nie używa – jakże częstej w jego przypadku – elektroniki. Damasiewicz ciekawie rwie akustykę koncertu, wgryzając się w narrację kolegów interesującym pasażem wielodźwięków, zaś Lebik trzyma odpowiedni poziom emocji, mając oparcie w agresywnej sekcji rytmicznej. Może jedynie Rodrigo Pinheiro na fortepianie wciąż szuka argumentu, by w tym tyglu improwizacyjnym skutecznie zatrybić. Pod koniec pierwszej strony, Ferrandini (perkusja) i Faustino biorą sprawy w swoje ręce, rżną scenę na nierówne połowy i dynamizując poczynania całego kwintetu, gonią ku udanej eskalacji, która spełnia się wytłumioną ciszą.

Epizod wrocławski wita nas bardziej przestrzennym dźwiękiem sali koncertowej (czyżby Impart?). Saksofonista ładnie łamie estetykę improwizacji, szukając zagubionych dźwięków na samym dnie instrumentu. Trąbka Damasiewicza intonuje w delikatnie … bluesowym klimacie, lekko oparta na backgroundzie kontrabasu. Wyciszenie łapiemy w onirycznych pasażach, które generują wszyscy muzycy, trochę w oczekiwaniu na nadejście … nieoczekiwanego. Efektem drobna batalia na mikrodźwięki, molekularna wymiana poglądów, która wieńczy ów ułamek większej, koncertowej całości. Uczucie niedosytu karze odpalić ten krążek ponownie, w ułamek sekundy po jego zakończeniu!



Gerard Lebik/ Piotr Damasiewicz/ Gabriel Ferrandini veNN circles (Bocian Records, CD 2014)

Skoro po odsłuchu Red Trio w wersji po części krajowej, ciągle nam mało, szybko sięgnijmy po wydawnictwo, które zdecydowanie łączy się z wyżej omówionym w ujęciu personalnym, a stopień powinowactwa sięga 60%!

Na scenie (choć tu, raczej okoliczności studyjne) pozostaje Gerard Lebik, który tym razem wbił się w kable i będzie nas raczył dźwiękami elektronicznymi. Piotr Damasiewicz i Gabriel Ferrandini stoją, jak stali, zwarci i gotowi przy swych akustycznym instrumentach. Dostajemy jeden nieprzerwany ciąg dźwiękowy, trwający 41 minut i podzielony na cztery traki bez tytułów.




Wgryzamy się w tę płytę, ostro nadstawiając uszu. Docierają do nas szmery, zgrzyty, jęki (trąbka?), subtelne polerowania (perkusja?). Wszystkie te incydenty dźwiękowe są ledwie sugerowane, w maksymalnym stopniu… minimalistyczne. Nad całością dominuje – nie do końca przyjazna – elektronika. Mniej więcej w 10 minucie tego spektaklu, instrumenty akustyczne odzywają się nieco śmielej, aczkolwiek Damasiewicz wciąż przebywa w poczekalni i ma problem z oddaniem garderoby do szatni. Ferrandini zaczyna dość dynamiczne (jak na te okoliczności) werblowanie, mając spore oparcie w upalonym generatorze niskich częstotliwości. Modulowane zawodzenia budzą do życia także trębacza, który wchodzi w dyskurs poznawczy. Mruczy, jak niedźwiedź po śnie zimowym, jeszcze przed pierwszym śniadaniem, a potem śmiało sięga po krzyk, skutecznie zapętlając się w wehikule czasu. Gdyby zmienić tu elektroakustyczne proporcje w dostępie do przestrzeni dźwiękowej (na korzyść żywych!), gdyby warstwa martwa była bardziej poszatkowana dramaturgicznie … Cierpliwi będą jednak wysłuchani! Początek ostatniego traku to ewidentna próba przejęcia władzy przez instrumenty akustyczne. Prowodyrem zajścia jest Ferrandini, ale i Damasiewicz nie chce być uznany za dezertera. Drobna próba eskalacji, będąca konsekwencją tego salonowego przewrotu, wieńczy nagranie, jednak sukces akustyków na pyrrusowy charakter.


New Monuments  Long Pig (Bocian Records, CD 2015)

W dzisiejszej opowieści, z płyty na płytę, oddalamy się od prawdziwie akustycznych dźwięków. Czas teraz na torpedę dużego kalibru i istotnie gwałtowną eskalację hałasu. Przed nami Nowe Pomniki/ New Monuments!

C. Spencer Yeh (skrzypce i elektronika), Don Dietrich (saksofon i elektronika) oraz Ben Hall (mały zestaw perkusyjny) biorą nas w jasyr na prawie godzinę i w trakcie sześciu fragmentów, groteskowo zatytułowanych, zdewastują nas emocjonalnie, a potem puszczą wolno, kierowani nie do końca uzasadnioną potrzebą litości. Okoliczności bitwy mają charakter studyjny, a rzecz dzieje się w roku 2012, w Nowym Jorku.




Atakuje nas od samego progu iście pomnikowa ściana dźwięku! Aura jest silnie psychodeliczna. Skrzypce przefiltrowane na kablach sterydową elektroniką, niczym gilotyna, tną wszystko, co napotkają na swojej drodze. Perkusista bije w werbel z siłą, od której zależy los żołnierzy w okopach kilku wojen światowych, głosząc powszechną zagładę. Saksofonista zaś ekspresyjnie rywalizuje ze skrzypkiem o miano lidera potencjometrów. Spektakl można skwitować tylko jednym wulgaryzmem – to deathmetal! Owa ściana dźwięku ma czysto fizyczny wymiar. Trzeba się z nią ordynarnie poprzepychać. Epitet noise brzmi w tych okolicznościach stanowczo zbyt zachowawczo. Kupując ten dryl, godząc się na konsekwencje, nakładamy na głowę czarci kaptur i całkowicie dobrowolnie szczytujemy. Okazuje się, że agresja, perwersja, czy turpizm potrafią być synonimami piękna w muzyce. A ostatecznym celem tej opowieści, na którą składają się nawarstwiające się eskalacje emocji, jest makabrycznie dosłowny, perfekcyjny dron, wobec którego tylko śmierć może być prawdziwym wybawieniem. Ekscytujące!

Wrzask, krzyk i permanentna desperacja w trakcie tej dźwiękowej orgii, wyznaczają podstawowe charakterystyki naszego współuczestniczenia w procesie. Elementami zaś decydującymi o improwizowanym charakterze całości, zdają się być przede wszystkim, poziom emocji (po obu stronach wyimaginowanej sceny!) i intensywność hałasu. Finał muzycy osiągają skrajnie upoceni, emocjonalnie transseksualni, acz moralnie uwzniośleni. Wybrzmienie całości ma smak koktajlu Mołotowa, podawanego doustnie.

Zdecydowanie warto odbyć tę podróż. Jeśli przetrwacie, kolejny raz może być jeszcze silniej oczyszczający i już prawdziwie zniewalający. Sam odbyłem już trzy takie tripy!


Blip  Dead Space (Bocian Records, CD 2012)

Na koniec należy nam się chwila konstruktywnego wygaszenia emocji. O dobry klimat dla kojenia nerwów zadbają dwaj Australijczycy -  Jim Denley, dalece doświadczony free improwizator (choćby ćwierć stulecia temu, nagrywał smakowite rzeczy z Johnem Butcherem i Chrisem Burnem), flecista i saksofonista (zagra także na … balonach) i Mike Majkowski, kontrabasista (także piszczałki i obiekty), który był już uczestnikiem poprzedniej, bocianiej opowieści (przy okazji płyty solowej). Studyjne spotkanie w Sydney miało miejsce latem 2011 roku.




Muzycy zapraszają nas do świata niemal akustycznego, choć nie zabraknie masowania naszych skroni poświatą udanej elektroniki. Denley będzie nas skutecznie zaskakiwać frapującymi incydentami, na swych dętych narzędziach, nie ustając w próbach zwrócenia na siebie uwagi. Majkowski, przyczajony bardziej z prawej strony, będzie trenował swój kontrabasowy, minimalistyczny dron, którego zdążyliśmy już poznać na płycie solowej. Te dwie opowieści będą się toczyć trochę, jakby obok siebie, a punkty styczne nie będą częste, ani oczywiste. Między muzykami słyszeć będziemy martwą przestrzeń, która zaboli, bo i muzyka wokół niej powstaje w bólach, minimalizm mając wpisany w swoje DNA. Bywa, że dźwięki są tu jedynie sugerowane, jakby słuchacz miało sobie resztę dopowiedzieć (dośpiewać?). Ten improwizowany świat w wymiarze mikro będzie nam skubał skronie przez 41 minut z sekundami. 

Sonorystyczne próby zaistnienia Denleya, chwilami zderzają się z dronami kontrabasu, który bywa traktowany suchym na wiór smyczkiem. Narracja ma charakter kropelkowy. W czwartym fragmencie, poniewierany moralnie Denley dokonuje cudów akustycznych na flecie (jego depnięcia budzą respekt), by zrobić jakiekolwiek wrażenie na kontrabasiście. Ten zaś, stosując najprostsze sposoby dobywania dźwięki, nie daje się zbić z tropu. Królestwo mikromuzyki panuje tu niepodzielnie (scenariusz tej opowieści jest jednak dość precyzyjny i nie przewiduje zmian repertuarowych). Jedynie fragment szósty upływa w klimacie dramaturgicznego rozgardiaszu, a do naszych uszu docierają pojękiwania, łaskotania i czułe, wzajemne drapanki muzyków. 

Choć każdy fragment Martwej Przestrzeni ma w tytule zakończenie, to na prawdziwy finał przejdzie nam czekać aż do części siódmej, gdzie znów koncepcja sonorystyka vs. dron będzie święcić tryumf. Denley popisowo żegna to nagranie drobną, dętą eskalacją, a Majkowski – zupełnie przy okazji – robi dodatkowy fakultet na perkusję. Na słowo końcowe saksofonista sięga do dna instrumentu (deep music?), są i balony, i … kontrabasowy dron. What ever you want!


wtorek, 20 grudnia 2016

Motion Trio! In Layers! – dwie wiśniowe świeżynki, jedna delikatnie pomarańczowa, może odrobinę niebieska


Nie czas jeszcze na - kolejną na Trybunie - zbiorówkę recenzji krystalicznie świeżych wydawnictw z muzyką improwizowaną. Najpewniej trafi ona pod strzechy wielbicieli gatunku w trakcie świątecznego weekendu (niezbyt, niestety długiego). Póki co, w ramach introdukcji, dwie płyty, które – z racji muzyki na niej zawartej, jak i rosnącej rangi muzyków ją tworzących – zasługują na tych łamach na zdecydowanie więcej niż miejsce w okresowym podsumowaniu.

Przed nami płyty poczynione przez muzyków portugalskich (czy kogoś zaskoczyłem?), przy czym w tworzeniu drugiej z nich maczali także palce ich holenderscy i islandzcy koledzy, zatem kolory w tytule dzisiejszej opowieści mamy definitywnie rozszyfrowane.


Rodrigo Amado Motion Trio  Desire and Freedom (Not Two Records, 2016)

Pożądanie i Wolność to szósta płyta formacji Motion Trio, w której – przynajmniej tytularnie – moc sprawczą zwykło się przypisywać Rodrigo Amado, saksofoniście z portugalskiego krańca Europy, który obok Carlosa Zingaro, jest z pewnością najbardziej rozpoznawalnym muzykiem improwizującym z tego rejonu wszechświata. Kompetentne ramiona tego muzycznego trójkąta uzupełniają Miguel Mira na wiolonczeli i Gabriel Ferrandini na perkusji.

Wnikliwi badacze tego tria, a także uważni czytelnicy Trybuny, wiedzą doskonale, iż pierwsza płyta Motion powstała w składzie…. trzyosobowym, zaś cztery kolejne już w konwencji 3+ . Dwie nagrane zostały z Jebem Bishopem, dwie kolejne zaś z Peterem Evansem (za każdym razem były to incydenty studyjne w parze z rejestracją koncertową). W roku 2016 trio powraca ze studyjnym materiałem, poczynionym w wersji saute i nagranym w Lizbonie, w lutym bieżącego roku.




Płytę zdobi ciekawy cytat literacki, zaś tytuły trzech jej części są jego konsekwencją. Przyznać należy, iż słowa Jacka Parsonsa sprzed 70 lat świetnie opisują samą muzykę zawartą na krążku, a kładą istotny nacisk na jakże istotne elementy w muzyce improwizowanej – wolność i dyscyplinę. Takaż i jest sama muzyka – szaleństwo (pożądanie?) skondensowane w dyscyplinie, wzajemnej odpowiedzialności za siebie i cały zespół. Ta wolność rzeczywiście ma dwa końce (Freedom Is A Two-Edged Sword) – sekcja pędzi od pierwszej sekundy, jak oszalała, wiolonczelista jest szybki i zwinny jak jaszczurka, perkusista ma kocie ruchy, jest ponadinteligentny i znaczy teren zmyślnymi synkopami. Saksofonista porządkuję tę galopadę, ów pozorny chaos dramaturgiczny, organizując przestrzeń akustyczną stabilnymi i rozważnymi pasażami. Jego tenor jest wygimnastykowany, twardy, odrobinę zawadiacki, ewidentnie w dobrej formy, zdecydowanie gotowy na wszystko. Wytłumienie emocji – bezwzględnie zamierzone – dopada nas już w piątej minucie tej eskalacji, by szybko stać się udanym zaczynem kolejnej. Fragment drugi stanowi tu poniekąd wyzwanie estetyczne i poznawcze (Liberty). Sekcja zaczyna go spokojnymi pląsami wokół siebie, jakby szukała dramaturgicznego punktu zaczepienia (smakowite, libertyńskie solo… w duecie!). Amado dociera z oddali i rysuje coś na kształt melodii (operuje trwającym dźwiękiem). Po uzasadnionej dobrym scenariuszem, dynamizacji tej improwizacji, znów tygrysi spryt wiolonczeli i lisia przebiegłość perkusji wzmagają w nas poczucie przyjemności. Muzyka brzmi czysto, perfekcyjnie pod względem akustycznym, mimo, iż muzycy są w pełnym galopie. Uniesieni dobrze skonstruowaną trajektorią ekspresji, muzycy sięgają szczytu, a prym estetyczny wiedzie ewidentnie tenorzysta, który fantastycznie balansuje między tłumioną ekspresją, a saksofonowym wrzaskiem. Finał fragmentu należy już do wiolonczelisty, który nie po raz pierwszy tego dnia, zgłasza aspiracje do bycia królem polowania. Fragment ostatni muzycy czynić będą w poszukiwaniu artystycznej pokory, wszak tytuł zobowiązuje (Responsibility/ Odpowiedzialność). Znów początek wyznacza skupiona dyskusja na argumenty. Niedługa eskalacja tuż po niej, akurat w tym momencie niczym nas nie zaskakuje, jedynie śmiało konstytuuje wysoką, ponadnormatywną jakość tego muzycznego spotkania. Mira znów chce być (i po prawdzie jest) postacią tu najbardziej ekscytującą, czyniąc kolejne wytrawne solo … w duecie z Ferrandinim. Gdy do gry wróci Amado, dźwiękami tyleż właściwymi dramaturgiczne, co odpowiedzialnymi, muzycy mogą już rozpocząć wydłużoną, finałową eskalację napięcia. Dopada nas zakończenie, które nie jest zwyczajowym tłumieniem emocji, a raczej ich erupcją.

Jeśli Motion Trio zdaje się być najciekawszą muzyczną przygodą Rodrigo Amado (taka teza padła już onegdaj na tej stronie), tyleż wersją tego pomysłu, najgłębiej zapadającą w serca wielbiciela muzyki improwizowanej, jest przede wszystkim skład trzyosobowy. Desire and Freedom jest głosem, który tezy powyższe wynosi do rangi aksjomatu.

Agusti Fernandez drugą płytę Liquid Trio – w przeciwieństwie do pierwszej - podpisał nazwiskami wszystkich muzyków ją tworzących, poniekąd doceniając ich wkład artystyczny w powstanie dzieła. Myślę, że płyty Motion Trio, od tego momentu, winny być także podpisywane trojgiem nazwisk.


Onno Govaert/ Marcelo Dos Reis/ Luis Vicente/ Kristjan Martinsson  In Layers (FMR, 2016)

Międzynarodowe zwarcie improwizacyjne, poczynione w dość znanym przybytku kultury niderlandzkiej, w zacnym Klubie Zaal 100 (Amsterdam), zaowocowało krążkiem, który za pośrednictwem znamienitej brytyjskiej stajni Trevora Taylora (FMR), trafia do nas w gorącym okresie przedświątecznym. Dostępny on jest oficjalnie od ostatniego czwartku, dramaturgicznie spinając te kilkanaście dni, jakie dzieli rocznice urodzin Luisa Vicente (trąbka) i Marcelo Dos Reisa (gitara akustyczna). Ów antrakt jubileuszowy kompetentnie wspierają -  Onno Govaert na perkusji (on tu pełni rolę gospodarza) i Kristjan Martinsson na fortepianie (zaciąg islandzki, choć rezydencja holenderska). Trzy kwadranse muzyki, powstałej pod koniec kwietnia tego roku, podzielono na sześć fragmentów, opatrzonych tytułami. Proces twórczy został podsumowany określeniem all music by the musicians.




Przygodę z muzyką In Layers rozpoczynamy bardzo wyważoną, czułą, choć akustycznie nieco drapieżną narracją. Vicente pracuje na intensywnym zadęciu, Govaert nieco kanciastym drummingiem tyczy granice improwizacji, zaś Dos Reis i Martinsson wypełniają przestrzeń koncertową stanowczymi akordami. Muzycy grają bardzo blisko siebie, podszczypując się wzajemnie drobnymi, akustycznymi ornamentami. Fragment drugi należy do zaciągu portugalskiego – Luis i Marcelo pędzą w konwulsyjnym duecie, przy okazji z góry ustalając zasady gry i wskazując, do kogo w tej batalii należeć będzie słowo decydujące. Dołącza piano z delikatnymi preparacjami (jestem tu tylko przejazdem). Akcja toczy się wartko, mamy nawet do czynienia z niezobowiązującą eskalacją hałasu. Prowodyrem marszu ku górze jest ewidentnie trębacz, który tyczy sonorystycznie (what a game!) kierunek wycieczki. Pozostali muzycy dość konwulsyjnie egzystują wedle zasady akcja-reakcja. Eskalacja spotyka nas w sposób zamierzony. Być może ten kwartet bardziej podoba mi się w wolniejszych tempach, być może jednak dyskomfort akustyczny, będący moim udziałem w tym właśnie fragmencie, to sprawka subdoskonałego nagłośnienia w Zaal 100. Ta drobna ambiwalencja nie przeszkadza recenzentowi w docenieniu kunsztu technicznego gitarzysty i kipiącej wyobraźni improwizatorskiej trębacza. Fragment kolejny nie może nie być spokojnym leczeniem ran do burzy. Instrumenty ciężko oddychają, dając przy okazji asumpt do pochylenia się nad udanymi improwizacjami w wolnych tempach. Fragment czwarty rozpoczynamy ochoczo w tempie marszowym. Pianista udanie trzyma ryzy tego marszu, choć po prawdzie jego gra nie ma rewolucyjnego charakteru. Oś tego kwartetu, jego kwintesencja, ma zdecydowanie posmak wiśniowy. Ciekawie rytmizuje narrację Marcelo, gra trochę upalone flamenco, a może to jednak ujarane fado (!). Muzycy zdecydowanie kroczą ku kolejnej eskalacji, a ten orszak szaleńców ciągnie ku koniecznej ekstazie – nie po raz pierwszy – będący w doskonałej formie Luis. Całość uroczo wybrzmi przy wtórze silnie zjednoczonych sił gitary i perkusji. Fragment przedostatni upływa nam na sonorystycznych tarciach, perkusjonalnym polerowaniu powierzchni płaskich i wzajemnych macankach dobrze rozgrzanych już muzyków. Marcelo chyba sięga po smyczek, dając smakowity background dla kolejnego wyśmienitego pasażu trębacza, który w górnych rejestrach czyni cuda. Kristjan akordami nieco tłumi emocje, ale napotyka … akordy Marcelo, którego mają przeciwny grot. Finał staje nam przed oczyma. Kolektyw czterech (w sumie, na tej płycie fragmenty zabawy w podgrupach nie mają miejsca) drepta ku wyciszeniu, co znów stwarza okazję do sonorystycznego popisu na prostym instrumencie dętym, blaszanym. Ostatni dźwięk muzycy łapią stojąc na palcach.



Happy Birthday Marcelo!!! (to dziś)

czwartek, 15 grudnia 2016

El Pricto y sus amigos - Discordian Records Strikes Again!


Barceloński label sieciowy Discordian Records jest na tyle częstym gościem na Trybunie, iż raczej nie wymaga specjalnej introdukcji. Przypomnę jedynie, iż pierwsza opowieść dotycząca wytwórni pojawiła się w poście z 26 marca br. (Iberia va al cielo!). Potem było już z górki, a każdorazowa w tym miejscu obecność Alberta Cirery, Vasco Trilli, czyli El Pricto wiązała się z listowaniem nagrań tejże edytorskiej inicjatywy.

Dziś powracamy do stolicy Katalonii po raz kolejny, by zaprezentować garść niebanalnych nagrań, które w rzadko spotykany sposób łączą muzykę improwizowaną i komponowaną, czerpiąc inspiracje z każdego niemal gatunku muzyki. Być może właśnie, wyniesienie artystycznego eklektyzmu do rangi sztuki jest najważniejszym, jak dotąd, dokonaniem El Pricto i jego licznej grupy przyjaciół z Discordian Records.

Dwóm płytom z dzisiejszego zestawu poświęcimy trochę więcej miejsca, choćby z racji ekscytacji, jakie budzą w głowie Redaktora, pozostałe zaś zaanonsujemy w taki sposób, by w głowach zacnych Czytelników zrodzić pełnokrwisty głód poznawczy.


Kwartet współczesny

Zaczynamy od kwartetu, który już samą swoją nazwą wpisuje się w idiom muzyki współczesnej – Infatuous Chamber (2015). W jego składzie: Johannes Nästesjö – kontrabas, Stefan Pöntinen – skrzypce, Luiz Rocha – klarnet basowy i klarnet, El Pricto – saksofon altowy i klarnet. Muzyka powstała w okolicznościach studyjnych w czerwcu 2014r., podzielona została na jedenaście części i trwa niewiele ponad 40 minut. Dwie z tychże części określone zostały jako kompozycje (autorstwa kontrabasisty), pozostałe zaś funkcjonują jako all music by the musicians.




Początek nagrania podany zostaje przez wszystkich muzyków unisono, stanowiąc próbę zasygnalizowania zgrabnego tematu. Już po chwili udanie przepoczwarza się on w kolektywną improwizację, która szybko osiąga stan twórczego zamętu. Kwartet funkcjonuje dwubiegunowo, trochę na zasadzie konstruktywnej opozycji dęciaki vs. strunowce. Dźwięki są drapieżne, ale nie brakuje sonorystycznej zadumy i konfrontacyjnego what ever. Jesteśmy w środku, jak najbardziej współczesnego tygla tłumionych emocji, ale krew krąży nam w żyłach w tempie ponadnormatywnym, jakbyśmy byli częścią ścieżki dźwiękowej do manierycznego horroru o leniwych wampirach. Narracja gęstnieje, atakują nas pyskówki niezdyscyplinowanych instrumentalistów, niczym feeria ekscytujących brzmień pozytywnej, akustycznej histerii. Opowieści mają krótki, zwarty i czytelny charakter. Jeśli saksofon i klarnet wchodzą w bardziej dynamiczny dyskurs z kontrabasem i skrzypcami, to jedynie na warunkach tych drugich. We fragmencie szóstym natrafiamy na twardy, wręcz jazzowy walking kontrabasu, który kontrapunktowany jest kardynalną, acz molekularną improwizacją trójki pozostałych instrumentów. Tuż potem, na głowy spada nam piękny, wyważony pasaż dźwiękowy, podawany konwulsyjnym czterogłosem. Filharmonia płonie, z zagubionym w pętli czasu saksofonem. Kolejny trakt walkingowy kontrabasu wytycza nowe ramy tej karkołomnej historii, stworzonej dla wielbicieli chamber music, którzy utknęli w korku, w drodze na kolejny nikomu niepotrzebny spektakl. Ten pasus dla mniej wymagających, puentuje głośna pyskówka dęciaków, które na schodach wielkiego gmachu koncertowego, oczekują na odbiór biletu na koncert, który może się nie odbyć. Ujmujące piękno finałowych dźwięków, dobitnie trawestują głosy samych muzyków, którzy zwinnie komentują wyczyny kwartetu. Być może – w tych okolicznościach – chcieliby zaśpiewać, ale ewidentnie nie wypada. Muzyka, dla której znalezienie klucza poznawczego jest równie prawdopodobne, jak orgazm dziewicy, kończy się oczywistym wybrzmieniem, które implikuje w naszych uszach błaganie o ciąg dalszy. Beautiful! Chamber can fly!


Okręt flagowy

O najnowszej produkcji Discordian Community Ensemble - Contrast/Movement - pisaliśmy całkiem niedawno i były to czerstwe słowa zdrowego zachwytu. Dziś sięgnijmy po starsze nagranie ansamblu Desertio Impecable Vol. 1 (2013). Nazwa formacji sugeruje jej istotną pozycję w katalogu wytwórni, sama zaś muzyka konstytuuje ów oczywisty fakt, głosem nieznoszącym sprzeciwu. Nagranie powstałe w trakcie kilku studyjnych sesji firmuje oktet muzyków. Połowę składu stanowią instrumenty dęte: Natsuko Sugao i Pol Padrós – trąbki, Tom Chant – saksofon tenorowy i Don Malfon – saksofon barytonowy. Rozbudowana sekcja rytmiczna, to Pablo Rega – gitara elektryczna, Núria Andorrà - marimba i Vasco Trilla – perkusja i perkusjonalia. Składu muzyków dopełnia, dysponujący operowym głosem (tenor? baryton?) Iván García. To jednak nie koniec podmiotu wykonawczego. Po jednym fragmencie skomponowali i podjęli się roli dyrygenta - Owen Kilfeather i Xesc Llompart, zaś trzykrotnie w tychże rolach wystąpił El Pricto.




Kompozycja startowa raczy nas smakowitym, orkiestrowym wprowadzeniem, który natychmiast (!) gwałci sonorystyczny tygiel ekspresyjnych dźwięków, które istotnie łechtają receptory przyjemności recenzenta. Po wytłumieniu emocji, muzycy znów zwinnie tańczą wokół zapisów pięciolinii, by przy pierwszej nadarzającej się okazji, uciec w dość wąską uliczkę kolektywnej improwizacji. Fragment kolejny donośnym głosem intonuje śpiewak, który korzystając z poetyckiego libretto (autor do wglądu w redakcji), ochoczo komentuje popisy instrumentalistów. Ci zaś, zespoleni w twórczym chaosie sytuacyjnym, porządkowanym dyrektywami kompozytora wprost z zapisu nutowego, grymaszą, tarmoszą się wzajemnie, a poziom ich niesubordynacji przekracza od wielu już chwil dopuszczalne normy. Ta ognista opera bez garniturów trwa w najlepsze, a największym łobuzem zdaje się być Rega na gitarze elektrycznej, który pojedynczymi akordami sieje ferment poznawczy. Kompozycja kolejna próbuje trzymać fason i łagodzić obyczaje, co dałoby efekt finalny, gdyby nie … gitara Regi, która jest w nastroju do hałasowania. Do gry wchodzi Trilla i swoją perkusją przywołuje wszystkich do porządku. Inspiruje pozostałych muzyków do szukania w jego konstruktywnej grze, dramatycznych punktów zaczepienia. Oktet (tu: septet, głos bowiem milczy) puentuje to sonorystycznym wybrzmieniem, subtelnymi macankami, w udanej formule free improv. Powraca tenor/baryton i zaprasza nas na zwiedzanie … biblioteki! Zginęlibyśmy w odmętach współczesnej kameralistyki, gdyby nie nasze wspaniałe koło ratunkowe (Rega!!!). Dęciaki delikatnie eskalują, muzyka nabiera niepokojącego drive’u (Trilla!!!), a w oddali czai się już konstruktywna, głośna i ekspresyjna kulminacja. Jej finał wieńczy ugrzeczniony fragment z pięciolinii, który nie trwa jednak zbyt długo, bo separatystyczne ciągoty wiecznych improwizatorów, drzemiące w doskonałych muzykach, nie pozwalają na banał. Wraca donośny głos i stawia wszystkich na baczność. Gitara (dzięki!) wpada w noisowy szał, dęciaki ociekają potem i wypraszają wokalistę za kulisy. Wreszcie prawdziwy finał – potężne akordy sekcji pełnią tu rolę raczej destymulatora emocji, ale z szyku niespodziewanie wyrywa się marimba, która zaczyna znaczyć teren i eskalować emocje na powrót. Docierają do nas dwa głosy (czyżby saksofoniści? może dyrygent?), które na tle rozchichotanych instrumentów, gonią ku ekscytującemu finałowi. Trafiają na zdecydowaną na wszystko marimbę, która bierze organizację ostatniego dźwięku w swoje ręce. Po ponad trzech kwadransach dopada nas finał, a zaraz potem chęć ogarnięcia całości naszym małym rozumkiem. Oj, będą problemy!

Desertio Impecable posiada ciąg dalszy. Vol. 2 został nagrany kilka miesięcy później, już w składzie sześcioosobowym (El Pricto także w roli instrumentalisty). Jego odsłuch pozostawmy na kolejne spotkanie z dokonaniami DR.


Samotność improwizującego solisty

Odpocznijmy na moment od rozbudowanych personalnie formacji, stosów nutek na uginających się pod ich ciężarem pulpitach i pełnokrwistych metafor recenzenta. Czas na wskazanie dwóch solowych nagrań w katalogu DR.




Najpierw Ferran Besalduch i jego intrygująco zatytułowany album Strange Case of Dr Jekyll and Mr Hyde (2016). Studyjna rejestracja z marca br. przynosi jedenaście zwartych, improwizowanych opowieści na saksofon basowy i sopranino. Zakładam, że literacka inspiracja jest dla wszystkich czytelna, dodam zatem jedynie, iż w roli odpowiedzialnego Dr Jekylla występuje tu najmniejszy z saksofonów, zaś w czarny charakter Pan Hyde’a wciela się saksofon basowy. Instrumenty wykorzystywane są przez muzyka naprzemiennie, tworząc udaną dramaturgicznie i zgrabnie prowadzoną opowieść. Mnie szczególnie do gustu przypadła gra Ferrana na sopranino – zwinna, lisia narracja, wiele bezoddechowych, ekspresyjnych pasaży i smak dobrego pomysłu na improwizowanie. Nie chcę przez to powiedzieć, że fragmenty na saksofonie basowym mniej mnie intrygują. Cała płyta to dawka dalece interesującej muzyki, bazującej na konkretach, nieprzegadana i silnie przykuwająca uwagę. Biorąc pod uwagę młody wiek muzyka (właśnie przekroczył trzydziestkę), przyszłość pod znakiem Ferrana Besalducha może być bardziej niż frapująca.

Trochę na przeciwległym biegunie moich preferencji, umieściłbym solową płytę gitarzysty Diego Caicedo. Muzyk, który świetnie radzi sobie w formule wolnej improwizacji w grupie (patrz: recenzowany na tych łamach album trio RCJ Adeptus Exemptus), ma w katalogu DR incydent solowy na gitarę elektryczną Violencia (1962) (2014). Tytuły poszczególnych fragmentów zdają się być tajemnicze, zawierają bowiem sporo cyfr i jakże istotne dla percepcji tej płyty określenie metal. Tak, tak – solowa płyta Diego to muzyka metalowa, ba! zdecydowanie heavymetalowa. Ponad czterdziestominutowa porcja zgiełku i hałasu z pewnością znajdzie swoją grupę wielbicieli, ale wśród nich zabraknie niżej podpisanego. Ale, choć płyta Caicedo jest dla mnie mało strawna, to również ona dowodzi, iż w diskordiańskiej grupie poszukujących muzyków nie ma artystycznych zahamowań, a każdy pomysł na muzykę bywa tu dogłębnie analizowany i może liczyć na swoje zaistnienie.


Let’s rock and dance!

Skoro jesteśmy przy głośnej, hałaśliwej muzyce, głęboko tkwiącej estetycznie w muzyce rockowej, nie możemy nie zajrzeć na aż trzy płyty, którym do solowego ekscesu Caicedo jest artystycznie dość blisko.




Zacznijmy od Reptilian Mambo. Z tą nazwą zetknęliśmy się na Trybunie całkiem niedawno, gdy recenzowałem najnowszą płytę grupy Mamboree. Teraz sięgamy po znacznie starsze nagranie It’s Peeling Time! (2012). O ile najnowsze dzięcie RM poczynione zostało dość rozbudowanym składem personalnym, o tyle to starsze nagranie firmowane jest jedynie przez kwartet: El Pricto (syntezatory, saksofon altowy), Don Malfon (saksofon barytonowy) i podwójny zestaw perkusyjny, za którym zasiedli – Vasco Trilla i Javier Carmona. Muzykę gramy wg zapisków kompozytorów (nie tylko El Pricto, także dzieła wspólne muzyków), ale w trakcie egzekucji kipi ona feerią barw, emocji i iście diabelskich brzmień. Bazą jest tu rytm (podawany przez syntezator, baryton i dwie jurne perkusje), tematy mają melodię, bogatą instrumentację i odpowiednią dynamikę. Do tańca i do różańca, bez jakichkolwiek zahamowań. Artystyczna bezczelność godna największych mistrzów gatunku (skojarzenie z Prince’em, bardziej estetyczne niż czysto muzyczne, jest jak najbardziej właściwe). Polecam bez dwóch zdań, nawet bardziej niż najnowszą produkcję. It’s Peeling Time! swym brakiem artystycznych komplikacji, unikaniem przepychu brzmieniowego Mamboree, rwie mi trzewia dobitniej i daje czystą, bardzo rockową radość z obcowania ze sobą.

Kreśląc onegdaj na tych łamach sylwetkę artystyczną Vasco Trilli i wskazując źródła doświadczeń i jego muzycznych inspiracji, przywołałem nazwę Filthy Habits Ensemble. To rozbudowana personalnie formacja, dla której ojcem-rozpłodowcem jest zdecydowanie El Pricto (komponuje, dyryguje i gra). Ma w katalogu DR dwa albumy – pierwszy, zawierający intrygujące trawestacje muzyki napisanej przez Igora Strawińskiego - Plays Stravinsky (2013), drugi zaś, oparty już na kompozycjach lidera - Gruesome Routines (2014, nagrania powstały jednak wcześniej, niż te, do pierwszej z nich).




Zabawę w dynamiczne, rockowe reinterpretowanie Strawińskiego firmuje oktet muzyków, w którym obok rozbudowanej sekcji dętej (także Pablo Selnik, Don Malfon, Tom Chant i Natsuko Sugao), mamy pełnokrwistą sekcję rytmiczną z pianem, elektrycznym basem i perkusją. Muzyka kipi pomysłami, jest ekspresyjna i ma twardą, rockową dynamikę. Jeśli miałbym szukać recenzenckiego punktu zaczepienia, dodałbym, że zbytnio obfituje w nieco wodewilową melodykę. Zdecydowanie ciekawsza zdaje się druga z płyt Filthy Habits Ensemble. W składzie subtelne korekty personalne (Agusti Martinez), dochodzi druga gitara basowa (!), a w miejsce piana pojawia się syntezator. Płyta jest zdecydowanie bogatsza instrumentalnie, ciekawiej poszukuje swojego smaku i rytmu, zawiera więcej fragmentów improwizowanych, a na każdym kroku kipi pomysłami, stanowiąc czterdziestominutowy wulkan kreacji.


Sin Anestesia

Zostawmy rockowy sztafaż i wróćmy do akustycznych dźwięków instrumentów dętych, drewnianych. Przed nami wyjątkowa formacja Sin Anestesia, która składa się instrumentalnie prawie wyłącznie z saksofonów.

Pierwszy krążek SA omówiliśmy już kiedyś na tej stronie. Intervención Mecánica, zagrany przez dziesięć saksofonów pod dyrygenckim okiem El Pricto, zebrał wówczas grad oklasków. Dziś sięgnijmy po dwie kolejne płyty. Pierwsza z nich - H+ (2012) – powstała także w tentecie, jednak zamiast jednego saksofonu odnajdujemy tu naszego ulubionego perkusistę z Barcelony, czyli Vasco Trillę. Płyta zawiera sześć niedługich opowieści, z których trzy skomponował El Pricto, jedna jest swobodną improwizacją (!), zaś dwie ostatnie określone zostały jako dyrygowana improwizacja. Piękno tych saksofonowych symfonii jest upiorne, ewidentnie czyste i niezaprzeczalne. Melodyjny finał kopie rowy pod każdym przejawem artystycznego defetyzmu. Wcześniej do naszych uszu dociera także kompozycja Reptilian Mambo, którą poznaliśmy już w prawdziwie heavymetalowej interpretacji.




Nie mniej smakowite jest inne wydawnictwo Sin Anestesia The Transdimensional Seduction Handbook (2014). Na liście obecności ponownie dziewięć instrumentów dętych, które w żmudnym procesie improwizacji, na bazie udanych kompozycji (co za melodie!), głównie autorstwa El Pricto, wspomaga Ildefons Alonso na perkusji i wibrafonie oraz jego koleżanka Nuria Andorra - na marimbie i perkusjonaliach. Mimo zapewne precyzyjnego zapisu kompozytorskiegp, muzyka formacji bazuje na saksofonowych improwizacjach, głównie tyczonych zwartym, kolektywnym wielodźwiękiem (piękne harmonie!), narracją prowadzoną w spokojnym i odpowiedzialnym tempie.


****


Ważna informcja dla tych, którzy stykają się z muzyką Discordian Records po raz pierwszy. Płyty wytwórni nie mają fizycznego nośnika. Są dostępne na bandcamp.com, do kupienia w plikach audio lub pełnego odsłuchu w streamingu. Jeśli wyjątkowo jakaś pozycja katalogowa została wydana na CD, to stało się to jedynie z woli i tudzież kosztów samych muzyków. 


niedziela, 11 grudnia 2016

Piotr Mełech – podwójna opowieść: wątek semicki vs. wątek ornitologiczny


Kontynuując eksplorowanie młodej, poszukującej muzyki improwizowanej na Starym Kontynencie, czas najwyższy na odsłonę krajową. Nasz dzisiejszy bohater nazywa się Piotr Mełech i gra na klarnetach (jak się później okaże, nie tylko na nich).

Muzyk ten był już gościem Trybuny, przynajmniej dwukrotnie. Pierwszą okolicznością była wspominkowa opowieść o koncercie formacji GMO (Piotr Mełech/ Witold Oleszak/ Adam Gołębiewski), uzupełniona o listowanie kilku ciekawych płyt z udziałem tychże muzyków (post z 6 kwietnia br.). Drugą - ekstatyczny koncert kolejnego tria z udziałem Piotra – myślę o wrześniowym koncercie z Jackiem Mazurkiewiczem i Vasco Trillą (przy okazji ta ostatnia historia stanowi najpopularniejszy post na Trybunie, zatem łatwo można ją odszukać – patrz: zakładki po prawej stronie).

Dziś Piotr Mełech powraca z dwoma bardzo świeżymi wydawnictwami, które – choć bardzo odległe od siebie stylistycznie – popełnione zostały każdorazowo z udziałem Marcina Steczkowskiego. W pierwszym przypadku będzie to kwartet, w drugim zaś duet.


Melech gra Gebirtiga

Czas i miejsce zdarzenia: 27 września 2015r., C2Studio w Poznaniu.

Ludzie i przedmioty: Piotr Mełech – klarnet, klarnet basowy, elektronika, lider przedsięwzięcia; Marcin Albert Steczkowski – kornet, elektronika; Marcin Jadach – kontrabas; Michał Kasperek – perkusja.

Jak gramy: Muzyka skomponowana przez członków zespołu, inspirowana pracami Mordechaja Gebirtiga (1877-1942), poety i twórcy piosenek w jidysz. Zarysowane tematy (melodią, dramaturgią, kontekstem sytuacyjnym) stanowią bazę dla śmiałych i rozbudowanych improwizacji.

Efekt finalny: sześć fragmentów opatrzonych tytułami - łącznie 39 minut - wydanych pod tytułem Melech Plays Gebirtig (Multikulti Project - Tikkun Series,2016). Za podmiot wykonawczy uznać należy nazwę MELECH.




Przebieg wydarzeń/ subiektywne wrażenia: Piękna, semicka melodia Szejndele wygrana na klarnecie, otwiera tę muzyczną przygodę. Wokół spokojnie krząta się sekcja rytmiczna, robiąc zgrabny obrys sytuacyjny na potrzeby ewentualnych przyszłych, świeckich egzegez. Powolna narracja celebruje ciszę, która stara się goić rany, szczególnie te, nigdy niezabliźniające się. Krigs raczy nas od pierwszej sekundy skoczną przytupywanką i pewnie tym byśmy spuentowali ów fragment, gdyby nie czerstwy i agresywny kontrabas, łamiący harmonię i rytm tej pieśni. Strunowiec jedzie ewidentnie w poprzek i skutecznie dewastuje nasze oczekiwania estetyczne. Kornet bierze sprawy w swoje ręce i iście masadowym tembrem dynamizuje tę historię. Wspiera go w tym ważnym dramaturgicznie momencie background elektroniki, która elektroakustycznymi dysonansami, wbija w dźwięki żywych instrumentów wewnętrzny nerw, siejąc niepokój poznawczy. Mój Mordechaj udanie gubi naszą nadmierną ekscytację, popadając bezpowrotnie w oniryczny klimat opowieści o poszukiwaniu nieistniejącego, na styku wojujących antynomii porządku i chaosu, ciszy i hałasu. Być może ten właśnie moment winien konstytuować nasz zachwyt na gebirtigowskim skowytem egzystencji, która nie ma końca, choć od dawna jest tylko wspomnieniem. Kroke łamie smak płyty reinkarnacją nastroju, mając grot skierowany dokładnie w przeciwną stronę niż pieśń ją poprzedzająca. Swojski marsz, który swą nieoczywistą urodą mógłby wspomagać celebrowanie, zarówno zaślubin młodych i jędrnych, jak pochówek starych i zgrzybiałych. Teren znaczy tu ponownie agresywny kontrabas, który nad wyraz skutecznie porządkuje szyk tej muzyki. Dęciaki pyskują na obrzeżach, grając szczytujące lokalnie unisono, klarownym brzmieniem i piętrzącymi się emocjami. Jojwl – zasada antynomii działa w tej opowieści na wielu płaszczyznach! – pięknie wycofany, łapie smugę elektroakustycznego cienia i dobywając dźwięki zza światów, kusi nas urzekającą melodią, której celem nie jest dawanie przyjemności, ale – znów! – budzenie egzystencjalnego lęku. Po chwili, gdy koniuszkami naszych uszu niemal dotykamy ciszy, wystawieni zostajemy się na pastwę szalejącego kornetu, wspieranego nienachalną elektroniką, łapiąc ostatni dźwięk tej dziwnej opowieści w pół słowa. Kinderlech jest już tylko oczyszczającą z grzechów zaniechania, kąpielą w wodach niesprawiedliwie pojmowanego porządku wszechrzeczy. Kolejną na tej płycie, wstrząsająco uroczą melodią mordechajowską, stylowo podawaną przez spokojne już dęciaki, ogrywaną wytłumionym brzmieniem sekcji, szukamy oddechu finałowego, który będzie nam dany po 39 minucie nagrania, który wszakże nie wyciszy emocji i pozostawi nas zupełnie samych, w obliczu irytującej ciszy.



Ptasia matematyka

Czas i miejsce zdarzenia: brak danych, wiemy jedynie, że płyta ukazała się 6 listopada br.

Ludzie i przedmioty: Marcin Albert Steczkowski - kornet, wurlitzer, licznik geigera, live electronics oraz Piotr Mełech - klarnet, thornoscilator, utopia synth, live electronics.

Jak gramy: Muzycy określili ten materiał muzyczny mianem muzyki współcześnie wykonanej w warunkach domowych (patrz: koniec tej recenzji).

Efekt finalny: jedenaście fragmentów opatrzonych tytułami (kolejne cyfry rzymskie), o łącznym czasie trwania ok. 36 minut, wydanych na srebrnym krążku pod tytułem 2+7=nie wiem (Plaża Zachodnia, 2016) i firmowanych nazwiskami obu muzyków, bez imion.




Subiektywne wrażenia: Odpalając tę płytę dobrowolnie dostajemy się w ręce dwóch szalonych demiurgów, który korzystając głównie z elektroniki (narzędziownia szczegółowo omówiona powyżej), delikatnie inkrustowanej dźwiękami akustycznymi, jedenaście razy przeczołgają nas po dywanie i ani razu nie poproszą o przebaczenie. Ptasia konwencja okładki nie jest przypadkowa, ale to ptaki o niezwykle ostrych dziobach i zdecydowanie nietępych pazurach. Glitch! Hardattack! Muzycy ewidentnie są na wagarach i pozostają całkowicie poza kontrolą kuratorów sądowych. Na szczęście już w czwartym interwale tej zwartej opowieści, dopada nas chwila elektronicznej refleksji, chwila na uporządkowanie czasoprzestrzeni po demolce fragmentu zwanego III. Ale to pozór – już bowiem padamy w objęcia okablowanej agresji. Pulsary, non-oniryczne, kompulsywne gadżety ery ponowoczesnej, gryzą nam przeponę, gdy nieudolnie prosimy o strzęp akustycznego dźwięku! Po chwili klarnet cudownie ożywa, nie improwizuje jednak, sugeruje jedynie krnąbrne frazy, jakby w oczekiwaniu na kolejny atak klonów. Ta domowa muzyka budzi lęk, ma prawdziwie anarchistyczny dryl, kilka łyżek pikantnej niepokorności i młodzieżowej fantazji (choć jej twórcy śmiało sięgają po wiek średni). Punkowy wymiar tej muzycznej eskalacji cierpliwie łechta ucho … niezbyt cierpliwego recenzenta. Chaos w służbie transgresji! Kornet szuka zwłok Milesa Davisa, a gdy je znajduje, lubieżnie tarmosi. Następujące tuż potem …. akustyczne (!!!!) zwarcie klarnetu i kornetu zaskakuje w tej sytuacji najbardziej. Komputery mają na chwilę wychodne, ale ostatecznie ta impreza nie może się bez nich obyć. Kolejny glitchowy dron z satysfakcją depta te akustyczne ekscesy. Finał płyty pachnie elektroakustyką dobrego lotu. Komputery, co prawda wygrywają, ale ich zwycięstwo ma zdecydowanie słodko-gorzki smak. Post-modern! Post-normal! Post –end! Wybrzmienie całości prowadzi jednak do całkiem pozytywnej konstatacji - Miles jednak żyje!

****

Niezwykle rzadko oddaję na tej stronie pióro innym autorom (w zasadzie nie było jeszcze takiego przypadku), ale komentarz muzyków odpowiedzialnych za omówioną wyżej płytę, tak bardzo przypadł mi do gustu, że pozwalam sobie zacytować go w całości.

"2+7 = nie wiem" jest krótko oczekiwanym dzieckiem, bez szansy na paszport polsatu - za to z efektowną walizką gotową na podbój galaktyczny!
Po burzliwym okresie intensywnej walki z nadmiarem źle wpiętych kabli, wskazujący palec chaosu wyznaczył miejsce spotkania dwóch niepokornych ptaków w epicentrum fonicznym Plaża Zachodnia, gdzie dokonano zgrabnej klasyfikacji efektów pracy jako
# c o n t e m p o r a r y h o m e m a d e m u s i c .
Proste równanie arytmetyczne powinno przynieść prostą odpowiedź. W tym przypadku suma daje elektro-akustyczną niewiadomą.

Cytat za plazach.bandcamp.com – tamże płyta do kupienia lub skupionego odsłuchu (w całości).

Na sam już koniec dzisiejszej opowieści, rzadka w przypadku muzyki improwizowanej, okazja obejrzenia oficjalnego wideo, promującego Melech Plays Gebirtig. Obraz równie urokliwy, jak wyjątkowa zdaje się sama muzyka. 



środa, 7 grudnia 2016

Albert Cirera – demokratyczny kwartet, który zdążył przed ciszą i inne ulotne zdarzenia koncertowe


Albert Cirera, kataloński rezydent Baixa, przeuroczego centrum Lizbony, nie ustaje w artystycznych wysiłkach, by pokazywać światu, jak ciekawym i poszukującym wrażeń jest muzykiem.

Trzy miesiące temu, Trybuna kreśląc jego sylwetkę, postawiła kilka odważnych tez, konstytuujących istotny wpływ tego saksofonisty na dzisiejszy kształt młodej, poszukującej muzyki improwizowanej, przynajmniej po tej stronie wielkiej wody. Oczywistym zadaje się, w takim wypadku, obowiązek pilnego śledzenia bieżących dokonań artysty.

Od kilku chwil jest z nami interesujący kwartet katalońsko-portugalski, dla którego – mimo jego niezwykle demokratycznego charakteru - podmiotem sprawczym jest nade wszystko Cirera. Temu wydawnictwu poświęcimy dziś najwięcej czasu.

Jednocześnie muzyk udostępnił na youtube październikowy koncert swego duetu z Ramonem Pratsem, zwanego … DUOT. Dodatkowo Pan Redaktor miał okazję obcować z dźwiękami listopadowego koncertu Alberta z wiolonczelistą Ulrichem Mitzlaffem. Tekst zaś zwieńczy garść innych, ciekawych informacji, dotyczących dalszych planów fonograficznych muzyka.




Before the Silence

Być może kwartet wytrawnych improwizatorów, jaki zebrał się w klubie Jazz Cava w katalońskim Vic, w maju 2015r., stanowi kwintesencję iberyjskiego wymiaru współczesnej muzyki improwizowanej. Z pewnością wszakże Hernani Faustino i Gabriel Ferrandini to najbardziej rozpoznawalna sekcja rytmiczna tamtej części świata, zaś pianista Agusti Fernandez – już bez cienia wątpliwości – osoba kluczowa w ogólnoświatowej percepcji hiszpańskiej muzyki improwizowanej. Wreszcie postać Cirery, muzyka łączącego personalnie sceny jazzowe Barcelony i Lizbony, który ostatnimi miesiącami definitywnie wychodzi z cienia niższej rozpoznawalności.

Saksofonista, mając za sobą kilka udanych koncertów z portugalską sekcją, postanowił zabrać ich w rodzinne strony i z czynnym udziałem papy Fernandeza, przy wtórze jego błogosławieństwa, zagrać ognisty koncert, którego dokumentacja fonograficzna właśnie wylądowała w naszym odtwarzaczu srebrnych krążków. Wydany przez NoBusiness Records dysk zwie Before The Silence, a sygnowany jest nazwiskami wszystkich muzyków, w tejże kolejności: Albert Cirera, Hernani Faustino, Gabriel Ferrandini i Agusti Fernandez. Zawiera cztery improwizowane fragmenty (trzy pierwsze są nieprzerwanym ciągiem dźwięków), trwające 57 minut (uwaga! zsumowany czas utworów, podany na okładce jest dłuższy, zatem długość któregoś z traków jest nieprawidłowa).




Wieczorny (ba! nocny!) koncert w Jazz Cava zaczyna się bardzo spokojnie. Muzycy, delikatnie się macając, rozgrzewają wypolerowane instrumenty. Jakkolwiek już od pierwszego dźwięku mamy stuprocentową pewność, że na scenie jest co prawda czterech muzyków, ale bezwzględnie stanowią oni jeden muzyczny organizm (czterogłowy smok, to trafne skojarzenie!). Cirera, na saksofonie sopranowym, zwinnie podprowadza tę zgraję muzykantów na pierwszy szczyt koncertu. Sekcja, czujna i stylowa, dba o właściwy kierunek podróży, zaś piano motywująco dla pozostałych, pasażuje na boku. Po przepięciu dramaturgicznym, kontrabas i fortepian ciekawie konweniują, dając nanosekundę oddechu perkusji i saksofonowi. Nie mija wszak kwadrans tego spektaklu, a muzycy już wbiegają na najwyższy poziom muzycznej ekstazy, iście freejazzowego wyniesienia. Moment uspokojenia, deeskalacji hałasu, stanowi nie ostatni dziś raz, powód do zmiany numeru ścieżki na krążku. Numer drugi, w początkowej fazie, wypełnia doprawdy urocze zbliżenie fortepianu i saksofonu (tu: tenorowego). Słychać, jak Cirera i Fernandez świetnie się ze sobą czują (patrz: Liquid Trio). Następujące potem, dynamiczne crescendo całego kwartetu, niesione jest na plecach tenorzysty. Około 25 minuty nagrania (licząc od startu), dynamiczną, ściśle kolektywną pyskówkę wieńczy, po konsekwentnym wytłumieniu, solowy incydent perkusisty, pod który momentalnie podłącza się, kipiący pomysłami pianista. Gdy Cirera powraca na sopranie, wokół iskrzy się już na całego. Okazję do kolejnej zmiany numeracji traku, stanowi płynne przejście owego czterogłowego smoka z trzeciego piętra hałasu, do sutereny niskiej, ekstremalnie wyciszonej, sonorystycznej chwili zadumy. Być może jesteśmy świadkami najpiękniejszego fragmentu tego koncertu. Tuż po jego wybrzmieniu, muzycy – znów w pełni kolektywnie – łapią siedemnasty tej nocy powiew dodatkowej energii i niosą nas w odmęty kolejnej eskalacji ekspresji. Ta będzie wszak tą ostatnią, gdy widać już w oddali pojawiające się napisy końcowe. Rośnie dzięki atencja muzyków, intensywność ich gry, poniekąd także naszych emocji. Kwartet dobija do końca w doskonałej formie, przy okazji Cirera – nie po raz pierwszy tego wieczoru, poszerzając dostępne ludzkości techniki artykulacyjne – szczytuje na tenorze w niezwykle wysokim rejestrze. O, tak, cisza po wybrzmieniu całości zdaje się zbawienna! Pięciominutowa coda – lek na wyciszenie emocji - niewiele już tu zmieni. Brawo!


Duot

Kwartet, który rujnował nasze zmysły jeszcze przed chwilą, ma zapewne charakter incydentalny, jakie wiele wydarzeń w życiu każdego muzyka improwizującego. Jeśli jednak – w dotychczasowym muzycznym doświadczeniu Cirery – mielibyśmy wskazać formację bazową, zestaw personalny, który jest jego udziałem niemal na co dzień i od wielu już lat, to będzie nim DUOT – czyli… duet z perkusistą Ramonem Pratsem (ich pełny, trzypłytowy dorobek został już omówiony na Trybunie).

Dosłownie od kilku dni dostępny jest pod tym adresem  bardzo świeży koncert DUOT, poczyniony w klubie BeGood, w Barcelonie, w połowie października br. Na zapis audio-video składają się dwa sety o łącznej długości 32 minut.




Muzyków odnajdujemy na wyjątkowej małej scenie. Publiczność stojąca z lewego boku wręcz zagląda Albertowi do wnętrza saksofonu. Ten zaś agresywnie chrobocze na tenorze (nie będzie go zmieniał do końca koncertu), matowym brzmieniem zachęcając Ramona do wzmożonej aktywności, szukając swojej porcji tłumionej ekspresji. Niespodziewana konieczność wymiany ustnika, daje pretekst perkusiście do eskalacji, który jednak nie zostaje wykorzystany. Albert wraca lekko czupurny, z miejsca dynamizuje set, szuka melodii, mając w pamięci kilka znamienitych solówek Charlie Parkera, przynajmniej jeśli chodzi o tempo narracji. Po chwili resetuje się i postanawia spróbować nadgryźć swój pomysł na dźwięk z innej strony, szukać innego punktu zaczepienia. Cały koncert ma trochę charakter warsztatu, muzycy permanentnie szukają nowych rozwiązań, lubią eksperymentować i wiedzą, że mając przyjaciela u boku, można sobie pozwolić na każdy wymiar szaleństwa. Są nieco zawadiaccy, niechlujni, ale na pozytywny, trochę punkowy sposób. Albert, szukając nowych wyzwań artykulacyjnych, pięknie sonoryzuje, dobywając dźwięki niemal z gardła. Ramon ślini palce i poleruje nimi membrany swoich werbli. Gra nogami, prawie kładzie się na swój instrument. Saksofonista nieustannie szuka w fakturze muzyki generowanej przez DUOT przysłowiowej dziury w całym, a gdy ją odnajduje, drąży kanał, aż dobije się do źródła – wieczny poszukiwacz przygód! Lubi pogrywać tłumionym tembrem, prowokować Ramona do interakcji, budzić w nim dzikie zwierze, gotowe na krwisty pojedynek po zmierzchu. Udaje mu się to pod koniec drugiego setu, gdy akustyczny wymiar koncertu sprowadzi się do eskalowania hałasu na prawym talerzu zestawu perkusyjnego, co uczyni finał występu odpowiednio dramatycznym.


Kronika Druga, ciąg dalszy

Po freejazzowej eksplozji, tudzież pikantnym warsztacie w duecie, czas teraz na być może … najistotniejszy przejaw aktywności w muzycznym portofolio Alberta Cirery. W moim, jakże subiektywnym odczuciu, talent i muzyczna wyobraźnia Katalończyka eksplodują najdobitniej w zetknięciu z instrumentem strunowym, stanowiącym połączenie skrzypiec i wiolonczeli (violincello!), który dzierżony jest w dłoniach przez niemieckiego rezydenta Lizbony, Ulricha Mitzlaffa. Być może niektórzy z Was pamiętają moje zachwyty nad płytą Croniques 2, powstałą w wyniku kooperacji tych właśnie dwóch muzyków.

Niespełna miesiąc temu, duet ów koncertował w Lizbonie (Parede - SMUP, 11/11/16). Szczęśliwie Wasz recenzent miał okazję posłuchać tego występu – 40 minutowego, nieprzerywanego ciągu dźwiękowego.




Muzycy, ukryci za parawanem niezgody na oczywiste dźwięki, plotą spokojnie swą zawadiacką opowieść, pozbawioną początku, nie nastawioną na jakikolwiek koniec. Grają w pełnym spektrum dźwiękowym, dostępnym ludzkiemu uchu. Głaskają ciszę, by po chwili upiornym hałasem dewastować pobliskie domostwa. Cirera, improwizujący na saksofonie sopranowym, jest w stanie zerwać bieliznę z każdej dziewicy. Mitzlaff, być może nieco mniej zalotny, kreśli swoim strunowcem perspektywy przekraczania każdej niemożliwości. Muzyka płynie, muzyka pędzi, muzyka potrafi igrać z ciszą, z precyzją godną rosyjskiego sapera. Ekscytacja słuchacza osiąga maksimum lokalne w momencie, gdy marszruty improwizacji obu muzyków łączą się, a dźwięki przez nich wydobywane popadną w całkowitą symbiozę. Słyszymy jeden gęsty wielodźwięk, dla którego próżno wskazać źródło pochodzenia (czyżby saksofon tenorowy był jednak instrumentem strunowym?). Gdy Cirera i Mitzlaff mają ochotę pofrazować w nieco bardziej typowym stylu (rytm? próba melodii?), też są zabójczo precyzyjni i nie pozwalają sobie na moment zawahania. Po 30ej minucie tego koncertu, drą jego akustyczną powłokę krnąbrnymi przepięciami energetycznymi (choć gramy bez amplifikacji!). Muzyka iskrzy, scena grzeje kaloryfery na całej pobliskiej ulicy, a finał wieńczy kolejny nierozszczepialny dwudźwięk.


Various

Finalizując dzisiejszą opowieść o najnowszych muzycznych przygodach Alberta Cirery, wskażmy, czego możemy się spodziewać w najbliższych miesiącach.

Gotowa jest druga płyta stałego (?), katalońskiego kwartetu Albert Cirera & Tres Tambors. Nosi ona tytuł Suite Salade, a jej sprzedaż rozpocznie się po nowym roku (wtedy o niej napiszemy). Zespół w październiku miał długą trasę koncertową po Hiszpanii.

Prawie gotowe jest nowe wydawnictwo DUOT. Tym razem będzie to … trio, gdyż Pratsa i Cirerę wsparł w nagraniu gitarzysta Andy Moor. Płyta powinna być dostępna w lutym przyszłego roku. Warto przypomnieć, że DUOT spędził dużą część września na koncertach w Rosji. Rejestracja jednego z nich winna ukazać się na kasecie, razem z koncertem Luisa Lopesa.

Poczyniona została rejestracja duetu Cirery ze skrzypkiem Ernesto Rodriguezem (przy okazji szefem zacnego wydawnictwa Creative Sources). Muzycy są na etapie selekcji materiału. Tu szczególnie – mając w pamięci serie Kronik Alberta – ostrzę sobie zęby na odsłuch muzyki.

Cirera nieustannie pracuje także nad materiałem solowym. Zwie owo przedsięwzięcie mianem CIREROT. Ostatnio miała miejsce w Hiszpanii seria koncertów. Muzyk deklaruje, że chce być gotowy na wydanie płyty latem przyszłego roku (być może – sic! – akurat to nagranie ukaże się w naszym kraju).



Thanx Albert for every news about your music!


niedziela, 4 grudnia 2016

Pedro Sousa – Na Borda De Crescimento Descontrolado *)


Nie jest jakąkolwiek tajemnicą fakt, iż Trybuna Muzyki Spontanicznej darzy niebywałą atencją muzykę improwizowaną, powstającą na Półwyspie Iberyjskim. Katalog przyczyn takiego stanu rzeczy jest z pewnością zbiorem niepustym. Jeśli jednak mielibyśmy wskazać z imienia i nazwiska jedną osobę, odpowiedzialną za zapoczątkowanie procesu akwizycji muzyki z Portugalii i Hiszpanii na tych łamach, to jest taki człowiek. Nazywa się Pedro Sousa, gra na saksofonie, mieszka w Lizbonie i dokładnie dziś kończy 30 lat!!! Happy Birthday, Pedro!!!

W okolicach czerwca roku ubiegłego, do któregoś z moich lubieżnych odtwarzaczy plików mp3, dość niespodziewanie wpadła pewna muzyka. Krążek nazywał się Casa Futuro, a firmowała go trójka muzyków. O ile nazwiska Johana Berthlinga i Gabriela Ferrandiniego nie były mi oczywiście obce, o tyle personalia saksofonisty zdały się istotnie dziewicze. Już po pierwszym odsłuchu, wiedziałem, że w moich rękach wylądowała szczególnie wartościowa muzyka. Jakiś czas potem mogłem już spokojnie odpalać tę muzykę w formacie CD. A w kilka miesięcy później, Casa Futuro bezceremonialnie trafiła na czoło najlepszych płyt roku 2015, dając przy okazji nowe życie Trybunie Muzyki Spontanicznej, już całkowicie w sieciowym wydaniu.

Urodzinowy przegląd dotychczasowej twórczości Pedro Sousy zaczniemy od przypomnienia tej właśnie doskonałej płyty.


Dom Przyszłości!

Lizboński Culturgest, listopad 2012r., a na scenie klasyczne, chciałoby się rzec, jazzowe trio -  saksofon, kontrabas i perkusja. W dalszej części tej opowieści określenie klasyczne straci całkowicie rację bytu, ale epitet jazzowe nie będzie już do niczego potrzebny. Drogowskazami w 50-minutowej podróży z muzyką wówczas zagraną będą natomiast tytuły kolejnych improwizowanych fragmentów – Wytrzymałość! Użyteczność! Piękno!




Muskulatura będzie niewątpliwie wyznacznikiem wzajemnych relacji wewnątrz tria. Sousa, wsparty na tenorze, bierze na siebie rolę agresora. Berthling, u boku kompulsywnego kontrabasu, demoluje przestrzeń koncertową, jakby chciał robić miejsce dla twardego saksofonu, a Ferrandini stawia wokół kaleczące zasieki, czyniąc ze swej perkusji zbrojne ramię tej improwizacyjnej bitwy. Muzycy kroczą zwartym szykiem i obejmują wieczne panowanie nad chaosem tego miejsca, nie pozostawiając widzom muzycznego spektaklu jakichkolwiek złudzeń, co do własnych intencji. Ów militarny dryl sprawia, iż nikt nie ma tu chwili na choćby sekundę zastanowienia. Dramaturgia wydarzeń jest istotnie wstrząsająca. Każdy zagrany dźwięk liczyć tu może na ciętą ripostę współpartnera – bez sentymentów dla słabszego, mniej odpornego na improwizacyjne niuanse. Chwile kontemplacyjnego zawieszenia są naszym udziałem, ale mają ewidentnie charakter ciszy przed burzą. Sousa szuka granicy swojego instrumentalnego bytu, wyje brotzmannowsko, po czym klei się do sekcji sprośnym i konwulsyjnym timingiem, przy okazji skutecznie ładując jej baterie. Osiągamy cel pierwszej ekspozycji – Wytrzymaliśmy!

Johan sięga po smyczek i poleruje okrwawione struny kontrabasu. Pedro wykorzystuje okazję i wietrzy salę koncertową brutalnym soundem swego barytonu. Gabriel delikatnie talerzykuje. W trybie awaryjnym, muzycy zgrabnie wchodzą na wyższe piętro tej emocjonalnej eskalacji i robią wszystko, by uczestnicy spektaklu docenili ich użyteczność. Przepychanki, kuksańce i ekwilibrystyczne podszczypywania trwają w najlepsze. Próżno w tym momencie wskazać, który z muzyków istotniej ryje nam beret. Kobiety, w mniejszości, zdają się rwać włosy z głowy, zaś część matriarchalna widowni deklaruje wieczną abstynencję w podzięce za to muzyczne misterium. Pozorny chaos sytuacyjny w procesie improwizacji, jedynie eskaluje dysonans poznawczy. Szukając niezbędnego punktu odniesienia, muzycy jednoczą swe siły wokół dynamicznego pasażu kontrabasu, który jest barokowy piękny! Puentą tej, od pewnego momentu, solowej eskalacji stają się trójdzielne pląsy każdego z bohaterów tej opowieści. Swobodna improwizacja nie akceptuje jednoosobowego przywództwa! Każdy sobie sterem, każdy okrętem, ale na scenie umieramy zawsze razem!
Jakże piękny finał koncertu muzycy osiągają w skupieniu, ale bynajmniej nie … w wyciszeniu. Akustyczna refleksja bywa wszak udziałem największych. Ostatni dźwięk – dyskretnie udany - wcale nie przynosi ukojenia.

Po trzech latach możemy raz jeszcze przejść tę gehennę, dzięki komfortowemu odsłuchowi wyjątkowej Casa Futuro (Clean Feed Records, 2015; nakład nieznany, ale z pewnością nielimitowany).


Duet z Hernani Faustino!

Jeśli w dyskografii Pedro mielibyśmy wskazać dziś krążek, który trzyma horrendalnie wysoki poziom artystyczny Casa Futuro, to z pewnością jest nim wydawnictwo Falaise. To, póki co, jedyny fonograficzny dowód na współpracę Sousy z kontrabasistą Hernani Faustino, którego fani europejskiej muzyki improwizowanej słusznie kojarzą z formacją RED Trio. Duetowe nagranie, poczynione w okolicznościach studyjnych, w Lizbonie w roku 2010, jest z nami od czterech lat, dzięki efemerycznemu wydawnictwu Dromos Records i jego ekskluzywnej serii, pięknie wydanych, dalece artystycznych CD-rów. Nakład 100 sztuk jest oczywiście wyczerpany. Ten krążek także gościł już na łamach Trybuny, a zatem tych kilka impresji poniżej, będzie jego przypomnieniem, tudzież próbą pogłębienia poprzednich analiz.




Świat muzyki improwizowanej zna oczywiście tysiące duetów na kontrabas i saksofon (tu: tenorowy i barytonowy). Być może ten, w wydaniu Sousy i Faustino, jest jednak dalece szczególny. Muzycy grają niezwykle głośno, na swój sposób agresywnie, balansując przez blisko 49 minut nagrania na granicy akustycznego przesteru, a nawet w ostatnim, czwartym fragmencie, przekraczając ją. Świetnie się ze sobą komunikują, potrafią rzeźbić rubaszne kształty swoich improwizacji tym samym dłutem. Gdy Hernani bierze do rąk smyczek i rozdziera przestrzeń ostrymi pasażami niskich częstotliwości, dźwięki wydawane przez saksofon Pedro brzmią … bliźniaczo podobnie, choć ten drugi z pewnością jedynie dmie w swą rurę. Mimo, iż narracja tej improwizacji nie przebiega linearnie, a chwile dynamicznych pyskówek bywają przedzielane hałaśliwymi fragmentami ciszy, to muzycy pozostają w fazie permanentnego zwarcia, kolektywnego potykania się o ręce i nogi interlokutora. Ten w pełni akustyczny hałas pisany jest tłustym drukiem, bez przecinków i znaków zapytania. Gdy saksofon goreje na wzgórzu piekielnym, kontrabas - rozgrzany do czerwoności - iskrzy niczym zdeformowana anomaliami klimatycznymi zorza polarna. Kawalkada dźwięków tego szalonego duetu demoluje studio nagraniowe, kruszy ściany i pali potencjometry dźwiękowca, któremu zabrakło kanapek w 35 minucie tej rejestracji. Produkcja Falaise zżera prąd, przewidziany do oświetlenia przynajmniej całej Alfamy i Gracy, a może i także, położonego na przeciwległym wzgórzu, Bairo Alto!  Muzycy niczym gigantyczne, zmutowane chrabąszcze, czekają na jedyny w tej szerokości geograficznej moment zbiorowej ekstazy. Cielesność tej muzyki wygeneruje pot na czole każdego umarlaka.

W finałowym fragmencie przekraczamy rubikon i w odmętach ekstremalnego hałasu, doświadczamy oczyszczającej dewastacji membran i podniebienia naszych uszodołów. Krew, pot i łzy są także naszym udziałem. Pedro i Hernani udanie rezonują, szukając drogi ucieczki z tej szalonej sesji. Noise Forever!


Koncert w ZDB!

Lizbońska Galeria Ze Dos Bois (ZDB), w październiku 2012 roku, użyczyła swe pomieszczenia na dość niezwykły koncert. Spotkanie młodego Portugalczyka Gabriela Ferrandiniego (perkusja) i jeszcze młodszego Portugalczyka Pedro Sousy (saksofon tenorowy i barytonowy, elektronika), z weteranem rockowej awangardy, klasykiem noisowej gitary, głównym twórcą wyjątkowej formacji Sonic Youth, Thurstonem Moorem, nie mogłoby być czymś powszechnym w jakiejkolwiek kulturalnej galerii na świecie. Pierwsze i być może ostatnie tego rodzaju artystyczne zwarcie, szczęśliwie zostało zarejestrowane, a po dwóch kolejnych latach, upublicznione na czarnym krążku Live at ZDB (Shhpuma, 2014), firmowanym personaliami trójki muzyków, w kolejności adekwatnej do ich wieku i zasług dla dźwiękowego wszechświata.

Ustalenia przed koncertem były niezwykle zacne. Stawiamy na spokojną, wyważoną improwizację, badamy się wzajemnie i poznajemy, czujni na niuanse brzmieniowe, wynikające ze zderzenia akustycznych instrumentów z gitarą elektryczną. Ta brawurowa koncepcja legła w gruzach już w okolicach trzeciej minuty koncertu. Energia, z jaką muzycy weszli na scenę, już po tych paru chwilach rozsadziła im trzewia, a z nie do końca jeszcze rozgrzanych piecyków, publiczność zaatakowana została ścianą konstruktywnego hałasu. Sousa – co nie stanowiło zaskoczenia – okazał się bardzo pojętnym uczniem Moore’a i bez cienia respektu, wplótł się w zwoje gorejących strun gitarzysty. W tej iście hardrockowym, hendrixowskim środowisku w mig odnalazł się także Ferrandini, zgłaszając akces na wakujące miejsce za bębnami Slayera. Najmłodszy z adeptów, niczym krótkonogi byczek w zwarciu ze stadem upalonych nosorożców, powalczył o akustyczne przeżycie, ale dał radę – breaking through!




Po mniej więcej kwadransie, ta galopada zasadniczo spowalnia, dzięki czemu wszyscy – w tym także publiczność! -  złapać mogą stosowne wyciszenie i nieodzowną w takich chwilach, szczyptę uzasadnionej psychodelii. Muzycy w tej scenerii, śmiało rozpoczynają wymianę poglądów, zaczynają się wzajemnie słuchać i reagować na poczynania kolegów. Kolejne, kolokwialne crescendo tej improwizacyjnej rejterady ma już bardziej selektywny posmak. Artyści ewidentnie zatrybili, złapali mentalny kontakt i choć do końca koncertu będą ponownie hałasować, to ten rodzaj dźwiękowej eskalacji będzie dla wszystkich absolutnie akceptowalny. Kolejne, udane dramaturgicznie uspokojenie pięknie puentuje Ferrandini, wspierany nieco sentymentalnymi (w tychże okolicznościach) przepałami Sousy. Moore plami ten portugalski konsensus długami interwałami szumiących sprzężeń i zgrzytów.  Sousa kapitalnie wplata się w jego częstotliwość, dzięki czemu około 30 minuty koncertu, popadamy w ciekawy, elektroakustyczny dysonans. Czterominutowy finał części zasadniczej koncertu ponownie czyści nam trąbki Eustachiusza, by po chwili, w onirycznym bisie, dzieło zniszczenia naszych oczywistych przyzwyczajeń - despotycznie, upiornie, pięknie! – dokonało się ostatecznie, przy fanfarach nie do końca świadomej eksplozji entuzjazmu.


Pão – elektroakustyka w służbie improwizacji!

Pozostańmy w Lizbonie. Okoliczność studyjna w listopadzie roku 2011. Pedro Sousa, tym razem dzierżąc w dłoniach jedynie saksofon tenorowy, zwiera przyjacielskie, tudzież artystyczne szyki z Tiago Sousą, który na nagranie dotargał harmonium, kibord i drobny zestaw perkusyjny oraz Travassosem (przy okazji naczelnym grafikiem Clean Feed Records), który w tej zabawie odpowiedzialny będzie za dźwięki generowane elektroniczne z tzw. obiektów różnych, a także użyczy swego głosu w pewnym istotnym momencie tej opowieści. Spotkanie udokumentuje przepyszny dysk cyfrowy, a obecne w studiu trio przyjmie nazwę Pão, co da także nazwę samemu wydawnictwo (Shhpuma, 2012, nakład nieznany).

Już sam zestaw instrumentalny tej sesji sugerować może elektroakustyczny tygiel, pełen rozmaitych i nieoczywistych koincydencji, i po prawdzie, tak właśnie się dzieje. W pierwszym, krótkim fragmencie, stanowiącym rozbudowany wstęp, zostajemy zaatakowani przez elektroniczny dron, który inkrustowany przeróżnymi akustycznymi incydentami, przybierając zmienne poziomy intensywności, dany nam będzie do końca tej 44-minutowej historii. Parafrazując tytuł tegoż wstępu, Bóg nie czeka, Bóg nadchodzi dużymi krokami




Fragment kolejny - Dyson Tree - twórczo rozwija pomysł artystyczny Pão, zasugerowany parę chwil wcześniej. Łuny polarne uroczo płoną przy wtórze gotowego na wszystko dęciaka. Odpowiedzialne za tę metaforę jest dronujące harmonium, a kreowany przez nie klimat, niespodziewanie sprzyja nierozsądnej kontemplacji. Być może ścieżką percepcji, udaną metodą ogarnięcia tej muzyki, okaże się wszechobecna entropia, która znaczy poczynania artystów. Ich muzyczne kontinuum, zawieszone pomiędzy intrygującym chaosem a wulgarnym porządkiem, prowadzi słuchacza na niechybne zderzenie z płynącymi masami energii, które jakby przy okazji, generują nasilający się hałas. Muzyka eskaluje się akustycznie, choć punktem odniesienia pozostaje dla niej punktowa cisza. Konsekwencją takich działań muzyków, owego kontinuum, musi być trans, który budowany jest przez soczysty tembr saksofonu, jego ekstatyczną improwizację, z elektronicznym backgroundem i upiornym głosem zza światów (Travassos!).

Fragment finałowy, najdłuższy, w dół kolorowym wzgórzem, odebrać możemy jako próbę trawestacji poprzedniego fragmentu, skrupulatnego rozwijania wątków, tam zadzierzgniętych. Harmonium operuje w pozycji stand-by, jedynie sygnalizując swoją obecność, saksofon gardłowym szmerem subtelnie rysuje parkiet studyjny i jest atakowany przez sążniste drony, wprost z serca procesora. Ten epizod musi zwieńczyć eskalacja hałasu, budowana na antynomii skowytu dęciaka i sprzężeń elektroniki. Wampiryczna melancholia, niepokojący pasaż saksofonu, topią się w gęstniejącym brzmieniu harmonium i rezonujących, tajemniczych przedmiotach. Dopada nas gęsta, skwiercząca cisza, a dźwięk naprawdę ostatni ginie w akustycznym chaosie, jaki zgotowała nam ta znakomita muzyka.


EITR!

Kolejna formacja, znacząco kreowana przez naszego dzisiejszego bohatera, jeszcze silniej osadzona w poszukującej i improwizowanej muzyce elektronicznej, to EITR. Saksofoniście (tenor, alt, baryton i elektronika) towarzyszy Pedro Lopes, grający na … gramofonie, perkusjonaliach i generujący dźwięki z obiektów. Ich jedyny krążek, to winylowe wydawnictwo Tress Have Cancer Too (Mazagran Records, 2013; nakład 150 szt. ręcznie numerowanych). Trzy fragmenty opatrzone tytułami trwają łącznie niespełna 40 minut.




Jeśli chcielibyśmy gatunkowo opisać muzykę Lopesa i Sousy, to niezwykle pomocne okażą się określenia typu eksperymentalna elektronika, abstrakt, czy glitch. Spokojna, wyczekująca narracja w dużym stopniu generowana jest elektronicznie, choć nie brakuje w niej perkusyjnej akustyki i – co oczywiste – znajomych dźwięków instrumentów dętych, drewnianych. Jakkolwiek celem ostatecznym tej przygody – nie pierwszy raz w przypadku Pedro – pozostaje pozytywna, czupurna… eskalacja hałasu. Fragment drugi poszerza wykorzystywane przez EITR artystyczne środki wyrazu o samplowane głosy ludzkie i drobiny field recordings, co prowadzi tę część nagrania w zakamarki specyficznego, abstrakcyjnego blue ambientu. W wielu momentach saksofon bywa tu jedynie ornamentem (sam Pedro ochoczo działa na kablach). W trzecim, finałowym fragmencie królewski instrument powraca jednak w pełnym rynsztunku i z gorejącym skowytem na ustach wieńczy dzieło.


Canzana - diabelnie psia sprawa!

Czas sięgnąć do muzycznych korzeni Pedro, naprawdę ostro pohałasować i ewidentnie wytaplać się w punkowym, noisowym błotku. Punkowa będzie nie tylko stylistyka samej muzyki, ale także warstwa edytorska (szczegóły poniżej).
Okazja jest przednia, albowiem przed nami dwa wydawnictwa formacji Canzana. By dodać smaczku naszym lubieżnym myślom, warto dodać, iż nazwa ta winna być kojarzona z jedną z prymalnych dla człowieczeństwa pozycji seksualnych, która w języku Szekspira określana bywa jako doggystyle.




Rzeczoną Canzanę tworzą: Bruno Silva na gitarze elektrycznej i Pedro Sousa na saksofonie tenorowym i barytonowym. Ich dorobek artystyczny wypełniają dwa wydawnictwa - Sangue de Tigre (edycja własna muzyków, 2011 – kaseta, nakład nieznany) oraz Santa Catana (Cerebro Morto, 2013 – kaseta w nakładzie 15 szt. i cd-r – 28 szt.; okładki wykonane ręcznie). W uzupełnieniu dodajmy, iż na rok przyszły planowane jest wydanie płyty(?) Mariana.

Obie edytorskie perełki zawierają po cztery improwizacje, a ich łączny czas nie jest zbyt długi dla standardowego srebrnego krążka (w sumie ok. 75 min). Zderzenie (dosłowne) saksofonów Sousy z hałasującą gitarą elektryczną Silvy bynajmniej nie odbywa się w rytmicznym tempie, przy wsparciu wulgarnych bluzgów. Gitara, zwłaszcza w starszej rejestracji, służy muzykom bardziej do generowania elektronicznych dronów, piętrzenia sprzężeń i przepięć energetycznych, niż snucia bardziej oczywistej narracji. Na ich tle saksofon Pedro szuka miejsca zaczepienia, ogrywa tę ścianę dźwięku, plami ją agresywnymi synkopami, by po parunastu minutach trafnego próbkowania, w finalnym fragmencie Sangue de Tigre, cel swój osiągnąć i wejść w ekstatyczne zwarcie z płonącą gitarą, dzięki temu dając sporą satysfakcję, zarówno muzykom, jak i słuchaczom.




Santa Catana – z racji lepszej jakości dźwięku i bardziej profesjonalnej produkcji – raczy nasze uszy materiałem dalece bardziej intrygującym. Gitara z prądem nadal szybko wpada w stan wrzenia, wszakże jej narracja bardziej nastawiona jest na proces improwizacji i wchodzenie w twórcze dialogi z saksofonistą. Drugi z fragmentów toczy się niespodziewanie w dość sennej atmosferze, a muzycy kreślą dramaturgię tego zdarzenia z dbałością o pojedynczy dźwięk (przy okazji duet wspiera tu drugi gitarzysta Roberto Leão). Gdy muzycy wracają do bardziej dynamicznych pasaży, w trzecim fragmencie Silva gra zaprogowo, a Sousa pięknie trawestuje jego przebiegi dźwiękowe. Finał osiągamy w czeluściach piekielnego hałasu, a szczytującej gitarze towarzyszy – znów! – brotzmannowski w stylistyce, pochód saksofonowego skowytu.


Heu{s-k}ach!

Pod tą tajemniczą nazwą kryje się formacja, której trzon stanowią: D'incise - okablowany zmyślną elektroniką, generujący dźwięk z obiektów różnych, a także korzystający z instrumentów perkusyjnych oraz Marcel Chagrin - grający na gitarze elektrycznej i basowym bębnie. Mają w dorobku trzy wydawnictwa, a jedno z ich powstało dzięki dużemu wsparciu Pedro Sousy, który grał na saksofonie tenorowym i korzystał z elektroniki. Myślę tu o dostępnym w plikach, a także w formacie cd-r, albumie I Know Not What Tomorrow Will Bring (Resting Bell, 2011 – wersja cyfrowa wydana przez samych muzyków, nakład nieznany).




Czteroodcinkową opowieść wypełnia prosta, gitarowa narracja, która rozrywana jest z jednej strony (lewej) szumami i szmerami komputerowymi, z drugiej zaś (prawej) – wytłumionym tembrem saksofonu. Tę dość rockową i po prawdzie nieco smętną opowieść ciekawie kontrapunktuje odcinek drugi, w którym gitarzysta cofa się do drugiego planu, dzięki czemu muzyka zyskuje nieco przestrzeni na akustyczne, perkusjonalne wprawki. Obiekty różne stymulująco kooperują i rezonują z instrumentem dętym, dociera do nas konstruktywne puk-puk, nie brakuje szczypty polerowania powierzchni płaskich. W kolejnym fragmencie gitarzysta łapie drugi oddech, moduluje swą narrację, jakby grał na pedal steal gitar, czemu próbuje zapobiec Sousa, sięgając po podręczną elektronikę. Nie uratują wszakże obrazu całości, prowadząc recenzenta do konstatacji, iż był z tego nagrania niezły duet, w momencie, gdy gitarzysta – zmyślnie zainspirowany -wyskoczy po napoje chłodzące.


What Next?

Trzydzieści lat na karku, kilkanaście wydawnictw – myślę, że dzisiejszy jubilat może w ramach incydentalnego podsumowania tego, co do tej pory, śmiało postawić sobie duży plus. Być może brakuje w jego dorobku pozycji ogólnie dostępnych, czyli wydanych przez mniej efemeryczne wydawnictwa, takie choćby jak Clean Feed, czy jego co-label Shhpuma, ale cała przyszłość przed nim.

Niebawem gotowy będzie nowy materiał, roboczo określony przez muzyka, jako kolejna edycja Casa Futuro, zarejestrowany w roku ubiegłym. Tu znany już jest wydawca, a ja osobiście miałem okazję poznać te dźwięki i jestem przekonany, że warto będzie na nie czekać. Nie mniej smakowity zdaje się być kolejny materiał nagrany w roku ubiegłym, również ciekawie improwizowany i akustyczny w wymiarze dźwiękowym – trzyosobowy skład z udziałem Miguel Miry (wiolonczela) i Afonso Simőesa (perkusja). Tu plany edytorskie nie są jeszcze do końca sprecyzowane.

Pedro Sousa ostatnimi czasy bardzo często i ochoczo współpracuje z Davidem Maranhą, muzykiem z pogranicza współczesnej awangardy, szczególnie tej w elektroakustycznym wydaniu (muzyk ten ma w dorobku płyty wydane w naszych szerokościach geograficznych, m.in. przez Bocian Records i Bółt). Panowie nagrali mnóstwo frapujących dźwięków. Z pewnością nadarzy się okazja, byśmy zapoznali się z efektami pracy tego duetu.


Thank You Pedro, for sharing me a lot of your music. It was a great pleasure, to communion with those sounds.

*) Na krawędzi niekontrolowanego wzrostu